REKLAMA

W USA mają problem. Tomahawki nie rosną na drzewach

Tomahawki schodzą w alarmującym tempie, a produkcja długo nie nadążała za potrzebami. Dla Pentagonu to problem większy niż sama kampania przeciw Iranowi.

Pentagon patrzy na magazyny z coraz większym niepokojem
REKLAMA

Pocisk manewrujący nie robi może takiego wrażenia jak lotniskowiec, bombowiec stealth czy myśliwiec 5. generacji, ale to właśnie takie uzbrojenie często przesądza o tym, czy da się prowadzić wojnę z dystansu i bez wchodzenia głębiej w strefę obrony przeciwnika. Po kilku tygodniach wojny z Iranem liczba wystrzelonych pocisków miała już przekroczyć 850. W rzeczywistej wojnie nowoczesne zapasy precyzyjnego uzbrojenia potrafią topnieć znacznie szybciej, niż wynikałoby to z planów.

REKLAMA

Problem nie polega wyłącznie na tym, że Tomahawki są drogie

Tomahawk od dekad należy do najważniejszych amerykańskich narzędzi uderzenia dalekiego zasięgu. To broń, która pozwala razić cele z okrętów i okrętów podwodnych bez konieczności posyłania maszyn załogowych w najbardziej ryzykowne rejony. Jest to jeden z filarów amerykańskiego modelu prowadzenia wojny na dużym dystansie: najpierw otworzyć drogę precyzyjnym uderzeniem, zniszczyć część infrastruktury, wyrzutni, radarów czy stanowisk dowodzenia, a dopiero potem rozwijać dalsze działania.

Problem zaczyna się wtedy, gdy taka broń schodzi z magazynów w tempie, które przestaje wyglądać jak kosztowna, ale kontrolowana operacja, a zaczyna przypominać spalanie zasobów na skalę, do której przemysł i budżet nie były przygotowane.

Właśnie to widać dziś najlepiej. Sama liczba ponad 850 wystrzelonych Tomahawków w 4 tygodnie robi wrażenie, ale jeszcze większe znaczenie ma to, jak wypada na tle potencjalnych zapasów i możliwości odtworzenia. Według relacji cytowanych w amerykańskich mediach jeszcze przed rozpoczęciem operacji mówiono o zasobach liczonych mniej więcej w przedziale od około 3 tys. do 4,5 tys. pocisków.

Niezależnie od tego, która liczba jest bliższa prawdy, łatwo zauważyć, że zużycie ponad 850 sztuk w tak krótkim czasie oznacza bardzo wyraźny ubytek w jednym z najważniejszych arsenałów dalekiego rażenia. A przecież nie mówimy o konflikcie totalnym z równorzędnym przeciwnikiem, tylko o jednej operacji, która już teraz zaczął pożerać zapasy w tempie niepokojącym nawet dla Pentagonu.

Broń zdecydowanie za wolno wraca do magazynów

W normalnym politycznym przekazie łatwo powiedzieć, że zapasy są wystarczające i że przemysł obronny w razie potrzeby dostarczy więcej. Kłopot w tym, że pociski tej klasy nie powstają jak amunicja małokalibrowa. Ich produkcja jest złożona, wymaga wielu komponentów, a cały łańcuch dostaw działa z opóźnieniem, które w czasie wojny staje się bardzo bolesne.

W relacjach z USA wraca informacja, że pojedynczy Tomahawk może kosztować do 3,6 mln dol., a czas budowy jednego egzemplarza może sięgać nawet około 2 lat. Przy takim rytmie nie da się szybko zasypać luki powstałej po bardzo intensywnej kampanii uderzeniowej.

Jeszcze bardziej wymowne jest to, że zanim wybuchła obecna wojna, tempo zakupów nie wyglądało jak przygotowanie do konfliktu wysokiej intensywności. W jednym z poprzednich budżetów roczny zakup obejmował zaledwie 57 pocisków. To liczba, która w czasie pokoju może wyglądać jak rozsądna korekta zapasów, ale w warunkach rzeczywistej wojny staje się niemal symboliczna.

I właśnie tutaj widać największy zgrzyt między teorią a praktyką. Nowoczesne armie od lat mówią o konflikcie z równorzędnym przeciwnikiem, o Indo-Pacyfiku, o konieczności prowadzenia działań w warunkach silnej obrony przeciwlotniczej i antydostępowej, ale kiedy przychodzi do liczb, okazuje się, że najcenniejsze środki dalekiego rażenia wciąż były kupowane bardziej w trybie oszczędnego zarządzania niż rzeczywistego przygotowania do długiej wojny.

To nie dotyczy tylko Iranu

Tomahawki to broń, która od lat jest traktowana jako jeden z podstawowych środków, które miałyby odegrać dużą rolę także w ewentualnym konflikcie na Pacyfiku, zwłaszcza w scenariuszu związanym z Tajwanem. A tam skala potrzeb byłaby prawdopodobnie znacznie większa niż na Bliskim Wschodzie.

Liczba potencjalnych celów, od infrastruktury wojskowej po wyrzutnie, stanowiska radarowe, okręty i zaplecze logistyczne, mogłaby iść w dziesiątki tysięcy. Do tego dochodziłaby konieczność używania broni stand-off, czyli odpalanej z bezpieczniejszego dystansu, bo przeciwnik dysponowałby gęstą siecią obrony i własnymi środkami rażenia dalekiego zasięgu. W takim układzie 850 Tomahawków zużytych w ciągu miesiąca przestaje być tylko dużą liczbą. Staje się ostrzeżeniem, że w dużo większej wojnie zapasy mogłyby topnieć jeszcze szybciej.

Pentagon od dawna analizuje nie tylko to, czy dana broń jest skuteczna, lecz także jak długo da się utrzymać jej użycie przy konkretnym tempie operacji. Sama skuteczność pocisku nie wystarcza, jeśli po kilku tygodniach okazuje się, że magazyn zaczyna świecić pustkami, a produkcja rusza zbyt wolno.

Właśnie w ten sposób wojna z Iranem zaczyna działać jak brutalny test odporności amerykańskiego systemu zaopatrzenia. I nie chodzi wyłącznie o pytanie, czy wystarczy uzbrojenia na dziś, lecz o to, czy USA są naprawdę gotowe na konflikt, w którym trzeba jednocześnie walczyć skutecznie i długo.

Przemysł ma zwiększyć produkcję, ale to nie jest lekarstwo na już

Oczywiście w Waszyngtonie i w sektorze zbrojeniowym nikt nie siedzi z założonymi rękami. Na początku lutego RTX ogłosił, że w ramach nowych wieloletnich porozumień produkcja Tomahawków ma docelowo wzrosnąć do ponad 1 tys. sztuk rocznie. To ogromny skok względem wcześniejszego tempa i znak, że problem został zauważony na najwyższym poziomie.

Równolegle Reuters opisywał, że obecna produkcja dla USA była znacznie niższa, a celem nowych umów jest właśnie mocne zwiększenie wydolności przemysłowej. To rozsądny ruch, jednak takie decyzje nie cofają pocisków wystrzelonych w marcu i nie rozwiązują problemu w ciągu kilku tygodni.

To zresztą jeden z największych paradoksów współczesnego przemysłu obronnego. Kiedy wszystko jest spokojne, zwiększanie mocy produkcyjnych wydaje się drogie, mało widowiskowe i politycznie niewdzięczne. Kiedy jednak przychodzi wojna, nagle okazuje się, że największym dobrem jest zdolność do szybkiego wytwarzania dużych ilości tego, co już istnieje i co rzeczywiście schodzi z wyrzutni.

Ostrzeżenia pojawiały się od dawna

Zużycie uzbrojenia w Ukrainie, napięcia na Bliskim Wschodzie i rosnące planowanie pod scenariusze w Indo-Pacyfiku już od kilku lat prowadziły do jednego wniosku: Zachód ma za mało najcenniejszej amunicji i produkuje ją zdecydowanie za wolno. Problem polega na tym, że dopiero rzeczywisty konflikt na większą skalę nadaje tym ostrzeżeniom konkretny ciężar.

Hasło o zwiększeniu mocy produkcyjnych brzmi na pierwszy rzut oka jak nudny problem dla księgowych i planistów. Wszystko zmienia się jednak w momencie, gdy po zaledwie miesiącu walk z magazynów wyparowuje 850 Tomahawków. Wtedy statystyka nagle staje się brutalnie namacalna.

Przeczytaj także:

Jest też druga, mniej wygodna strona medalu. Publicznie słyszymy uspokajające komunikaty, że magazyny są bezpieczne. Trudno się dziwić – w polityce nikt nie przyznaje się do braku naboi, by nie kusić losu. Ale kiedy z Pentagonu wyciekają doniesienia o panice i nerwowych rozmowach o produkcji rakiet, widać wyraźnie, że te puste regały to nie są tylko złośliwe plotki.

REKLAMA

Nawet jeśli problem nie oznacza jeszcze natychmiastowego wyczerpania arsenału, to już dziś widać, że przy intensywnych operacjach długotrwała przewaga wymaga nie tylko dobrego uzbrojenia, lecz także przemysłu zdolnego tę przewagę stale odtwarzać.

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-03-31T05:45:00+02:00
Aktualizacja: 2026-03-31T05:30:00+02:00
Aktualizacja: 2026-03-30T21:28:16+02:00
Aktualizacja: 2026-03-30T20:09:43+02:00
Aktualizacja: 2026-03-30T18:04:19+02:00
Aktualizacja: 2026-03-30T17:17:31+02:00
Aktualizacja: 2026-03-30T15:32:06+02:00
Aktualizacja: 2026-03-30T15:03:09+02:00
Aktualizacja: 2026-03-30T14:58:45+02:00
Aktualizacja: 2026-03-30T13:49:09+02:00
Aktualizacja: 2026-03-30T13:22:25+02:00
Aktualizacja: 2026-03-30T10:19:10+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA