Po koncercie Metalliki wylała się fala pogardy. Przestańcie się ośmieszać
Nie opadł jeszcze kurz po koncercie Metalliki w Chorzowie. Unosi się, bo przez media społecznościowe przetaczają się nadal lamenty. „Komercja”, „liczy się tylko kasa” - czytam głosy obrońców metalowej ortodoksji i mam ochotę pokazać im środkowy palec.

Najbardziej rozśmieszył mnie argument: „Na koncerty przychodzi gawiedź, która nie wie nawet, co to Kill’em All i nie zna Dave’a Mustaine'a” (przytaczam z pamięci). Straszne. Przed odtworzeniem któregokolwiek hitu zespołu w streamingach i na YouTubie, słuchacze powinni zdawać obowiązkowy test wiedzy o Metallice – pomyślałem.
Czy Metallica to komercja?
Jeszcze jak! Rzecz w tym, że za tym słowem nie kryje się nic złego. James Hetfield podczas chorzowskiego koncertu stwierdził, że ma najlepszą pracę na świecie. Robi to, co lubi i jeszcze na tym zarabia. A zarabia miliony dolarów.
Problem z obrońcami ortodoksji i spleśniałego smrodu garażu jest taki, że przebywali w hibernacji ponad 30 lat, nie zauważywszy, że Metallica jest zespołem komercyjnym - nie znoszę tego słowa – mniej więcej od początku lat 90., jeżeli za datę przejścia na pieniężną stronę mocy przyjmiemy Czarny album wydany w 1991 r. Prawda jest jednak taka, że zespół już wcześniej flirtował z tym, czym gardzą ortodoksi. Gdy na płycie „Ride the Lightning” pojawiła się ballada „Fade to black” słychać było takie same głosy oburzenia jak dziś. Ulrich wspomina, że nazywano ich wtedy zdrajcami trash metalu. To zabawny paradoks, bo grupa nienawidziła tego określenia.
Załóżmy dla celów metodologicznych, że ostatecznym potwierdzeniem tego, że Metallica stała się komercyjnym zespołem był wspomniany Czarny album z takimi hitami jak „Enter Sandman”, „The Unforgiven” czy „Nothing Else Matters”. Ta płyta wyniosła Metallicę na szczyty popularności, a wspomniane kawałki – zwłaszcza piękną balladę, którą Hetfield napisał z tęsknoty za swoją dziewczyną – znają chyba wszyscy.
Jak to się stało? Powodów było kilka. Pierwszy wynikał z tego, że frontman grupy chciał stworzyć przebój wszech czasów na miarę „Smoke on the water” Deep Purple. Kierował się tą motywacją pisząc piosenkę „Enter Sandman”. Drugi jest taki, że perkusista Lars Urlich po otrzymaniu od Hetfielda taśm z riffami na kolejną płytę stwierdził, że stworzona do szuflady ballada „Nothing…” powinna znaleźć się na nowym wydawnictwie. Trzecim powodem jest producent krążka, Bob Rock, który w trudnych warunkach pracy z upartymi metalowcami, łamał ich opór, zachęcał do poszerzania horyzontów czy wreszcie skłonił Hetfielda, żeby ten nauczył się śpiewać.
Czy to źle? Wręcz przeciwnie. Świetne kawałki z Czarnego albumu usłyszał cały świat, a nie tylko garstka ortodoksów w skórach i ćwiekach. A że chłopcy na tym zarobili – jeszcze lepiej.
Słucham świadomie muzyki od 10. roku życia. Metallicę poznałem z pirackiej kasety zawierającej utwór „Jump in the fire” (nie było to „Kill’em All”). Działo się to w okolicach roku 1990, a więc przed wydaniem Czarnego albumu. Doskonale pamiętam lamenty kolegów metalowców po wydaniu płyty „Load”. Jak płakali nad krótkimi włosami członków zespołu. Jak jojczyli: „Metallica się sprzedała”. To chyba najczęściej powtarzane hasło w odniesieniu do Kalifornijczyków, jakie słyszałem. Historia powtarza się cyklicznie i dotyczy każdego zespołu, który odniósł sukces. Na polskim gruncie takie rzeczy regularnie czytam chociażby o naszym Behemocie.
Na koncerty Metalliki chodzi gawiedź?
Najbardziej zirytował mnie jeden z komentarzy, w którym ludzie zgromadzeni na Stadionie Śląskim zostali określeni pejoratywnym mianem gawiedzi. Autor tegoż określenia – nota bene dziennikarz radiowy, któremu reklamy robił jednak nie będę, wspominając go z imienia i nazwiska – opisywał też doskonałą sprzedaż tzw. merchu. Ludzie masowo kupowali koszulki grupy – olaboga. Metallica zarabiała w Polsce pieniądze – Jezus Maria. Śmieszny jest fakt, że gdy pod opisywanym postem na Facebooku pojawiły się liczne głosy krytyczne, autor płakał, że atakujący jego narzekania nie przeczytali jego słów ze zrozumieniem. Mniejsza z tym.
Słucham Metalliki od około 36 lat. Nie jestem ortodoksyjnym fanem zespołu. Nie zachwycają mnie płyty wydane mniej więcej po albumie „Reload”. Włączam je czasem, ale się nie cieszę, bo nie wzbudzają takich emocji, jak uwielbiane przeze mnie „Ride the lightning”, „Master of Puppets”, "...And Justice for All" i Czarny album. Czy nowe krążki są złe? Skądże. To bardziej mechanizm psychologiczny, który sprawia, że doceniam bardziej utwory „z młodości”, bo stoi za nimi ładunek emocjonalny związany z bólem istnienia doświadczanym podczas okresu dojrzewania. Wspomnienia są ściśle powiązane z emocjami.
Staram się jednak nie zatrzymywać na tym, co było. Dziś Metalliki słucham stosunkowo rzadko. Album „Master of Puppets” przesłuchałem w całości po raz pierwszy od 5 lat przy okazji lektury książki „Metallica. Historia w 180 kawałkach”. Benoit Clerc opisuje w niej każdy utwór - to świetna zabawa, pozwala odkryć smaczki, których wcześniej się nie zauważało. Dziś w moim top 5 królują dużo młodsze zespoły. Spotify w zestawieniu wszech czasów wskazał, że od założenia konta najczęściej słuchałem polskiej Mgły. Nie zmienia to faktu, że Metallica zawsze będzie miała miejsce w moim sercu i nigdy nie będę bronił dostępu do niej komukolwiek w imię idiotycznej ortodoksji i poczucia wyższości.
PS. Nie znoszę płyty „Kill’em All” poza kawałkami „Motorbreath” i „Jump in the fire” – teraz możecie mnie zabić. A! Za Mustaine'em też nie przepadam. Kurtyna.
Czytaj także:
Zdjęcie główne: Bill Raymond / Shutterstock.



















