1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Jessikka Aro: Trolle są niczym snajperzy na informacyjnej wojnie. Namierzają pojedyncze cele

– To ludzie są ofiarami wojny informacyjnej. Cywile nie są wyszkoleni do obrony przed tego typu materiałami. Co najwyżej niektórzy żołnierze lub oficerowie wywiadu mogą być odporni na tak ciężką psychologiczną manipulację – mówi SW+ Jessikka Aro, fińska dziennikarka śledcza od lat rozpracowująca rosyjską dezinformację.

Jessikka Aro. Jak działa rosyjska propaganda

Na pierwszy rzut oka – i to z Polski czy Europy Zachodniej – może się dziś wydawać, że w wojnie informacyjnej toczącej się wokół Ukrainy wygrywa ten zaatakowany kraj. Relacje z ataków na cywili, aktywność socialmediowa rządu Wołodomyra Zełenskego, informacje o masowych ucieczkach uchodźców ewidentnie pokazują sporą sprawność Ukraińców.

Tyle że Rosja ma wiele dekad doświadczeń w tworzeniu propagandy i jej sprawnym rozsiewaniu po całym świecie. NewsGuard, amerykańska organizacja monitorująca wiarygodność serwisów informacyjnych, zidentyfikowała i śledzi 114 domen internetowych (część jawnie państwowych, jak RT, Sputnik i TASS, część bez bezpośrednich powiązań z Kremlem), które przepychają fałszywe treści na główne platformy mediów społecznościowych. NewsGuard w najnowszej analizie podaje, że ten rosyjski system dezinformacji rozsiewa dziś 10 najpopularniejszych rosyjsko-ukraińskich „mitów wojennych”:

1. „Rosyjskojęzyczni mieszkańcy Donbasu na Ukrainie zostali poddani ludobójstwu”.
2. „Polskojęzyczni dywersanci próbowali zbombardować fabrykę chloru w Donbasie”.
3. „Siły ukraińskie zbombardowały przedszkole w Ługańsku we wschodniej Ukrainie 17 lutego 2022 r.”
4. „Rosja nie celowała w infrastrukturę cywilną na Ukrainie na początku inwazji”.
5. „Nazizm szerzy się w ukraińskiej polityce i społeczeństwie, wspierany przez władze w Kijowie”.
6. „Zachód zorganizował zamach stanu, aby obalić prorosyjski rząd ukraiński w 2014 roku”.
7. „Stany Zjednoczone mają sieć laboratoriów broni biologicznej w Europie Wschodniej”.
8. „NATO ma bazę wojskową w Odessie na południu Ukrainy”.
9. „Krym dołączył do Rosji legalnie”.
10. „Nowoczesna Ukraina została w całości stworzona przez komunistyczną Rosję”.

Na nieprawdziwość wszystkich tych fake newsów lub antyukraińskich narracji są oczywiście konkretne dowody: nagrania, dane, źródła, świadkowie. Nie przeszkadza to jednak ich rozprzestrzenianiu po świecie.

Jak to możliwe, że mimo świadomości rosyjskiej dezinformacji i coraz silniejszej walki z nią, wciąż jest tak sprawna? Pytamy o to Jessikkę Aro. Gdy ta dziennikarka śledcza fińskiej telewizji publicznej YLE w 2014 roku zaczęła opisywać rosyjską propagandę, rozpoczęła się publiczna dyskusja o dezinformacji w fińskich mediach. Najpierw temat był traktowany bardzo poważnie i kolejne media próbowały opisywać, jak dezinformacja inspirowana przez Putina rozlewa się po świecie. Wkrótce jednak kurs się zmienił. Internet skupił się na... Aro. Serwisy społecznościowe zalały obraźliwe memy i kłamstwa na jej temat.

Przedstawiano ją jako naiwną narkomankę na usługach NATO. Grożono gwałtami, poniżano i wyśmiewano na każdym froncie. Aro nie wytrzymała skali hejtu i stalkingu. Wyjechała z Finlandii, ale nie poddała się i rozpoczęła pogłębione śledztwo wokół tego, jak działa rosyjski przemysł dezinformacyjny. Jego efektem jest książka „Trolle Putina. Prawdziwe historie z frontów rosyjskiej wojny informacyjnej”, która ukazała się także w Polsce.

"Rosyjskie służby bezpieczeństwa próbują nas zdalnie kontrolować za pomocą mediów społecznościowych oraz dezinformacji"

Rozpoczęłaś swoje śledztwo wokół dezinformacji rosyjskiej w 2014 roku. Analizy wskazują, że był to szczytowy moment działań dezinformacyjnych oczywiście w związku z aneksją Krymu i Donbasu. Dziś po ataku Rosji na Ukrainę mamy jeszcze większą falę dezinformacji. Czy obserwujesz jakieś zmiany w tym, jak działa i jakich mechanizmów używa Rosja?

Jessikka Aro. Fot. Laura Pohjanvirta / YLE

Jessikka Aro: Niewiele się zmieniło. Kłamstwa rozprzestrzeniane przez trolle i narracje propagandowe inspirowane przez Putina i jego sojuszników są takie same jak w 2014 i 2015 roku, gdy zaczęłam badać ich wpływ na postawy i zachowania prawdziwych ludzi.

Narracje trolli z tamtych czasów, historie, które rozpowszechniały i jak wiele z nich krążyło wokół Ukrainy, dziś wróciły w bardzo podobnej formie. Tak jak wtedy trolle opowiadały kłamstwa, że Rosja nie prowadzi wojny z Ukrainą, że podżegaczami wojennymi są Unia Europejska, Stany Zjednoczone, NATO i prezydent Ukrainy, tak to samo słyszymy dziś z rosyjskiej strony. Podobnie jak kłamstwa, że ​​na ziemi ukraińskiej nie ma rosyjskich żołnierzy, nie ma prowadzonych działań wojennych. Materiał jest więc bardzo podobny. A teraz dodatkowo wspierany przez argumenty, że Rosja musi dokonać tak zwanej denazyfikacji w obronie mieszkańców Ukrainy.

Identyczny jest też cały czas cel: odczłowieczenie Ukraińców i demonizowanie Ukrainy oraz jej władz jako „nazistów i faszystów”.

Widać, że nad budową takich narracji kremlowski aparat dezinformacji pracował od wielu lat.

Ale czy jesteśmy choć bardziej świadomi tych działań, tego, jakie narracje są rozprzestrzeniane? Czy Zachód potrafi je odczytać jako propagandę? Czy wie, jak działają dezinformacyjne techniki? I czy wreszcie zaczyna przebijać się świadomość, że to nie jest dzieło tylko zautomatyzowanych botów i że za tymi kampaniami stoi przemyślana strategia?

Kilka lat temu dla wielu ludzi Zachodu było nie do pomyślenia, że Rosja lub jakikolwiek inny reżim byłby tak zły, że zatrudnialiby armię trolli w mediach społecznościowych do udawania faktycznych, zatroskanych obywateli. Kiedy zaczęłam nagłaśniać, co się dzieje i edukować w tym temacie, to regularnie słyszałam, że przesadzam, wyolbrzymiam, bo niemożliwe jest, by trwała jakaś wojna informacyjna. Ludzie po prostu nie mogli w to uwierzyć, ponieważ brzmi to tak cynicznie niczym fabuła rodem z opowieści science fiction.

Dziś wygląda na to, że wiele osób w końcu zdało sobie sprawę, że Putin przez te wszystkie lata prowadził wojnę informacyjną i coraz skuteczniej wykorzystywał w niej technologie i media społecznościowe. Wyraźnie widzimy, jak skutecznie i kreatywnie Rosja wykorzystała platformy społecznościowe do zaspokojenia swoich propagandowych potrzeb.

Ten aspekt, że wcale nie są w niej kluczowe same trolle, to doskonała uwaga. W pełni zgadzam się, że konieczne jest, by ludzie zdali sobie sprawę, że chodzi o psychologiczną wojnę, w której trolle odgrywają tylko niewielką rolę. Obawiam się, że jednak zrozumienie tych mechanizmów wciąż jest sporadyczne.

A więc jaką faktycznie rolę pełnią dziś te trolle? 

Pewien fiński ekspert tłumaczył mi kiedyś, że trolle są trochę jak snajperzy wojny informacyjnej. Więc ci snajperzy szukają pojedynczych celów i małych grup celowych, takich wręcz mikrogrupek i do nich celują swoją amunicją. Ale są tylko posłańcami w tym wielkim aparacie, którym kieruje Putin. Zaś właściwie całe rosyjskie media państwowe powinny być postrzegane jako wielka fabryka trolli, która przygotowuje dla nich amunicję.

Siedziba Internet Research Agency, czyli słynnej „petersburskiej fabryki trolli”, ul. Savushkina 55 w Petersburgu. Fot. Charles Maynes – Voice of America / Wikipedia

To jest niezwykle cyniczne podejście, ale by dać odpór rosyjskiej wojnie informacyjnej, musimy zrozumieć te mechanizmy. Mechanizmy prowadzone przez funkcjonariuszy GRU, którzy zostali przeszkoleni z prowadzenia operacji psychologicznych, z tego, jak oszukiwać naszą świadomość, byśmy myśleli, a nawet działali wbrew własnym interesom. 

Dziś więc zamiast mówić i dyskutować o trollach, czas na tłumaczenia, że to rosyjskie służby bezpieczeństwa próbują nas zdalnie kontrolować za pomocą mediów społecznościowych oraz dezinformacji i fałszywych wiadomości. Musimy informować, że to jest cały ekosystem, a media społecznościowe są w nim wygodnym kanałem, przez który można kontrolować nasze postawy.

Czy w ramach rozwoju mediów społecznościowych zaobserwowałaś jakieś nowe techniki wykorzystywane w kampaniach wpływu? 

W tej chwili nie widzę nic szczególnie nowego. Wykonawcy zadań w wojnie informacyjnej po prostu mają pełne ręce roboty, próbując manipulować przepływem informacji w międzynarodowych kanałach. Duża część z tego, co robią, jest wykonywana bardzo staromodną, klasyczną szkołą propagandy. A więc choćby wygłaszając oświadczenia dla prasy, które są oparte na kłamstwach i niedomówieniach. Przykładowo dopiero co rosyjski minister obrony Siergiej Szojgu wygłosił oświadczenie w międzynarodowych mediach, w którym twierdził, że Ukraińcy używają cywilów jako żywych tarcz. Podczas gdy w rzeczywistości wielokrotnie wyraźnie widzieliśmy, jak to rosyjskie oddziały Putina bezpośrednio atakują ludność cywilną.

To działania w starym, sowieckim stylu, technika propagandowa polegająca na próbach wybielania się przy użyciu kłamstw.

To czasem działa, bo przecież w przeważającej mierze jesteśmy dobrymi ludźmi i chcemy wierzyć w to, co nam się mówi. Przyzwyczailiśmy się wierzyć w innych ludzi, chcemy współpracować, działać razem z innymi ludźmi i chcemy innym ufać, bo tylko tak można żyć dostatnio, odnosić sukcesy w życiu.

Kijów zbombardowanyprzez rosyjskie wojska, 25 luty, 2022 r. fot. Drop of Light/Shutterstock

I ta nasza dobroć, to zaufanie do innych w wojnie informacyjnej jest wykorzystywane. Takie zakłamane historie można zobaczyć u dziennikarzy, twórców treści, którzy już samodzielnie, bez współudziału trolli je dalej roznoszą. 

Co się z nami dzieje, skoro Rosja nie używa jakichś nowych, szczególnie wyrafinowanych metod wpływu, a ludzie i tak dają się na nie nabrać? Także w państwie takim jak Polska, gdzie mamy przecież długie doświadczenia z propagandą jeszcze z czasów ZSRR. Jesteśmy naiwni, nieświadomi, łatwi do sterowania?

Nie muszą być te zagrania wyrafinowane, wystarczy, by były atrakcyjne. To taka mieszanka treści przerażających, ale i w pewien sposób ekscytujących, pociągających, tworzonych tak, by uzależniały. Jak człowiek na nie trafi, to chce czytać czy oglądać więcej. Tak właśnie działa mechanizm króliczej nory, w którą wpada się coraz głębiej i głębiej, aż wreszcie nie wie się, co jest prawdą, a co nie.

Ludzie są ofiarami wojny informacyjnej. Jesteśmy atakowani tak mocno, że trudno jest się bronić. Cywile nie są wyszkoleni do obrony przed tego typu materiałem.

Niektórzy żołnierze lub oficerowie wywiadu mogą być odporni na tak ciężką psychologiczną manipulację. Wiesz, co mnie najbardziej niepokoi w tej wojnie informacyjnej Putina? Działalność przestępcza, w którą angażuje ludzi. W wielu przypadkach widać, że wiadomości, które rozpowszechnia administracja Putina za pośrednictwem ludzi, stają się mową nienawiści lub groźbami karalnymi i to takimi, które zmanipulowanego człowieka mogą zaprowadzić przed sąd.

To raczej wciąż wyjątkowe, najbardziej drastyczne przypadki. Za to głównym celem dezinformacji jest wzbudzenie podziałów społecznych, podburzanie ludzi przeciwko sobie, osłabianie więzi społecznych. W tym celu odpowiedzialni za kampanie dezinformacyjne sięgają, tak jak powiedziałaś, do nieźle już sprawdzonych mechanizmów znanych choćby z sowieckiej propagandy.

Cała dezinformacja jest tak zaprojektowana, by ludzie stracili rozeznanie, co jest prawdziwą komunikacją, a co nią nie jest. Istnieje wiele przykładów działań, które są regularnie wykorzystywane od dekad, a dzisiaj tylko zmieniają się sposoby, jakimi można osiągnąć zamierzone cele.

Taką techniką jest choćby „śmierdzący śledź”, w której trolle za pomocą fałszywych, czasem całkiem wyssanych wiadomości etykietują i zniesławiają osobę, która jest niewygodna, bo na przykład prowadzi śledztwo lub bada rosyjskie operacje wpływu.

Tak długo są podrzucane takie śmierdzące zarzuty, aż trafią do prawdziwych ludzi i potem rzesze idą za przykładem i same dalej rozprzestrzeniają oszczerstwa i zniesławiają. Trolle robią pranie mózgów ludziom, aby uwierzyli, że w rzeczywistości jest to normalne korzystanie z wolności słowa.

Kolejnym mechanizmem o naprawdę długiej historii jest mieszanie treści dezinformacyjnych i po prostu ordynarnych kłamstw celem wprowadzenia całkowitego bałaganu poznawczego. W takiej sytuacji jest potem łatwiej dezinformacyjne narracje upychać między faktami i tym samym dokonywać ich prania. Wiedzieliśmy to doskonale po wybuchu pandemii, gdy rosyjskie media państwowe zamieszczały niebezpieczne teorie spiskowe o COVID-19 (np. że to tylko zagrywka firm farmaceutycznych) pomiędzy faktycznymi wynikami badań.

Pandemia w ogóle stała się niezwykle płodnym polem do rozbudowywania wszelkich teorii spiskowych i rozpychania dezinformacji. Dziś zaś wyraźnie obserwujemy, że wiele trollingowych kont, ale i prawdziwych ludzi z treści antyszczepionkowych w pewnym sensie przerzuciło się na te wspierające Rosję. Czy też widzisz takie tendencje? 

Faktycznie, bardzo widoczna była aktywność rosyjskich trolli rozpowszechniających ideę, że szczepionki są niebezpieczne i ludzie nie powinni ich brać. Taka dezinformacja to poważne zagrożenie dla zdrowia populacji i zdrowia jednostek. I takich właśnie przykładów szukam, bo uważam, że Zachód dopiero widząc przykłady działań wręcz kryminalnych, faktycznie zrozumie zagrożenie, z którym mamy do czynienia.

Wygląda na to, że chyba zaczął wreszcie je zauważać. Zaczęły się w końcu mocne naciski na wielkie cyfrowe platformy, by faktycznie walczyły z rosyjską dezinformacją. I Meta, Google czy nawet Twitter pod wpływem tych nacisków zaczęły ograniczać zasięg, a nawet wyłączać takie kanały jak RT czy Sputnik. Mamy się z czego cieszyć? 

Jak to mówi się po angielsku: too little, too late. Moim zdaniem to wręcz haniebne, co ogłosiła Meta, czyli Facebook na początku wojny. To, że pod wpływem walk łaskawie przestanie pomagać w monetyzacji rosyjskich kanałów państwowych. Gigantyczna firma Zuckerberga pozwalała tym kanałom świadomie przez te wszystkie lata zarabiać i nic z tym nie zrobiła, choć była milion razy alarmowana. Choć wiedziała, że te działania prowadzą do radykalizacji populacji, manipulują ludźmi, atakują wolne wybory w wielu różnych krajach, promują skrajnie prawicową publicystykę. A i tak brała pieniądze od Kremla. 

Wcale nie są też bardziej satysfakcjonujące działania Google. Owszem, YouTube zdjął RT i Sputnika, ich aplikacje zniknęły ze sklepu Google Play, ale i tak wciąż tylko w Europie, tak jak by w innych częściach świata już nie były problemem.

Platformy cyfrowe obiecały odebrać ledwie część broni z wojny informacyjnej Putina. To za mało.

Nadal potrzebny jest silny lobbing. Trudno jednak nie zauważyć, że po tak wielu wyrządzonych szkodach, po tylu przesłuchaniach w Kongresie i tak wielu opiniach, jakie Big Techy dostawały z wielu różnych krajów, dopiero teraz w magiczny sposób odkryły, jak ogromny jest problem. Nawet jak był tuż pod nosem. Przecież Ruptly działała z Niemiec. Ta fabryka wideo-trolli Putina miała siedzibę w sercu Europy, w Berlinie, kraju NATO i rozpowszechnia materiały na skalę globalną. Dopiero teraz się za nią zabrano i zaczęto ją banować.

To jest bardzo ciekawy przykład, bo pokazuje, jak bardzo rozbudowana jest ta sieć wpływów medialnych Kremla. To nie tylko najbardziej nam znane Sputnik i RT.

Tak, to jest istna pajęczyna różnych filii i mniejszych firm, portali, o których ludzie nie wiedzą, że należą one do sieci rosyjskich mediów państwowych. Dlatego jest tak wiele do zrobienia i dlatego ta walka z dezinformacją jest tak skomplikowana.

I absolutnie nie są rozwiązaniem pomysły, by całkiem odciąć globalne media społecznościowe Rosjanom.

To zresztą scenariusz, do którego dąży Putin. Kreml chce, by ludzie nie mieli dostępu do żadnych innych źródeł informacji za wyjątkiem propagandowych, które sami udostępnią i przygotują. Bo właśnie dezinformacja skierowana w stronę Rosjan jest jednym z kluczowych zadań tamtejszego aparatu. Dziś wyraźnie widzimy, jak bardzo jest skuteczna i jak bardzo rosyjskie społeczeństwo jest omotane koncepcjami rewanżyzmu i potężnej Rosji.

Ilustracja tytułowa, AlexanderPavlov/Shutterstock