Tech  / Lokowanie produktu

Nie wierzyłem w totemy rowerowe, więc postanowiłem sprawdzić, czy rzeczywiście mi pomogą

Nakręciłem szesnaście kilometrów, testując totemy dla rowerzystów w Warszawie. Oto moje wnioski.

Pewnego dnia na trasie rowerowej, którą pokonuję przynajmniej trzy razy w tygodniu niezależnie od pory roku, zaczęto instalację dziwnych wynalazków. To szare słupy z ekranem pokazującym kolorowy obrazek warszawskiej syrenki: niebieski, zielony, żółty lub czerwony. Nazwano je „totemami rowerowymi”. Nie bardzo wiedziałem, po co one są i co niby miałyby mi dać, więc jeździłem dalej tak, jak jeżdżę zwykle: nie za szybko, nie więcej niż 25 km/h, a na światła patrzyłem tylko sprawdzając, czy jest czerwone, czy zielone.

Potem jednak dowiedziałem się, po co są totemy

Totemy w Warszawie na zlecenie Zarządu Dróg Miejskich zamontowała firma Siemens Mobility i jest to pierwszy taki projekt w Polsce. Podobne rozwiązania działają w Europie na razie tylko w dwóch krajach, to jest w Belgii i Holandii. Dania próbowała zrobić coś podobnego, ale na innej zasadzie – tamtejszy system nie mierzył prędkości nadjeżdżającego rowerzysty. Nasz jest o wiele bardziej zaawansowany. Zamontowany w totemie (lub czasem na latarni) radar mierzy, z jaką prędkością nadjeżdża rower lub hulajnoga elektryczna. Znając prędkość, sprawdza, czy zdążymy przejechać na następnych światłach. Wszystko to jest dosyć skomplikowane i wymaga kalibracji ze zintegrowanym systemem zarządzania ruchem, o którym już kiedyś pisałem

totemy rowerowe

Tak, ale to wszystko teoria. Teraz będzie jeżdżone

Wytargałem swój najładniejszy rower. Normalnie jeżdżę gratami, ale spójrzcie na to cacko. Belgijska Superia. Ta firma produkowała bardzo drogie i bardzo solidne jednoślady - rowery i motorowery. 

Jest piękny. It's beautiful.

W Warszawie totemy są ustawione w 6 miejscach. Czasami na trasie jest ich tylko cztery, czasem jest ich mniej niż 10, ale jeden odcinek liczy ich sobie aż osiemnaście – dokładnie ten, który miałem dziś pokonać: od trasy Siekierkowskiej do Wilanowa. Według mojego GPS-u to 4 kilometry i 100 metrów, które postanowiłem objechać dwa razy tam i z powrotem. Raz nie patrząc w ogóle na totemy, drugi raz stosując się do wyświetlanych przez nie komunikatów. No to w drogę.

Bomba!

Pierwsza runda bez patrzenia na totemy wyszła mi nieźle, tak mi się przynajmniej wydawało. Jak widziałem czerwone z daleka, to przyspieszałem, jak zielone – to zwalniałem, bo wiedziałem, że i tak już na nie nie zdążę. Jechałem 27:45 min, rozwijając średnią prędkość 17,6 km/h i trochę się przy tym zdyszałem, bo jednak rower z lat 70. nie idzie tak gładko jak dzisiejsze produkcje i trzeba mocno cisnąć na pedały. Przy okazji sprawdziłem średnie prędkości dla danych kilometrów. Najwolniej jechałem na piątym kilometrze, tylko 13,5 km/h. Najszybciej, bo aż 20,7 km/h, na samym początku trasy, na siódmym kilometrze niemal tyle samo, 20,5 km/h.

Mój ulubiony dom na Powsińskiej.

Druga próba: z totemami

Wystartowałem z tego samego miejsca, ale uważnie patrzyłem na komunikaty na totemach. Kiedy widziałem się z przedstawicielem firmy Siemens Mobility, który objaśniał mi działanie totemów, twierdził on, że komunikat „daj więcej ognia” pojawia się bardzo rzadko. Możliwe, ale to był pierwszy, który tego dnia zobaczyłem. Potem widziałem go jeszcze 3 razy. Może miałem dużo szczęścia. W każdym razie już na pierwszym kilometrze zyskałem przewagę, bo przyspieszyłem i zdążyłem na zielonym. 

Totem mówi „wrzuć trójkę”

Dwa następne totemy pokazywały „trzymaj tempo” i „nie ma szans, będziesz stał”. To się sprawdziło. Kolejny totem nie działał w ogóle. Jeszcze następny pokazał „zwolnij” i to była doskonała rada, bo tocząc się niespiesznie doturlałem się do przejazdu rowerowego i zielone zrobiło się dosłownie 5 metrów przede mną. Gdyby nie było totemu, musiałbym zatrzymać się na „stój” i rozpędzać od nowa, a to jest zawsze najtrudniejsze. Z tego dobrodziejstwa rowerowej podpowiedzi skorzystałem jeszcze dwa razy.

Totem mówi „prr, szalony!”

Wynik?

26 minut i 29 sekund. Zaoszczędziłem 1:15 na ośmiokilometrowej trasie, osiągając średnią prędkość 18,3 km/h. Patrząc na segmenty, też można zauważyć dużą różnicę. Najtrudniejszy, bo najbardziej najeżony światłami piąty kilometr, pokonałem ze średnią prędkością 15 km/h (wcześniej 13,5 km/h). Najszybciej jechałem na drugim, aż 22,1 km/h. 

Totem mówi „zostaw tak jak jest”

Ktoś powie: to przypadek, zależy od tego jak ustawią się światła. Ja powiem: statystycznie ten odcinek zwykle i tak pokonuje się w 25-30 minut i może ta minuta piętnaście nie ma aż takiego znaczenia. Znaczenie miało dla mnie jednak co innego: to, że dzięki totemom w sumie trzy razy oszczędziłem sobie zatrzymania do zera, a raz dzięki wezwaniu do przyspieszenia zdążyłem przejechać na zielonym, zyskując minutę, którą w innym przypadku przestałbym pod światłami. Trzymając się totemów, dojechałem mniej zmęczony, a to zdecydowanie jest coś, bo mam już swoje lata i jak gniotę na rowerze, to się pocę. 

Przejazd bez totemów.
Przejazd z totemami. Niższa prędkość maks., krótszy czas.

Czy coś bym poprawił?

Do poprawy trochę jest, bo na trasie jeden totem był chyba rozregulowany, a drugi nie działał. Ale obstawiam, że to tymczasowe usterki i wkrótce zostaną usunięte. W końcu to nadal pewien rodzaj eksperymentu. Początkowo byłem doń nastawiony sceptycznie, a trudno zmieniam zdanie w takich sprawach, ale przekonałem się, że słuchanie, co mówią do mnie kolorowe syrenki, wpływa pozytywnie na moją jazdę na rowerze. A że jazdę na rowerze traktuję całkowicie użytkowo (jako przemieszczanie się, a nie jako sport), to zależy mi, by dojeżdżać możliwie mało zmęczonym. I takim rowerzystom z pewnością totemy się przydadzą. Jeśli jesteś kolarzem lub kolarką na Pinarello z serii Dogma – totemy nie są dla ciebie. Ale wtedy i tak trzymasz się z daleka od dróg rowerowych, prawda?

Totem mówi: dziękuję, postoisz.

Materiał powstał we współpracy z Siemens Mobility.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst