Promocja na półce, zniknęła przy kasie. Zakupy w Biedronce to walka z systemem
To miały być zwykłe codzienne zakupy, ale idąc do dyskontu w siatce obok puszek i butelek znalazłem cebulę. Nie ma przypadków, są znaki! I kasjerki z kodem na kajzerkę.

Robienie zakupów w Polsce to aktywność, w którą gospodarstwa domowe powinny angażować przede wszystkim… graczy. Bez typowego dla nich właśnie min-miksowania zostawiamy w sklepie niepotrzebnie fortunę. Odcyfrowanie tych wszystkich etykiet na półkach, gazetek promocyjnych oraz kodów zniżkowych, w tym z apek mobilnych, a także zapewnianych przez karty stałego klienta, to nie jest prosta sprawa.

Wszelkiej maści dyskonty robią zaś wszystko, by zachęcić nas do odwiedzenia akurat ich placówki - kusząc nas cenami oraz, od niedawna, możliwością odzyskania pieniędzy za śmieci w postaci opakowań w kaucjomacie. Problem w tym, że od dłuższego czasu czuję się robiony w balona i nie chodzi o to, iż automaty do zwrotu puszek i butelek są oblegane, awaryjne i zbierają brud jak magnes.
Jak już stanę przy tej ścianie płaczu do płacenia, gdzie mimowolnie dorabiam jako kasjer, to się często okazuje, iż promocja, bez której opłacalność całej wyprawy stoi pod znakiem zapytania, się nie aktywowała. Za każdym razem, gdy coś takiego się dzieje, umieram w środku. I to niezależnie, czy to zwykły (nie)ludzki błąd, czy celowe systemowe działanie, bo i tego wykluczyć się nie da.
I tak sobie żyjemy w tym Cyberpunku.
Korporacyjnych wojen nie prowadzą ze sobą przy tym Arasaka z Militechem, tylko InPost z Żabką oraz Biedronka z Lidlem. Te dwie ostatnie sieci co rusz się licytują na koszyki, gdzie akurat zakupy wychodzą korzystniej. Do tego mają swoje ikoniczne akcje promocyjne, które zachęcają, by odwiedzić właśnie ich placówkę, od których można regulować może nie zegarki, ale kalendarze.
Tłusty czwartek to ciągle plac boju, a tak jak w Lidlu co rusz mamy jakiś tydzień włoski czy tam hiszpański, tak Biedronka od lat włada majówką dzięki słynnej promocji 12+12. Wiele osób ją słusznie krytykuje, no ale skoro wybieram się w weekend na grilla, to przecież żal przepłacać. Kolejne daniny i inflacja (niby maleje, ale jest) sprawiają, iż na koniec wypłaty zostaje coraz więcej miesiąca.
W sklepie byłem w poniedziałek, a targać 12+12 do domu i tak by mi się nie uśmiechało, ale w Biedronce mieliśmy ogłaszaną szumnie we gazetce i przy półce promocję „drugi wielopak gratis”. A że sześciopak to coś, co fitnesiarze mają na brzuchu, ale i przy okazji jeden wielopaków, to było dla mnie jasne, iż wietrzę tu dobry interes. Niestety automatyczna kasa miała na ten temat inne zdanie.
Majowa promocja na piwo w Biedronce jak pułapka.
Nauczony wieloletnim doświadczeniem po nabiciu produktów na kasę przewertowałem uważnie listę produktów na ekranie dotykowym, aby sprawdzić, czy wszystkie promocje naliczyły się poprawnie. Tym, iż w przypadku akurat przy piwie, po które przed majówką do Biedronki wybierają się tłumnie Polacy, coś poszło nie tak, byłem tak samo zaskoczony, jak tym, że AI miało znów haluny.
Tak jak dla człowieka sześciopak jest wielopakiem, tak dla automatycznej kasy w Biedronce istnieją tylko czteropaki. Skutkuje to rzecz jasna tym, iż kwota na rachunku była na tyle wyższa od oczekiwanej, iż zamiast machnąć ręką, wcisnąłem guzik proszący o pomoc. Kasjerka z pierwszej linii frontu niestety rozłożyła ręce i tak sobie czekaliśmy na inną z tym przysłowiowym kodem na kajzerkę.
Pani potwierdziła zaś, iż to nie ja się rąbnąłem w rachunkach, tylko kasa. No i się zaczęło! Klikanie po ekranie, próby ręcznej korekty, no nic nie działa, istnieją tylko czteropaki we Wschódazji, a sześciopaków nigdy nie było! To nic, że parę osób patrzy na takowy swoimi analogowymi oczami, skoro kasa się upiera, że promocji nie ma, chociaż gazetka i kartka przy półce twierdzą, iż jest.
Tyle dobrego, że pracownicy Biedronki petenta z cebulą w kieszeni nie zbyli.
I to się chwali, bo nie jest standardem. Okazało się też, iż w trzewiach systemu promocja na sześciopaki jest, ale nawet próba ręcznej korekty na kasie kończyła się niepowodzeniem. Polecono mi, by zapłacić za zakupy bez naliczonej promki, aby potem przestudiować, co kasa wypluje na paragonie… gdzie są już w zasadzie tylko reklamy, bo lista zakupów per se teraz trafia prosto do apki. Aaaaaa.

No ale dobra, czuję zapach cebuli coraz mocniej, to już bliżej niż dalej, więc odpalamy tę całą apkę Biedronki (by zalogować się ponownie, gdyż sesja znów wygasła), wyświetlamy paragon i ogarniamy zwrot. Potem już tylko wystarczy podejść do tej klasycznej kasy, gdzie znowu trzewia systemu swoje (promocja jest, o tutaj), a jego front swoje (sześciopaki to najwyraźniej wymysł Oceanii).
Atmosfera się zagęszcza, bo z kilku klasycznych kas czynna jest tylko ta jedna, którą de facto zablokowałem, kolejka się wydłuża, ale pomocne panie w końcu coś w systemie tak czarują, że to nieszczęsne piwo mogę kupić. No i wrócić do domu z poczuciem tego, iż udało się wygrać z systemem, który próbował mnie, w tym przypadku w wyniku jakiegoś głupiego błędu, na parę złotych okantować.
Człowiek kontra system
Komputery miały nam pomagać, a coraz częściej mam boomerskie poczucie, że są coraz bardziej ludzkie, tj. utrudniają proste rzeczy w głupi sposób. Są też wygodną wymówką, bo jak tylko coś pójdzie nie tak, to najłatwiej zganić wszystko na kąkutery. Promocja się nie nabiła na kasie? Kod rabatowy jest nieprawidłowy? Lądujemy na innej ulicy, bo nawigacja zgłupiała? Co zrobisz, nic nie zrobisz.
Coraz częściej, gdy jak meatbag do meatbaga mówię, iż promocja jest o tu, na tej półce, a miejsce docelowe dwie przecznice dalej, co drzewiej zamykałoby dyskusję, to dzisiaj słyszę „ale system, ale nawigacja, ale coś-tam coś-tam”. Wszystko musi być scyfryzowane i onlajn, a to co wypluje clanker, zwłaszcza taki z ej-aj, to rzecz święta i basta. No a gównowacenie postępuje.
Czytaj inne nasze teksty poświęcone Biedronce:
Naszła mnie jednak jeszcze taka jedna myśl, że to aż nieprawdopodobne zrządzenie losu, iż tak jak wielokrotnie spotkałem się w supermarketach z błędami tegoż nieszczęsnego systemu, to zawsze na niekorzyść klienta, a z takimi, gdzie klient byłby do przodu, bo otrzymał wyższą zniżkę, niż oczekiwał, to już akurat niekoniecznie. Zbiegi okoliczności, jak nauka, są niesamowite.
A teraz, powróciwszy do domu, siedzę sobie, obracając tę cebulkę w dłoni, która z zakupów ze mną szczęśliwe wróciła i tak sobie myślę, że trochę tęskno mi do dni, gdy w sklepie na ladzie zostawiałem odliczoną w moniakach kwotę zgodną ze karteczką na półce i szedłem zadowolony, bez głupiego uczucia zażenowania, do domu. Kiedyś czasy to były, teraz to czasów już nie ma.
Jak sześciopaków we Wschódazji.



















