Zrównoważony rozwój to ściema. Trzeba zresetować system
Międzynarodowy zespół badaczy mówi wprost, że dotychczasowy model zrównoważonego rozwoju zawodzi. Proponują pełny reset systemu.

Przez lata politycy i wielkie korporacje powtarzały jak mantrę hasło o zrównoważonym rozwoju, opierając się na wygodnym schemacie trzech filarów: środowiska, gospodarki i społeczeństwa. Tymczasem emisje rosną, przyroda zanika, a nierówności się pogłębiają. Międzynarodowy zespół naukowców stawia sprawę jasno – ten model się nie sprawdził i trzeba go zmienić. W nowej pracy apelują o całkowite przemyślenie tego, jak rozumiemy rozwój, postęp i dobrobyt.
Filary się chwieją. To bardzo źle
Idea zrównoważonego rozwoju narodziła się jeszcze w latach 80. jako próba pogodzenia wzrostu gospodarczego z ochroną środowiska i poprawą jakości życia ludzi. Szybko przyjęła się prosta metafora: trzy filary – przyroda, gospodarka i społeczeństwo – które trzeba utrzymać w równowadze.
W praktyce to właśnie ten obrazek stał się podstawą do opracowywania strategii i raportów. Naukowcy zwracają jednak uwagę, że atrakcyjna grafika nie przełożyła się na wyniki. Skutki zmian klimatu przyspieszają, tempo wymierania gatunków rośnie, a kryzysy społeczne i gospodarcze pojawiają się jeden po drugim.
Autorzy nowego badania twierdzą, że traktowanie natury, gospodarki i społeczeństwa jako trzech odrębnych, równoważnych sfer prowadzi do niebezpiecznego rozproszenia odpowiedzialności i konkurujących ze sobą priorytetów. W efekcie interes ekonomiczny bardzo często wygrywa, a przyroda jest filarem, który można bezkarnie nadwyrężać – byle liczby w PKB się zgadzały.
Natura jako fundament, gospodarka jako narzędzie
W odpowiedzi badacze proponują zupełnie inne spojrzenie. Zamiast trzech kolumn – jeden, zintegrowany system ułożony warstwowo. U podstaw ma leżeć natura, wyżej gospodarka, a dopiero na szczycie społeczeństwo.
Miałoby to być całkowite odwrócenie obecnej logiki. Środowisko naturalne przestaje być jednym z filarów, a staje się fundamentem wszystkiego. Bez stabilnych ekosystemów, klimatu i zasobów nie ma gospodarki, a bez gospodarki nie ma środków na zaspokojenie potrzeb społecznych.
W tym podejściu najważniejsze stają się trzy rodzaje kapitału, jakim dysponujemy jako społeczeństwo:
- kapitał naturalny – czyli wszystko to, co dostarcza przyroda: woda, gleby, powietrze, lasy, oceany, ale też stabilny klimat czy bogactwo gatunków;
- kapitał ekonomiczny – produkcja, infrastruktura, technologie, finanse;
- kapitał społeczny – zaufanie, instytucje, normy, relacje między ludźmi, poczucie sprawiedliwości.
Te trzy kapitały są ze sobą połączone sprzężeniami zwrotnymi. Jeśli nadmiernie pompowany jest tylko kapitał ekonomiczny kosztem przyrody i więzi społecznych, cały system zaczyna się chwiać. Z kolei równowaga między nimi zwiększa odporność społeczeństw na kryzysy i daje szansę na długoterminowe bezpieczeństwo.
Problem jest nie tylko w rynku, ale przede wszystkim w wartościach
Przez lata kryzysy ekologiczne i społeczne opisywano głównie jako niepowodzenia rynku: złe regulacje, brak wyceny kosztów środowiskowych, dotacje dla paliw kopalnych. Nowe opracowanie idzie krok dalej, mówiąc o awarii wartości.
Chodzi o to, że współczesne systemy gospodarcze i polityczne wspierają bardzo wąskie rozumienie tego, co ważne. Liczy się przede wszystkim to, co da się szybko przeliczyć na pieniądze: wydobycie, produkcja, prywatyzacja zasobów, krótkoterminowy zysk. W cieniu zostają takie wartości, jak troska, wzajemność, solidarność z przyszłymi pokoleniami, szacunek dla innych gatunków.
Badacze podkreślają, że miliardy ludzi na całym świecie wciąż żyją w silnym związku z naturą – choćby dzięki wykorzystaniu dzikich gatunków czy tradycyjnym formom gospodarki. Ten kapitał naturalny jest jednak w statystykach i decyzjach politycznych permanentnie niedoszacowany albo wręcz niewidzialny.
Właśnie dlatego nie chodzi wyłącznie o poprawienie mechanizmów rynkowych, ale o poszerzenie pola widzenia. W nowym modelu ważne miejsce zajmują tzw. pluralne wartości: perspektywy społeczności lokalnych, ludów rdzennych, kulturowe i relacyjne rozumienie natury jako czegoś więcej niż magazynu zasobów.
Od wzrostu za wszelką cenę do równowagi systemu
Zdaniem badaczy nie da się mówić o prawdziwym zrównoważeniu, jeśli nadal głównym celem polityki ma pozostać nieustanny wzrost PKB. Proponują więc coś więcej niż korektę kursu – postulują o gruntowną zmianę sposobu myślenia o gospodarce i postępie.
Rozwój ma być oceniany przez pryzmat stabilności ekosystemów, a nie samej wielkości gospodarki. Polityka ma brać pod uwagę różne systemy wartości, w tym dobro wspólne, więzi społeczne i odpowiedzialność za przyszłość, a zarządzanie musi wychodzić poza resortowe silosy i dostrzegać wzajemne powiązania.
Oznacza to, że decyzje w jednym obszarze (np. rolnictwie) nie mogą ignorować skutków w innym (np. wodzie, klimacie, bioróżnorodności). Zamiast skupiać się na tempie wzrostu, trzeba monitorować kondycję społeczeństw i środowiska. Wskaźnikiem postępu ma być nie tylko stan gospodarki, ale przede wszystkim zdrowie ludzi, poziom zaufania i jakość życia w świecie mieszczącym się w granicach planety.
Środowisko to nie koszt, tylko nasze wspólne dziedzictwo
Cały ten reset systemu sprowadza się do dość prostej prawdy: środowisko nie jest dodatkiem do naszego życia, ale wspólnym dobrem, bez którego żadna gospodarka ani żadne społeczeństwo długo nie przetrwa. Dbając o lasy, wodę, klimat i bioróżnorodność, nie robimy przysługi naturze, tylko sobie i tym, którzy przyjdą po nas – naszym dzieciom i wnukom.
Przeczytaj także:
Jeśli dziś potraktujemy poważnie konieczność równowagi między naturą, gospodarką i społeczeństwem, to jest jeszcze szansa, że przyszłe pokolenia będą mówić o kryzysie klimatyczno-ekologicznym jako o punkcie zwrotnym, a nie o początku końca.
* Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI
Jest tego więcej
Ustaw Spider’s Web jako preferowane medium w Google







































