Tech  / Artykuł

Pandemia koronawirusa spadła Microsoftowi z nieba. Rok 2020 upłynął pod znakiem Teamsów, pecetów i Xboxa

Picture of the author

Nie próbuję być cyniczny. Jestem głęboko przekonany, że niemal całe kierownictwo Microsoftu uważa COVID-19 za ogromną tragedię, która nigdy nie powinna się wydarzyć. Trudno jednak nie zauważyć, że to Microsoft w istotny sposób pomógł nam ją przetrwać. Z niemałymi korzyściami dla siebie.

Tworząc całoroczne podsumowanie działalności takiej firmy jak Microsoft, stoję przed dość kłopotliwym zadaniem. Gigant z Redmond bowiem coraz większy i większy nacisk stawia na technologie, które są dość odległe od rynku elektroniki konsumenckiej. A przynajmniej nie są w sposób bezpośredni z nią związane. Chmura obliczeniowa Azure, sztuczna inteligencja, analityka biznesowa, zestawy usług i narzędzi dla korporacji, służby zdrowia, wojska, nowe wersje CRM-ów, uaktualnione środowiska deweloperskie… Microsoft jest zajęty robotą jak rzadko kiedy. Nawet jeśli tego nie widać w codziennych newsach na Spider’s Web.

To jednak nie oznacza, że nie ma o czym pisać. To był niesłychanie ważny rok dla Microsoftu również na rynku konsumenckim. Zarówno za sprawą planowanych premier, jak i nieprzewidzianych zdarzeń. Zaryzykuję teorię, że te drugie okazały się tym razem istotniejsze. Nic tak dobitnie jak COVID-19 nie wykazało naszej ogromnej zależności od komputerów osobistych, narzędzi do pracy zdalnej i cyfrowej rozrywki. A przecież w każdym z tych segmentów Microsoft albo jest liderem, albo do grona liderów należy.

Dawno nic tak dobrze się nie sprzedawało jak urządzenia z Windowsem.

COVID-19 wymusił na pracodawcach i nauczycielach stosowanie reżimu sanitarnego. To oznacza, że na całym świecie, gdzie tylko to możliwe, pracownicy, studenci i uczniowie przeszli na pracę zdalną. Każda z tych osób potrzebuje w efekcie komputera osobistego i stałego łącza. Pal licho jeżeli PC i tak znajdował się w naszym posiadaniu. Bardzo często jednak się okazywało, że ten nasz domowy laptop jest zbyt wolny lub nie spełnia kryteriów bezpieczeństwa danej organizacji.

Czy to nowe komputery do pracy do nauki, czy też te wyciągnięte z szafy i cudem działające – niemal wszystkie pracują pod kontrolą Windowsa (choć z pewnością na pandemii skorzystał też Apple i producenci Chromebooków). Jednak pecetowe narzędzia do pracy to temat, w którym firma bryluje od dekad, niezależnie od systemu. Na Windowsie ma po prostu najwięcej kontroli nad użytkownikiem.

Liderzy rynku PC chwalą się wynikami, jasno przypominając, że era post-PC w żadnym razie nie oznacza, że ów PC przestał być istotny. Co najwyżej przestał być najbardziej osobisty. A jak PC, to niemal zawsze Windows – tylko jeden na dziesięć klientów wybiera notebooki bądź desktopy z inną platformą. Niektórzy producenci odnotowali nawet 30-procentowe wzrosty w sprzedaży – liderami rynku są Lenovo, HP i Dell.

Pandemia przyspieszyła też dominację Microsoft Teams. To już niemal osobny system operacyjny, który wypycha Slacka na margines.

Pamiętacie czasy, w których Slack był nazywany absolutnie najgorętszym startupem na rynku? Dziś możemy je co najwyżej wspominać. Microsoft wykorzystał wszelkie posiadane przez siebie zasoby, by zmarginalizować nowego, groźnego konkurenta. Mam wręcz wątpliwości, czy robił to we w pełni legalny sposób. Nie zmienia to jednak faktu, że wszyscy klienci Microsoft 365 – czyli większość firm i istotna część konsumentów – mają usługę Teams zawartą w cenie. Reszta ma do dyspozycji darmową wersję, która nie jest tak bardzo okrojona, jak mogłoby się wydawać. Płacenie za cokolwiek innego traci sens.

To by nie przeszło, gdyby Teams była marną usługą. I z początku recenzje zbierała mieszane. Dziś Teams jest podstawą dla tysięcy firm, przedsiębiorstw, szkół i uczelni. Dawno już nie jest to tylko narzędzie do komunikacji w ramach czatu i wideokoferencji. W ramach Teams dostępnych są setki wtyczek i aplikacji sprawiających, że w wielu przypadkach Teams wystarczy jako jedyne narzędzie do całodziennej pracy. Usługa jest absolutnym hitem – szczególnie w czasach, gdy niemal wszelka komunikacja ma charakter zdalny. Według ostatnich danych Microsoft Teams na dziś odnotowuje 115 mln aktywnych unikalnych użytkowników dziennie.

Po pracy trzeba odpocząć. Ale jak, skoro nie można spotykać się z przyjaciółmi i się gromadzić? Odpowiedzią jest Xbox.

To miał być szalenie istotny rok dla Xboxa i bez pandemii koronawirusa. Wszak właśnie w tym roku Microsoft zapoczątkował nową generację konsol do gier. Xbox Series X to w istocie kawał imponującego sprzętu, zawierającego technologie w niektórych przypadkach niespotykane nawet na rynku gamingowych pecetów. Prawdziwym hitem jest jednak Xbox Series S, a więc kosztująca raptem 1,3 tys. zł zupełnie nowa konsola, która uruchomi wszystkie nowe gry – choć w uboższej oprawie graficznej.

Pandemia COVID-19 uwypukliła również inne działania Microsoftu. W czasach społecznej izolacji coraz więcej z nas szuka ucieczki od rzeczywistości w wirtualnym świecie. Często też gry wideo stanowią sposób na samotność: wszak na cyfrowych polach walki, stadionach czy arenach możemy spotykać się ze znajomymi i wspólnie rywalizować. Niedrogie konsole Xbox to pierwsza część układanki.

Druga to Xbox Game Pass, a więc rewolucyjna usługa zapewniająca w ramach niewysokiego abonamentu nielimitowany dostęp do setek gier. Trzecią jest usługa streamingu gier, dzięki której wszystkie gry z Xbox Game Passa możemy ogrywać nawet na taniutkim telefonie z Androidem – a niebawem na niemal każdym urządzeniu z wyświetlaczem i łączem internetowym. Czwartą jest dołączenie PC do platformy Xbox, co obejmuje zarówno usługi pokroju Xbox Game Pass, jak i tworzenie samych gier na PC.

Skutkiem tego są rekordowe wzrosty zaangażowania użytkowników sieci Xbox Live, która spina konsole Xbox, PC z Xbox i telefony z Xbox Game Passem w jeden ekosystem. Nie wiemy co prawda, jak te liczby mają się w kontekście konkurencji – wszak nową generację konsol rozpoczęło również PlayStation, które pewnie świętuje jeszcze większe sukcesy – jednak pod względem liczby abonentów usług gamingowych Xboxa i dokonywanych tam zakupów gier, dodatków, cyfrowych walut i subskrypcji to był jeden z najlepszych okresów w historii platformy.

Godne odnotowania jest też umniejszenie znaczenia marki Microsoft Office.

Co zresztą jest dość sprytnym zagraniem. Office’a promować w zasadzie nie trzeba. Word, Excel i PowerPoint to topowe marki i aplikacje stawiane od dekad za wzór użyteczności. Tyle że Office obejmuje ich znacznie więcej, a te nie cieszą się już aż takim zainteresowaniem. Nie brakuje też usług, które nie są bezpośrednio związane z Office’em. Mądrym więc wydaje się wygaszanie marki Office na rzecz marki Microsoft.

Już nie kupimy abonamentu Office 365. Zamiast tego możemy kupić abonament Microsoft 365, w którym poza Wordem, Excelem i PowerPointem znajdziemy też zestaw innych, użytecznych usług. Często w pełni darmowych, ale też z uwagi na integrację z płatnymi narzędziami powiązanych z nowymi pakietami. OneNote, OneDrive, To-Do, Skype, Kontrola rodzicielska czy Microsoft Edge mają być w równie powszechnym użytku, co Word i Excel. Czy umniejszenie znaczenia całej marki Office’a w tym pomoże? Tego jeszcze nie wiemy, choć jak wynika ze sprawozdań finansowych Microsoftu, Office’owi to nie zaszkodziło. Biorąc pod uwagę pozycję Office’a na rynku – bliską monopolowi – jemu to już mało co jest w stanie zagrozić.

Nie zabrakło i kompromitujących porażek. A także wielkiego kapiszona.

Miniony rok nie był wyłącznie pasmem sukcesów dla Microsoftu. Windows, Xbox, Azure, Microsoft 365 i Dynamics 365 umocniły swoją rynkową pozycję w dużej mierze za sprawą COVID-19. Pandemia koronawirusa powinna jednak również spopularyzować kilka innych ważnych usług Microsoftu. W czasie gdy kontaktujemy się z bliskimi głównie przez kamerki w telefonach i w których większość spotkań służbowych i towarzyskich odbywa się online, największym nieobecnym jest Skype.

Konsumpcja Skype’a powinna bić wszelkie rekordy, tymczasem o konsumenckiej usłudze Microsoftu nie mówi nikt. Gwiazdą i debiutantem sezonu okazał się Zoom, reszta usług komunikacyjnych również odnotowuje wzrosty. Skype tymczasem coraz szybciej zmierza w stronę internetowego marginesu. Niepojęte, jeśli weźmie się pod uwagę niedawną siłę tej marki i jej ekspozycję w Windowsie.

Trudno też mówić o przełomowych sukcesach w linii urządzeń Surface. Ich całkiem wysoka sprzedaż to zapewne również przede wszystkim efekt pandemii COVID-19, bowiem nic ciekawego się w niej nie wydarzyło. Mimo że ciekawych rzeczy oczekiwaliśmy – w tym roku rzekomo na popularności miały zyskać laptopy z procesorami ARM, pierwsze telefony Microsoftu i rewolucyjny Surface Neo. Tymczasem Windows na ARM to nadal margines, częściowo w wyniku opieszałości twórców Windowsa, Surface Neo został anulowany, zanim trafił na rynek, zaś Surface Duo – mimo ciekawej koncepcji – okazał się drogim, ale za to kiepsko wykonanym urządzeniem.

Osobiście najbardziej mnie jednak boli porażka Windowsa 10X.

Ten fork Windowsa 10 miał przenieść software’ową platformę Microsoftu w zupełnie nowe czasy. Wolny od nienowoczesnego, mającego dziesięciolecia historii za sobą kodu system miał być szybki, bezpieczny, cechować się wzorową kulturą pracy, ale też, za sprawą technologii kontenerów, miał zachować zgodność z prawie wszystkimi aplikacjami ze starszych Windowsów.

Windows 10X przez pewien czas był jednym z najważniejszych software’owych projektów Microsoftu. Do pracy nad nim przekierowano najtęższe umysły w firmie. Niestety, pandemia COVID-19 nie we wszystkim okazała się dla giganta z Redmond korzystna. Przetasowanie priorytetów na skutek drastycznie zmieniającej się sytuacji na rynku spowodowało, że ostatecznie z zapewnienia zgodności wstecznej w Windowsie 10X zrezygnowano. Ta będzie realizowana przez strumieniowanie aplikacji z chmury, co będzie wymagać opłaty abonamentowej. Windows 10X w podstawowej wersji obsługiwać będzie wyłącznie aplikacje webowe i UWP.

Czy potrzebujemy konkurencji dla Chromebooków od Microsoftu? Chyba tak. Czy komputer stawiający głównie na technologie webowe ma sens? W coraz większej liczbie przypadków: zdecydowanie tak. Windows 10X może i tak okazać się więc czymś bardzo ciekawym. Ja jednak liczyłem na to, co pierwotnie zapowiadano. A więc na nowoczesną platformę dla wszystkich możliwych potrzeb, żegnającą software z ubiegłego tysiąclecia. Tymczasem sprzętu z Windowsem 10X prawdopodobnie nie kupię. Bo Windows 10 jest użyteczniejszy pod każdym względem, zaś Windows 10X za bardzo zaczyna przypominać system Windows RT, o którym coraz mniej osób pamięta. Nie bez powodu.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst