Sprzęt  / Felieton

Właśnie tak powinien wyglądać i działać porządny smartzegarek przyszłości

Drogi gadżet, w większości przypadków dublujący funkcje smartfonu. Bardziej poręczny, ale jednocześnie oferujący bardzo ograniczone możliwości interakcji. Mówiąc wprost, smartzegarki w obecnym momencie nie wykorzystują nawet ułamka możliwości, jakie może dać elektronika ubieralna. I brakuje im niemal dokładnie tego samego, czego brakowało smartfonom na początku ich istnienia. 

Nie chodzi tutaj nawet o najczęściej przywoływane argumenty przeciwko sensowności smartzegarków. Te z każdym kolejnym wydaniem są coraz atrakcyjniejsze, coraz bardziej wydajne i przynajmniej odrobinę dłużej działają na pojedynczym ładowaniu. Pojawiają się także propozycje z różnych półek cenowych i niedługo sytuacja powinna być podobna do tej, którą obserwujemy przy okazji tabletów czy telefonów - każdy może wybrać coś przynajmniej akceptowalnego, dostosowanego do swojego budżetu.

smartwatch

Patrząc przy tym na to, jak szybko spora liczba producentów zainteresowała się tym segmentem, takie dojrzewanie rynku może się odbyć o wiele szybciej, niż przy wspominanych wcześniej smartfonach. Już teraz próbuje się grać ceną, zajmując przedziały od kilkunasty czy kilkudziesięciu dolarów, aż po (potencjalnie) kilka tysięcy.

Czego więc brakuje, skoro sprzętowo, a od niedawna także i systemowo, smartzegarki są teoretycznie coraz lepsze? Aplikacji, ale nie tylko odpowiedników tych, które znamy ze smartfonów, a takich, które zamienią zegarek w element większego rozwiązania lub usługi. Mówiąc wprost, ten "wieszak na aplikacje", którym są mobilne systemy operacyjne, trzeba w jakiś sposób zapełnić.

Nie może to być przy tym identyczny sposób, w jaki zapełniono sklepy z oprogramowaniem dla telefonów. Nikt nie chce na zegarku czytać RSS-ów, długich wiadomości email, przeglądać internetu, grać czy robić czegokolwiek bardziej skomplikowanego. Małe ekrany i niewygodna obsługa dotykiem przy większej liczbie elementów, niedoskonała i niekomfortowa w wielu przypadkach obsługa głosowa - wszystko to zmusza do tworzenia zupełnie innych niż do tej pory aplikacji. Nie do przenoszenia prawie 1:1, co robią niektórzy, tego, co sprawdziło się na telefonach.

Ma być jedno spojrzenie, jednak prosta akcja i natychmiastowa reakcja. Inaczej równie dobrze można wyciągnąć z kieszeni smartfon.

W skrócie, smartzegarek z poziomu UI aplikacji powinien być tak prosty jak... pilot do bramy czy samochodu, jednocześnie całą swoją "smartność" przed użytkownikiem ukrywając i przekazując mu tylko to, co jest dla niego w danej chwili niezbędne. Powinien być prosty, wygodnym i szybkim narzędziem do obsługi naszego Internetu Rzeczy, w który znajdą się niedługo przedmioty, których "internetowości" jeszcze niedawno nawet sobie nie wyobrażaliśmy.

bmw

Przykładem może być chociażby zapowiedziana przez BMW aplikacja do "przywoływania" samochodu z parkingu. Nie ma tam żadnych zbędnych danych, nie ma dziesiątek przycisków czy konieczności wprowadzania jakichkolwiek informacji. Jest za to jeden przycisk - Pick Me Up (albo "Park", kiedy chcemy je zaparkować). Koniec, kropka. Klikamy i samochód, bazując na naszej lokalizacji (koniecznie pochodzącej z GPS) podjeżdża tam, gdzie stoimy.

Czy zrobi to lepiej czy gorzej (np. rozbijając się pod drodze na ścianie) to już zupełnie inna kwestia, mniej związana ze smartzegarkami. Istotne jest głównie to, że samo wyświetlanie powiadomień z telefonu, czy korzystanie na nim ze "smartfonowych" aplikacji, jest absolutnym marnowaniem potencjału sprzętów z tej kategorii. Pisał o tym zresztą Przemek Pająk w swoim artykule - dopiero teraz, kiedy widać, że jest dla tego typu sprzętu szersze zastosowanie, zainteresowali się nim nawet producenci klasycznych zegarków.

To po prostu ogromna szansa, nie tylko dla producentów (smart)zegarków, ale i producentów teoretycznie spoza branży mobilnej. Tych, którzy chcą być gotowi na IoT, tak jak np. wspomniane już BMW.

Jednocześnie, chociażby pod tamtym artykułem, pojawiły się głosy, według których wszystko to, co miałyby robić smartzegarki, jest wtórne w stosunku do smartfonów. W tym momencie jest to prawda, szczególnie jeśli sprowadzimy je do funkcji wyświetlania powiadomień. Nie oszczędza nam to sporo czasu, a i tak żeby na poważnie odpisać lub wygodnie przeczytać maila, musimy wyciągnąć telefon. Po prostu potrafią teraz zbyt mało, mają za mało punktów wspólnych z IoT, a i samych Rzeczy w Internecie jest jeszcze po prostu niewiele.

asus zenwatch

Wyobraźmy sobie jednak wcale nie tak odległą przyszłość, w której nie sięgając do kieszeni nastawiamy sobie rano kawę, wyłączamy światła, "wołamy" samochód, żeby podjechał pod drzwi domu, w sklepie jednym kliknięciem płacimy za wszystkie towary bez stania w kolejce do kasy, na przystanku (jak pisał Przemek) wyświetla się nam automatycznie ile trzeba czekać na nasz autobus do domu albo na umówione spotkanie, a w drodze powrotnej w odpowiednim miejscu przypomina, że dobrze byłoby włączyć teraz ogrzewanie w domu, żeby było ciepło jak wrócimy. A na koniec dnia telewizor sam się wyłączy w momencie, kiedy uzna, że zasnęliśmy na kanapie, przy okazji nagrywając resztę oglądanego przez nas serialu.

Wszystko to bez sięgania po smartfon i przy okazji właściwie jednym kliknięciem na malutkim ekranie. 3/4 aktywności (albo nawet więcej!) z telefonu przeniesione na nadgarstek i realizowane kilka razy wygodniej i szybciej. Kontekst, gigantyczne zbiory przeanalizowanych danych, prostota. Efekt? Zegarki, które faktycznie potrafią... oszczędzić nasz czas. W tym momencie będziemy mogli mówić, że smartzegarki mają sens.

Na razie jednak wydawanie czasem nawet 1000 zł lub więcej na coś, co nawet nie tyle niespecjalnie jest nam w stanie ułatwić życie, co potrafi zrealizować tylko 1/10 funkcji telefonu, jest po prostu stratą pieniędzy. Chyba, że chcemy eksperymentować i instalować na nim np. Windowsa 95. Tylko po co.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst