Tech

Robert Gwiazdowski - Patenciarze, czyli kto i jak decydował o wyniku procesu Apple vs. Samsung w USA

307 interakcji
dołącz do dyskusji

Autorem tekstu jest Robert Gwiazdowski, prawnik i ekonomista, ekspert w dziedzinie podatków w Centrum im. Adama Smitha, doktor habilitowany nauk prawnych. Tekst został również opublikowany na blog.gwiazdowski.pl.

Ława przysięgłych w Los Angeles (Kalifornia, USA) uznała O.J. Simpsona za niewinnego zabójstwa żony… Upss… Chciałem właśnie napisać, że ława przysięgłych w San Jose (Kaliforniia, USA) uznała Samsunga za winnego łamania patentów „technologicznych” firmy Apple. Ale jakoś tak mi się skojarzyło.

Nie używam ani iPhone’a ani Galaxy. Nie należę więc do żadnej sekty. Chłodna analiza prawno-ekonomiczna każe zwrócić uwagę na kilka kwestii.

Zacznijmy od prawa. A dokładnie od właściwości miejscowej sądu i trybu postępowania przed ławą przysięgłych. W procesie O.J. Simpsona też się zaczęło od wyboru sądu. Sprawa była karna więc musiała być i ława przysięgłych. W sprawie Apple v. Samsung prawnikom Apple’a udało się doprowadzić do wywołania sprawy przed ławę przysięgłych – przeciętnych Amerykanów nie mających pojęcia ani o prawie, ani o ekonomii, ani o technologii. Wśród członków jury znalazła się gospodyni domowa, pracownik budowy, inżynier elektronik, agent ubezpieczeniowy i czy bezrobotny fan gier wideo. I do tego wszyscy pochodzili z Sillicon Velly, a dokładnie z San Jose – 10 mil samochodem od siedziby Apple’a w Cupertino. Wszyscy byli sąsiadami Steava Jobsa. A pozwanym był Samsung (siedziba 5,5 tys. mil samolotem od siedziby sądu), choć wszyscy komentatorzy są zgodni, że tak naprawdę był nim Google i jego Android. Czy miało to wpływ na werdykt? A czy proces O.J. Simpsona w Los Angeles (a nie w Santa Monica) przed ławą przysięgłych złożoną w większości z Afro- i Latynoamerykanów (choć nie jestem pewien czy to określenie zgodne z zasadami „poprawności politycznej”) miał wpływ na werdykt, czy nie miał.

W Tokio zawodowy sędzia Tamotsu Shoji już po kilkuminutowej rozprawie stwierdził, że nie uważa, by produkty Samsunga powielały technologie Apple ′a, i oddalił pozew. Tak samo zadecydował sąd w Wielkiej Brytanii. Sędzia Colin Birss stwierdził ironicznie, że „(Samsung ′s tablets) are not as cool ” – jak produkty Apple’a. Z kolei w Korei Południowej sąd wydał wyrok najbardziej salomonowy uznając, że obie firmy nawzajem naruszały swoje patenty. Przed ławą przysięgłych sprawy toczą się zupełnie inaczej.

Jeden z przysięgłych w sprawie Apple v. Samsung, Manuel Ilagan, już w kilka chwil po ogłoszeniu wyroku udzielał „ekskluzywnego” wywiadu twierdząc między innymi: „It didn ′t dawn on us [that we agreed that Samsung had infringed] on the first day”. A to przecież podobno proces miał wykazać. A on już wiedział „on the first day”, że „Samsung had infringed”. Ciekawe, jak zareaguje na to sąd apelacyjny?

Stary dowcip powiada, że ława przysięgłych to dwunastu ludzi (w tym procesie akurat dziewięciu) mających zdecydować, która strona ma lepszego adwokata. Zdecydowanie lepsi byli adwokaci Apple’a z Harold’em McElhinny na czele, niż prawnicy reprezentujący Samsunga – Kevin Johnson, Charles Verhoeven, czy Kathleen Sullivan. „Czy może Pani rozpoznać różnicę między Apple iPad a Samsung Galaxy Tab” – zapytała ją sędzia Lucy Koh pokazując oba urządzenia. „Nie z tej odległości, Wysoki Sądzie” – odparła pani mecenas. Żenada. „Czy którykolwiek z prawników Samsunga jest w stanie powiedzieć mi, które z urządzeń to Samsung, a które to Apple?” – dopytywała Sędzia Koh. Odpowiedziała jej cisza. Żenada! Tablet Apple ma proporcje 4:3, aluminiowy tył i „ostre” krawędzie, podczas gdy Samsung jest wyraźnie węższy i dłuższy (proporcje 16:10), z obudową z białego plastiku z aluminiową wstawką, a krawędzie ma zaokrąglone zdecydowanie bardziej „miękko”. Choć wyświetlacz Samsunga ma przekątną 10,1 ” a iPada 9,7 „, to ze względu na różnicę proporcji obydwa mają niemal identyczną powierzchnię. Jednak poważnie różni je rozdzielczość. Tablet Apple ′a wyświetla 1024×768 pikseli (ok. 132 pikseli na cal), podczas gdy Samsung 1280×800 pikseli (ok. 149 pikseli na cal). Czy pani mecenas nie powinna czasami poprosić Sędzię Koh o ich włączenie (może udałoby się jej wówczas je odróżnić) i skontrować zarzut prawników Apple’a, którzy stwierdzili, że mają dowody, iż „klienci kupowali Galaxy bo myśleli, że kupują iPada” (!!!)

„Mowa ciała” Sędzi Lucy Koh wskazywała raczej na sympatyzowanie z producentem iPhonów. Jej decyzje w sprawie nie dopuszczenia niektórych dowodów zgłaszanych przez Samm’yego, choć poprawne z formalnego punktu widzenia, w sprawie cywilnej toczącej się przed ławą przysięgłych nie pozostały, moim zdaniem, bez wpływu na werdykt. Sąd nie dopuścił miedzy innymi jako dowodu rysunków prototypu telefonu Samsung F700, który wyglądał jak iPhone, a był opracowywany w tym samym czasie, gdyż złożone zostały za późno. Prawnicy Samsunga popełnili kardynalny błąd, bo John Quinn udostępnił je na konferencji prasowej. Wk…. Lucy Koh do „białości”. I ja się jej nie dziwię. Na co liczył Quinn? Pewnie nie czytał Harta, Holmesa czy Graya – głównych przedstawicieli doktryny funkcjonalizmu prawniczego.

Być może to właśnie poskutkowało formalnym odrzuceniem kolejnych dowodów – kadrów z filmu Odyseja Kosmiczna 2001 Stanleya Kubricka z 1968 i programu telewizyjnego Tommorow People z roku 1973, na których wyraźnie widać, że bohaterowie korzystają z prostokątnych tabliczek wyświetlających informacje i reagujących na dotyk palcami. Skoro takie obrazy funkcjonują w powszechnej świadomości – a funkcjonują – to są częścią kultury i w ogóle nie można ich opatentować. Tym razem argument był taki, że choć zostały przedstawione we właściwym czasie, to bez wyraźnego stwierdzenia, że będą używane jako dowody. Na miejscu Sędzi Koh zrobiłbym może to samo. Jeśli nawet w sprawie dowodu z F700 popełniła ona błąd, trzeba było dać jej szansę jego naprawienia i wyrównania szans obu stron przy okazji kolejnego postanowienia w sprawie kolejnych dowodów. A jeśli je też by odrzuciła, można byłoby je wykorzystać medialnie w przypadku porażki przed apelacją. Bo jak jesteśmy atakowani za popełnienie błędu, to mamy naturalną skłonność, żeby w nim się upierać.

Jak na proces przed ławą przysięgłych – która z natury rzeczy kieruje się emocjami – zdumiewająca była tez decyzja Lucy Koh, zakazująca Samsungowi podczas rozprawy wykorzystywania cytatów z biografii Steva Jobsa. Jak uzasadnia – jego słowa nie mają żadnego znaczenia w kontekście sprawy.

Dla zawodowego sędziego mieć nie powinny, ale czy dla ławników orzekających o winie też nie? „Zniszczę Androida, bo to złodziejski produkt. Jestem gotów wypowiedzieć im wojnę termojądrową, by to osiągnąć. Do ostatniego mojego tchu, do ostatniego centa z kasy Appl’a, będę o to walczył” – mówił Jobs.

Nic więc dziwnego, że po ogłoszeniu wyroku w wydanym komunikacie Apple’a znalazło się stwierdzenie: „Jesteśmy wdzięczni ławie przysięgłych za posługę i poświęcenie czasu”. Mają za co!

„Dla nas w tym pozwie zawsze chodziło o coś ważniejszego niż patenty czy pieniądze. Chodziło nam o wartości, oryginalność i innowacje” – napisał w liście do pracowników Tim Cook, szef Apple ′a. Ale w trakcie procesu wyszło na jaw, że w październiku 2010 roku Apple proponował Samsungowi opłaty licencyjne za wzorowanie się na iPadach i iPhone ′ach – 30 USD od każdego smartfona i 40 USD od tabletu. Czyli jednak chodziło o „wartość” wyrażona w pieniądzach amerykańskich. Przy wielkości sprzedaży Samsunga w 2010 roku byłoby to 250 mln USD.

Co prawda adwokaci Apple’a też potrafili wyprowadzić Sędzię Koh z równowagi. Gdy jeden z nich – Bill Lee – zgłosił liczący 75 stron wniosek o przesłuchanie 20 świadków w ciągu pozostałych kilku godzin rozprawy, wypaliła ona „jeśli nie pali pan cracku to wie, że nie przesłucha pan tych świadków, bo zostało panu raptem niecałe cztery godziny”. Ale nie przesłuchanie tych dodatkowych świadków nie miało już specjalnego znaczenia, zważywszy na przesłuchania świadków poprzednich i ocenę ich zeznań.

(Na marginesie: na przedstawienie swoich racji Apple miał 25 godzin. Bo takie szczegóły w sądzie amerykańskim ustala się z góry! W Polsce jest to nie do pomyślenia! A właśnie tak powinien wyglądać proces.)

Według zeznań byłego projektanta Apple’a, Shina Nishibori’ego, iPhone był bardzo mocno inspirowany prototypem smartfonu marki Sony. Nishibori otrzymał polecenie stworzenia modelu tego telefonu, który „zmienił całkowicie kierunek, w jakim zmierzał design Apple’a”. Przysięgli dali jednak wiarę drugiemu projektantowi Apple’a – Chrisowi Stringer’owi – który pięknie opowiadał, jak jego grupa spotyka się przy kuchennym stole i tam luźno dyskutuje na temat wyglądu produktów, wymieniając się ich szkicami, które trafiają później do aplikacji CAD, a najlepsze z nich kończą jako fizyczny prototyp. Świadek przed ławą przysięgłych jest jak aktor – jego gra decyduje często o werdykcie jury, tak samo jak o werdykcie kinomanów, którzy często z niezrozumiałych powodów „głosują nogami” za jakąś gwiazdą czy gwiazdeczką Hollywood, niedoceniając innych. Nie byłem, nie widziałem (w amerykańskim sądzie nie wolno nawet robić zdjęć, a co dopiero kręcić filmów) ale Stringer podobno „zagrał” zdecydowanie lepiej niż Nishibori.

Samsung został uznany winnym umyślnego naruszenia takich patentów „technologicznych” Apple’a jak:

  • „efekt gumki” przy przewijaniu stron.
  • powiększanie i zmniejszanie obrazu gestem rozsuwania i zbliżania dwóch palców,
  • zbliżanie i wyśrodkowanie obrazu podwójnym stuknięciem palca w ekran,
  • projekt ekranu z otworem na głośnik,
  • kształt ekranu z zaokrąglonymi rogami i metalową krawędzią,
  • rozmieszczenie ikon na ekranie początkowym.

Czy podwójne stuknięcie palcem w ekran w celu przybliżenia obrazu, albo zaokrąglenie rogów prostokąta służącego do dzwonienia to jest w ogóle „technologia”?. W systemie Windows od zawsze klikało się „podwójnie”. Więc tak naprawdę to jedynie palec zastąpił kursor od „myszki”. A kto stworzył odpowiednią do tego rzeczywistą technologię, czyli ekran dotykowy, dzięki któremu jest to w ogóle możliwe???

Apple może przodować w pomysłach wykorzystania technologii, ale przecież nie przoduje w technologiach. 2,7% patentów przeciętnej firmy technicznej dotyczy designu produktu. U Apple’a te patenty stanowią 13,4% z prawie 5,5 tys. sztuk, jakimi dysponuje. Z 359 patentów Samego Steve’a Jobsa 86% dotyczy designu.

Tymczasem Samsung domagał się ochrony swoich patentów technologicznych. Ale dotyczą one standardu – a więc nie można zakazać ich używania. Są to tak zwane patenty FRAND – bo muszą być udostępniane innym na rozsądnych I niedyskryminujących zasadach (Fair, Reasonable, and Non-Discriminatory)

Z jednej strony mamy więc technologie, takie jak JPEG, a z drugiej miejsce umieszczenia obiektywu na prostokącie służącym do telefonowania i do robienia zdjęć. Z jednej strony mamy technologię służącą do łączenia się (3G, LTE) a z drugiej miejsce umieszczenia głośnika na tymże prostokącie przez który płyną fale (głos).

Bezsprzecznie Jobs i „jego” Apple był pierwszy jako pomysłodawca złożenia różnych części produkowanych przez różnych producentów w jednego „smartfona”. Absolutnie chapeau bas! Ma miejsce w historii. Podobnie jak Daimler, Benz i Mybach. Ale co by się stało, gdyby któryś z nich opatentował „koncepcję pojazdu służącego do przewożenia osób i/lub ludzi składającego się z podwozia, czterech kół i nadwozia napędzanego silnikiem spalinowym? To by było trochę tak, jak dziś próba opatentowania prostokąta z zaokrąglonymi rogami służącego do transmisji głosu na odległość.

Może adwersarze powinni postudiować troszeczkę historię gospodarczą świata. Najsłynniejszym przykładem patentowego boju były dotąd batalie urządzane przez braci Orville’a i Wilbura Wrightów. Zaraz po przeprowadzeniu 17 grudnia 1903 roku pierwszego kontrolowanego lotu maszyny cięższej od powietrza z pilotem na pokładzie opatentowali swój wynalazek. Wielka gorączka lotnicza, która ogarnęła ludzkość szybko doprowadziła do powstania różnych firm pragnących przekuć wynalazek w biznes. Wrightowie nie mieli nic przeciwko temu. Domagali się tylko jednego – opłaty licencyjnej od każdego wybudowanego aeroplanu. „Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że każdy awiator zawdzięcza możliwość oderwania się od ziemi i bezpiecznego lądowania nam i tylko nam” – pisał Wilbur Wright. Trochę tak jak w przypadku patentów FRAND. Albo może należałoby raczej powiedzieć „RAND – bez „F” czyli bez „fair”.

„A czy jeśli człowiek skacze z urwiska i macha rękami to, jeśli przeżyje, też musi płacić Wrightom tantiemy za ich wynalazek” – ironizowali adwokaci Curtiss Aeroplane Company, które próbowały rozwinąć produkcję samolotów na skalę przemysłową.

Trzy fakty są istotne. Po pierwsze, europejskie sądy (zwłaszcza niemieckie) w ogóle nie zamierzały udzielać ochrony amerykańskim patentom. Dla większości historyków gospodarki nie ulega wątpliwości, że Ameryka – właśnie z powodu działań braci Wright – przegrała konkurencję z europejskimi producentami, czego pokłosiem była przewaga militarna niemieckiej Luftwaffe podczas II wojny światowej.

Po drugie, 5 lipca 1929 roku doszło do połączenia różnych firm związanych z Curtiss Aeroplane and Motor Company z Wright Aeronautical i powstała Curtiss-Wright Corporation istniejącą do dziś. Ale były to obje firmy amerykańskie. W Korei wówczas to produkowano ryż. I wreszcie po trzecie, podczas wojny, nawet w Ameryce, nikt się nie przejmował jakimiś patentami. Wojny miewały nie tylko niszczycielskie skutki dla ludzkości.

Historia sporu Wrightów z resztą świata to klasyczny przykład na wewnętrzny paradoks tkwiący w koncepcji patentu. Z jednej strony patent jest nagrodą za przedsiębiorczość wynalazcy. Z drugiej – potrafi blokować innowacyjność.

Dlatego Edmund Phelps – laureat Nagrody Nobla z ekonomii z 2006 roku – nawołuje do całkowitego zniesienia patentów, jako „jedyny sposób, by przywrócić dynamikę i innowacyjność pozamykanym i nieruchawym gospodarkom Zachodu”.

Spójrzmy jeszcze na sprawę z „Bastiatowskiego” punktu widzenia i zobaczmy czego nie widać w sporze Apple’a z Samsungiem. A nie widać… Microsoftu. To znaczy już widać. „Windows Phone ma się świeeeeetnie w tym momencie” („Windows Phone is looking gooooood right now”) – napisał na Twitterze Bill Cox w chwilę po ogłoszeniu wyroku ławy przysięgłych w San Jose. Monopolista, któremu udało się opatentować „okienka” jak każdy monopolista przespał koniunkturę na nowym rynku, na którym monopolu nie ma. A teraz się cieszy, że jego o wiele mniej funkcjonalny produkt będzie się cieszył większym powodzeniem nie z powodu swoich przewag rynkowych, lecz z powodu „rynkowej” przewagi jednych prawników nad innymi.

Dla mnie osobiście najważniejsza jest dobra… dziurka! Do USB! Gdyby Apple nie było ortodoksyjnie zamknięte, gdyby nie zabraniało mi usunąć ze strony swojego tabletu ikonek, których nie używam, gdyby pozwalało mi wgrać na mój tablet to, co jest mi potrzebne, gdyby nie ograniczało tak mojej wolności korzystania z rzeczy, którą przecież kupiłem, to może ja nie byłbym tak ortodoksyjny w nieużywaniu wyrobów Apple’a. Ale z drugiej strony, gdyby designerzy z Cupertino zdecydowali się w końcu wyposażyć swój dzwoniący prostokąt w port USB, to może stałby się on za bardzo „podobny” do wyrobów Samsunga?

Od wyroku ławy przysięgłych w San Jose upłynęło już kilka dni. Początkowo nie planowałem żadnego komentarza. Jednak gdy zobaczyłem obrazek (tak, tak – obrazek) najnowszego „patentu” Apple’a „technologii” 5D zacząłem się zastanawiać, kiedy designerzy z Cupertino wpadną na pomysł opatentowania „rytmicznych ruchów posuwisto-zwrotnych”, które dają przecież nieporównywanie większy „amazing”, niż mizianie palcami najnowszego ekranu iPhone’. I chyba z przekory pójdę kupić Galaxy S III. Na pewno się nie pomylę, bo wygląda całkiem inaczej niż iPhone. Ciekawe, jak będzie wyglądał iPhone 5 i czy w związku z tym będzie kolejny proces? Może Chris Stringer przekona ławę przysięgłych, że on już od dawna ze swoimi pracownikami w kuchni projektowali wyświetlacz 4,8 „.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst