Tech  / Lokowanie produktu

Ekstremalny test: sprawdziłem, co padnie pierwsze - ja czy vivo Y70

Picture of the author

Człowiek kontra maszyna - kto wygra ten pojedynek? Postanowiłem sprawdzić to na samym sobie.

Okazja dla tego była nie byle jaka - na testy dotarł do mnie smartfon vivo Y70, którego producent chwali się m.in. zastosowaniem sporego akumulatora o pojemności 4100 mAh. Jako że urządzenie testował już wcześniej Szymon, postanowiłem rzucić Y70 wyzwanie i sprawdzić, komu pierwszemu skończą się zapasy energii - mi czy smartfonowi za nieco ponad 1000 zł. W końcu vivo reklamuje Y70 hasłem non stop energy.

Warto to zweryfikować.

Jak wyglądał pojedynek?

Prosto. Lubię biegać, więc uznałem, że zdecyduję się na taki właśnie ekstremalny test - ja będę sobie biegł, a vivo Y70 będzie zapisywał dokładny przebieg całej trasy, odtwarzał muzykę (pobieraną z sieci przez LTE), przez podłączone słuchawki Bluetooth, nawigował mnie wtedy, kiedy to potrzebne, a poza tym będzie robił po prostu za telefon. Czyli będę sobie z niego dzwonił, sprawdzał to i owo, robił zdjęcia i tak dalej.

Liczyłem na łatwą rywalizację, gdzie po 4-5 godzinach wrócę do domu i ogłoszę żonie, że wygrałem. Taki był plan.

Stanęliśmy więc do pojedynku.

W lewym narożniku ja - na rynku od 32 lat, energii przeważnie starcza mi od 7 do 23, dłuższych tras biegowych raczej się nie boję. Do tego trochę oszukiwałem - nie dość, że wziąłem ze sobą zapas jedzenia wystarczający prawdopodobnie na tydzień podróży, to jeszcze założyłem, że będę biegł dużo, dużo wolniej, niż normalnie biegłbym na taki dystans (o ponad 1 min/km wolniej niż rok temu na 50 km). Albo wręcz momentami będę szedł. Dlaczego? Bo przecież im wolniej ja biegnę, tym dłużej będzie trwał zapis, odtwarzanie muzyki i tak dalej. A im dłużej to trwa, tym mniej energii zostanie w akumulatorze vivo. Poza tym była niedziela i musiałem po powrocie złożyć meble.

W przeciwnym narożniku stanął on - smartfon vivo Y70. Na polskim rynku zupełny debiutant. Do tego nie mógł zabrać ze sobą żadnego powerbanka czy innych pomocy - i to nawet pomimo tego, że oferuje szybkie ładowanie, które w 30 minut uzupełniłoby mu energię od 1 do ponad 60 proc. Żadnych pomocy, żadnego oszukiwania. Wszystkie usługi włączone, pełna synchronizacja, non-stop zapis trasy, częste sprawdzanie lokalizacji na mapie, non-stop słuchawki Bluetooth i streaming Spotify. Zdjęcia, rozmowy i tak dalej.

Do dzieła.

6:00 - czas start.

Wiedziałem, że dzień jest obecnie dość krótki, więc żeby nie biegać po nocy, postanowiłem zacząć z samego rana. Wstałem, ogarnąłem się, zjadłem śniadanie, a potem od razu drugie, żeby mieć zapas. Po czym uznałem, że to przecież bez sensu, żeby unikać biegania po nocy wieczorem, poprzez bieganie po ciemku z samego rana. No i jest niedziela, miejmy szacunek do siebie.

Więc wróciłem spać.

9:40 - czas start numer dwa.

Tym razem poszło zdecydowanie lepiej. Ogarnąłem się po raz drugi, ubrałem, dopakowałem plecak, zdjąłem vivo Y70 z ładowarki, schowałem go do kieszeni, a na uszy założyłem słuchawki vivo Wireless Sport. I od razu okazało się, że mają sporą przewagę nad moimi prywatnymi w pełni bezprzewodowymi słuchawkami. Tych moich nie da się obsługiwać w żaden sposób po założeniu czapki. Te od vivo mają wygodnego pilota wystającego poza czapkę, więc w końcu mogłem sterować muzyką bez sięgania po telefon.

Poziom naładowania: 100 proc. w przypadku mnie i telefonu.

10:36 - ok, to było szybkie

Przy czym nie chodzi o tempo mojego biegu - wręcz przeciwnie, moim największym problemem jest utrzymanie wolnego, niekomfortowego dla mnie tempa i to jest chyba jak na razie najbardziej męczące.

Tym, co przychodzi jednak bardzo szybko, jest przekonanie, że chyba trochę poniosło mnie z pewnością siebie. Vivo Y70 zapisuje trasę korzystając z GPS, wykonałem z niego już dwie rozmowy telefoniczne, cały czas słucham z niego muzyki, a przez około godzinę z akumulatora zniknęło tylko 6 proc. energii.

Co sugerowałoby, że jeśli chcę z nim wygrać, musiałbym biec przez jakieś 15 godzin z kawałkiem. No nic, nie będę się poddawał, najwyżej poużywam go trochę intensywniej.

11:28 - na przykład do robienia zdjęć

Jest wprawdzie początek grudnia, ale pogoda zdecydowanie dopisuje. Gdyby nie pojawiający się tu i tam chłodny wiatr, można byłoby uznać, że warunki są idealne do biegania. Około 9-11 stopni, słońce i przyjemne widoki.

Będę miał sporo foto-pamiątek z tego biegu - do końca dnia zrobię prawie 100 zdjęć.

11:55 - czas na kontrolę stanu naładowania

Trochę ponad 2 godziny biegu i już wiem, że momenty sprawdzania poziomu naładowania akumulatora będą najmniej przyjemnymi elementami tego testu. Miałem cichą nadzieję, że na tym etapie będę już zbliżał się przynajmniej do 60 proc. naładowania, a tutaj nic z tego. Spotify gra jak wściekłe, Strava zapisuje trasę, przeczytałem już (trochę mi się nudziło podczas tak wolnego biegu) kilka informacji ze świata, podzwoniłem, żeby zameldować się tu i tam (rodzina uznała, że zwariowałem z tym testem), porobiłem kolejnych kilkanaście zdjęć, kilka razy sprawdzałem, czy wybrałem dobry szlak i... nic.

83 proc. naładowania. Jestem zgubiony. Ale przynajmniej okolice ładne:

Przy okazji, podczas dłuższej rozmowy, orientuję się, że słuchawki vivo Wireless Sport są zaskakująco dobre... właśnie podczas rozmów telefonicznych. Głos rozmówcy, który dociera do moich uszu, jest fantastycznej jakości. Przy okazji robi się jeszcze trochę cieplej, więc mogę zdjąć czapkę - i mimo tego, że słuchawki te nie mają wielkich pałąków trzymających się dookoła uszu, to ani trochę nie chcą wypaść.

12:39 - vivo Y70, weź trochę wyluzuj

Bo to już naprawdę przestał być uczciwy pojedynek - nawet pomimo tego, że po drodze podjadałem. Prawie równo 3 godziny biegania, a Y70 dalej radośnie wskazuje, że poziom naładowania wynosi 77 proc. Przy czym ani na chwilę nie przestałem słuchać muzyki, zapisywać trasy czy sięgać po cyfrową mapę.

Chwilę później dowiaduję się z niej, że właśnie dotarłem na Diabelską Górę, a kawałek dalej znajduje się Szubieniczne Wzgórze. Ciekawostka: w tym przypadku góra jest niższa od wzgórza. Ciekawostka numer dwa: na szczycie Diabelskiej Góry nie było żadnego diabła, z którym mógłbym podpisać umowę na wymianę duszy za zwycięstwo w tym pojedynku.

Jestem zdany wyłącznie na siebie.

13:11 - tutaj naprawdę przydaje się mapa

Mało znany (przynajmniej dla mnie) fakt: czerwony szlak między Miękinią a Lubiatowem przebiega przez mokradła w Rezerwacie Zabór. I byłoby dla mojego testu lepiej, gdyby te mokradła pozostały w rezerwacie - niestety postanowiły trochę rozszerzyć swój zakres, kryjąc pod swoją powierzchnią niektóre fragmenty trasy. Swoje też dołożyli rolnicy, którzy z jakiegoś powodu przeorali niektóre ścieżki. Bieg jest niemożliwy, bo grozi skręceniem nogi, a jestem w takim miejscu, że nikt raczej po mnie tutaj nie dojedzie.

Zostaje więc marsz i szukanie innych dróg, które nie są szlakami. Z odsieczą przychodzi vivo - pobieram aplikację mapową i wyszukuję odpowiednich obejść. Całość jest o tyle przyjemna, że Y70 ma naprawdę spory (6,44 cala) ekran, więc całość przebiega teoretycznie bez trudu. Teoretycznie, bo w praktyce jestem już do kolan umazany w błocie, a średnia całego marszobiegu leci na łeb.

Ale dobrze - w końcu znalazłem jakieś dodatkowe źródło zużycia prądu dla Y70, niech i on się pomęczy.

13:50 - w końcu znajduję wyjście z mokradeł

Po 40 minutach błądzenia po polach, przebijania się przez chaszcze i szukania skrótów (które zawsze kończyły się wejściem na zalane tereny), w końcu docieram okrężną drogą do punktu, w którym wyszedłbym, gdybym szedł normalnie szlakiem. Przy czym z tej strony widać, że dobrze, że nim nie poszedłem - jest miejscami kompletnie zalany, a ja oczywiście zapomniałem zabrać zapasowych skarpet. Uff - udało się przejść względnie suchą nogą.

W ramach nagrody mogę sobie pooglądać moczary z bezpiecznej perspektywy suchej ścieżki:

Bardzo mnie cieszy, że w to nie wpadłem...

14:20 - albo mam halucynacje z niedożywienia...

... albo ktoś ma dinozaura w ogrodzie. Wysyłam zdjęcie do żony, żona potwierdza, że to dinozaur. Czyli odżywiam się poprawnie.

Nie odżywia się natomiast w ogóle vivo Y70, chociaż zaczynam podejrzewać, że karmi się energią z kosmosu. Inaczej trudno mi wytłumaczyć, w jaki sposób po niemal 5 godzinach ma jeszcze ponad 60 proc. energii w akumulatorze...

14:21: Ech, mogłem sobie wymyślić dwubój zamiast biegu.

Żona odmawia jednak przywiezienia mi mojego roweru szosowego. No nic, zapisuję sobie w takim razie ten pomysł na kolejny tekst.

14:36 - chyba trzeba było jednak wyjść trochę wcześniej...

Mija właśnie prawie równo 5 godzin od mojego wybiegnięcia z domu. Nie jestem jeszcze jakoś porażająco zmęczony, chociaż fakt, że duża część biegu była po asfalcie, daje o sobie znać poprzez bolące kolana. Ale to miał być ekstremalny test, więc niech tam sobie boli co ma boleć.

Gorzej, że słońce jest już dość nisko. Zabezpieczam więc sobie transport do domu i planuję biec tak długo, aż nie zrobi się nieprzyjemnie ciemno. Mam wprawdzie czołówkę, ale z jakiegoś powodu podwrocławskie szlaki piesze wyznaczane są głównie ulicami i to takimi bez pobocza. Nie będę ryzykował.

Gdyby ktoś pytał o stan vivo Y70, to wskaźnik pokazuje... 60 proc. Ech.

15:11 - 5 godzin i prawie 30 minut od startu

I cały czas mam 55 proc. naładowania akumulatora. Czyli udało mi się podmordować go trochę bardziej niż na początku i zamiast prognozowanych 15 godzin mogę teraz oczekiwać około 11 z kawałkiem. Ale to i tak trochę za dużo jak na moje możliwości...

15:37 - dobra, robi się już ciemno

Do zachodu słońca zostało jeszcze wprawdzie 8 minut, ale bieganie po drodze w takich warunkach będzie niedługo po prostu niebezpieczne. Wzywam transport, udostępniam swoją lokalizację przez Mapy Google i biegnę jeszcze ostatnie kilometry.

Y70 nadal ma 51 proc. naładowania akumulatora.

15:58 - prawie koniec

Staram się już biec nawet nie tyle poboczem, co poza poboczem. Zakładam też czołówkę, żeby było mnie widać z daleka. Kierowcy zachowują się bardzo wyrozumiale, ale czuję już, że to koniec zabawy - czas znaleźć jakieś osłonięte miejsce, żeby spokojnie poczekać na auto ratunkowe. Tym bardziej, że zaczyna się robić bardzo zimno i to bardzo szybko.

16:07 - koniec.

Dalej nie będę już ryzykował - przeczekam te kilkanaście minut w budce przy lokalnym wiejskim boisku piłkarskim. Przyznaję się - mimo początkowej pewności siebie przegrałem i to z kretesem.

W sumie Strava na vivo Y70 zarejestrowała 6 godzin 26 minut i 10 sekund aktywności, z czego 5 godzin zakwalifikowała jako bieg, natomiast reszta była różnego rodzaju staniem i szukaniem trasy, czekaniem, aż mój zegarek po restarcie się uruchomi, a także przerwami na jedzenie. Dystans? 47,87 km.

Czy pobiegłbym dalej? Możliwe, ale niekoniecznie akurat tego dnia - długi bieg po asfalcie w wyklepanych butach odbił się dość wyraźnie na moich kolanach. I pewnie znalazłbym jeszcze kilka wymówek.

Czy vivo Y70 posłużyłoby jeszcze bez ładowania? Tutaj nie ma żadnych wątpliwości - o 16:07 stan naładowania akumulatora wynosił dokładnie 46 proc. I po po 6,5 godziny zapisu trasy, prawie 100 zdjęciach (część wykorzystana w tym tekście), ponad godzinie rozmów telefonicznych, stałym podłączeniu do sieci komórkowej, częstym sprawdzaniu mapy (która nie była zapisana w urządzeniu), wysyłaniu SMS-ów, przeglądaniu internetu i tak dalej. Czyli ostatecznie wychodzi na to, że musiałbym biec prawie drugie tyle, żeby wygrać.

Domagam się rewanżu w lecie, kiedy dni będą dłuższe!

Jak natomiast spisały się słuchawki vivo Wireless Sport? Niemal równie dobrze - z przyjemnością i bez cienia zmęczenia trzymałem je w uszach przez cały czas biegu. Dodatkowo na tyle przyjemnie odcinały mnie od świata zewnętrznego, że nie musiałem słuchać non stop swojego sapania, ale za to z łatwością słyszałem nadjeżdżające samochody i inne zagrożenia.

Nie udało mi się ich też rozładować. Po 6,5 godzinach słuchania na maksymalnym poziomie głośności, wskaźnik naładowania nadal pokazywał 20 proc. Choć to i tak z mojej perspektywy lepszy wynik starcia niż pojedynku z Y70...

Podejrzewam, że dopóki nie będę musiał odesłać tego kompletu, Wireless Sport będą na razie moimi głównymi słuchawkami do biegania - chociażby ze względu na wygodnego pilota.

A jaki z tego wniosek?

Jeśli chcesz biegać po 10 godzin i szukasz telefonu, który dotrzyma ci tempa, to vivo Y70 będzie jak znalazł.

A tak na poważnie - jestem pod wielkim wrażeniem akumulatora tego smartfona. Oczywiście, gdybym jeszcze częściej korzystał np. z ekranu, szybciej udałoby mi się rozładować Y70. Przy czym korzystałem z niego tak często (a nawet częściej), jak zazwyczaj korzystam podczas weekendowych dłuższych biegów czy wędrówek po górach. W końcu nie po to jadę w teren, żeby siedzieć z nosem wklejonym w przeglądarkę czy komunikatory.

Przy takim schemacie byłbym spokojny, że mogę sobie urządzić całodniowy marsz lub bieg, z mapami, muzyką i zapisem trasy, nie zabierając ze sobą powerbanka. Pewnie nawet spokojnie mógłbym wrzucić jeszcze vivo Y70 do samochodowego uchwytu i ponawigować sobie w trasie do domu, a do ładowarki podłączyć go dopiero późnym wieczorem.

I to jest naprawdę coś.

*Materiał we współpracy z marką vivo.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst