Foto  / Recenzja

Tak wygląda przyszłość fotografii. Dwa tygodnie z Canonem EOS R6

220 interakcji
dołącz do dyskusji

Trzymałem w dłoniach przyszłość profesjonalnej fotografii. Po dwóch tygodniach z Canonem EOS R6 nie potrafię przestać o nim myśleć.

Canon zrobił swoim nowym aparatom - R5 i R6 - ogromną krzywdę, reklamując je głównie jako maszynki do nagrywania filmów. 8K! 4K 60 FPS! Hype’owi przed premierą nie było końca. Szybko jednak okrzyki zachwytu zmieniły się w jęki zawodu, gdy okazało się, że obydwa nowe korpusy mają ogromne, dla wielu niewybaczalne problemy z przegrzewaniem się podczas kręcenia wideo.

Bardzo niewielka część marketingu nowych EOS-ów kręciła się wokół fotografii; to błąd. Błąd, bo gdyby Canon EOS R6 zareklamowany był jako prawdopodobnie najbardziej uniwersalny aparat w historii, który potrafi też nagrywać świetne wideo, patrzylibyśmy na niego zupełnie inaczej.

Canon EOS R6 opinie

Ta recenzja to test możliwości stricte fotograficznych nowego Canona EOS R6. Miałem go w rękach zbyt krótko, żeby porządnie przetestować także wideo, więc na to przyjdzie jeszcze czas w przyszłości. Tutaj chciałbym zaś opowiedzieć, dlaczego Canon EOS R6 to w mojej opinii najlepszy pokaz tego, jaka będzie profesjonalna fotografia przyszłości. Ostateczny dowód na to, że lustrzanki straciły rację bytu, a zastępujące je bezlusterkowca w końcu osiągnęły poziom, który pozwoli profesjonalistom bez żalu porzucić swoje stare aparaty.

Testowałem go przez blisko dwa tygodnie wespół z drugą połówką, która zajmuje się fotografią profesjonalnie. Sprawdziliśmy go w fotografii portretowej, sportowej, zwierzęcej, rodzinnej i produktowej. Podłączyliśmy nie tylko dwa nowe, cudowne obiektywy Canon RF (85 mm f/1.2 i 70-200 f/2.8L) ale także stare obiektywy na bagnecie RF, zarówno od Canona, jak i od Sigmy.

Powiem już teraz: gdyby Canon wydał ten aparat rok temu, gdy porzucałem system Olympusa na rzecz pełnej klatki, prędzej sprzedałbym nerkę, niż zdecydował się na zakup czegokolwiek innego.

Canon EOS R6 niesłusznie niknie w blasku swojego droższego brata.

O ile to Canon EOS R5 jest bez dwóch zdań tym bardziej „pro” aparatem, ze swoją ogromną matrycą, slotem na karty CF Express i lepszą jakością wykonania, jest on też… „profesjonalnie” drogi.

EOS R6 również nie jest „tani”, per se. Przy cenie ponad 12 tys. zł. za sam korpus nowy Canon obiektywnie kosztuje mnóstwo pieniędzy. Ale! Jest jak najbardziej wart swojej ceny, chociaż… nie odczujemy tego od razu.

Canon EOS R6 opinie

Przyznam, że biorąc er-szóstkę do ręki po raz pierwszy miałem bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony aparat fenomenalnie leży w dłoni. To chyba najwygodniejszy korpus, jaki trzymałem w życiu (wyjąwszy może 1DX mk III). Wymiarami bliżej mu do dawnych lustrzanek Canona niż do małych bezlusterkowców konkurencji, np. od Sony, ale to dobrze. Dzięki 138,4 x 97,5 x 88,4 mm wielkości i głębokiemu uchwytowi ten aparat można bez zmęczenia trzymać przez długie godziny. Przyciski są idealnie rozmieszczone, pokrętła stawiają należyty opór. Całość jest też leciutka, bo sam korpus z baterią i kartami waży zaledwie 680 g.

Z drugiej jednak strony niewielka masa pogłębia odczucie, że nie obcujemy z aparatem z najwyższej półki. W dotyku EOS R6 jest odczuwalnie gorzej wykonany od EOS-a R5, a nawet EOS-a R. Najbliżej mu do Canona 6D mk II; sam Canon zresztą przyznaje, że R6 ma być jego bezpośrednim następcą i jest też uszczelniany w podobnym stopniu. Ergo: o ile EOS R6 zniesie krótką sesję w deszczu czy zamoczenie plecaka (obydwa scenariusze sprawdziłem), tak nie polecałbym zabierać go w głuszę czy fotografować wodospadu.

Biorąc er-szóstkę do ręki czuć niestety cięcie kosztów.

Widać też mniejszą dbałość o detale - w moim egzemplarzu testowym np. napis „SET” wewnątrz pokrętła był krzywy, podobnie jak ikony podglądu i usuwania na przyciskach poniżej. Ufam jednak, że to kwestia wczesnych egzemplarzy i te aparaty, które trafią do sklepów, będą wykonane lepiej.

Na dwoje babka wróżyła także w kwestii przycisków i pokręteł. Doceniam np. niewielki wypustek na pokrętle uruchamiania, którego nie było w EOS-ie R, ale już żałuję, że Canon postawił na fizyczne pokrętło zmiany trybów zamiast na górny wyświetlacz. Sam brak wyświetlacza nie przeszkadza co prawda w codziennym użytkowaniu, ale pokrętło jest dość luźne i nie można go zablokować, przez co kilka razy zdarzyło mi się przestawić aparat w inny tryb pracy podczas wyjmowania go z plecaka.

Jako użytkownik Sony nie mogę też przeboleć, że pokrętło nie pełni jednocześnie funkcji krzyżaka, jak ma to miejsce w aparatach Sony. Tutaj możemy tylko kręcić kółkiem, zaś przemieszczanie się po menu na boki odbywa się poprzez joystick, który na szczęście zastąpił bezużyteczny pasek dotykowy z EOS-a R. To jednak niewielka wada, bo w przeciwieństwie do aparatów Sony tutaj ekran jest naprawdę dotykowy i wszystkie ustawienia możemy zmienić miziając palcem po ekranie.

Po dwóch tygodniach pracy do tych wszystkich pomniejszych bolączek można jednak przywyknąć i choć przy pierwszym kontakcie EOS R6 sprawia dość „tanie” wrażenie, tak nic nie wskazuje na to, by miał nie wytrzymać próby czasu. Ostatecznie… znam osobiście fotografkę, która fotografuje dziką przyrodę w każdych warunkach Canonem 6D mk II i nie licząc zdartej gumy nic mu nie jest. Ufam, że i tutaj Canon zadbał o należytą wytrzymałość aparatu, który z pewnością przykuje uwagę wielu fotografów dzikiej przyrody - o tym za chwilę.

Od strony fotograficznej Canon EOS R6 może wszystko.

Pierwsze skrzypce w tej konstrukcji gra pełnoklatkowa matryca CMOS o rozdzielczości ok. 20,1 Mpix - taka sama, jak w topowym Canonie 1DX mk III, różniąca się tylko zastosowanym filtrem dolnoprzepustowym.

Jej natywna czułość sięga aż ISO 102400 i co tu dużo mówić - w teście wysokiej czułości EOS R6 spisał się na medal. Nawet na najwyższym możliwym ISO nie widać znaczącej degradacji kolorów, a utrata detali zaczyna się dopiero przy ISO 51200. W realnym użytkowaniu nie wahałbym się ani przez sekundę, używając ISO 12800, może nawet ISO 16000. Dopiero przy ISO 25800 szumy są na tyle uciążliwe, że - zależnie od fotografowanego obiektu - mogą realnie wpłynąć na odbiór fotografii.

ISO 1250
ISO 3200
ISO 6400
ISO 12800
ISO 25600
ISO 32000
ISO 51200
ISO 102400
ISO 204800

Matryca jest też stabilizowana, co ma znaczenie nie tylko w wideo, ale także w fotografii. W parze z obiektywem Canon RF 70-200 f/2.8L bez trudu uzyskiwałem ostre ujęcia na ogniskowej 200 mm przy czasie naświetlania do 1/40s. A nadmienię tylko, że dłonie drżą mi jak staremu palaczowi (choć nigdy nie paliłem), więc ktoś o bardziej stabilnym chwycie zapewne dałby sobie radę z jeszcze dłuższym czasem naświetlania.

Co bardzo mi się podoba, podobnie jak w Canonie EOS R tak i tutaj podczas zmiany obiektywu matryca jest chroniona opuszczoną migawką. Często fotografuję na plaży, więc takie zabezpieczenie przed piachem jest bezcenne i bardzo brakuje mi go w prywatnym Sony.

Co się zaś tyczy samej matrycy, jedynym „ale” może być tutaj jej rozmiar. 20,1 Mpix to rozdzielczość sprawdzająca się od lat w fotografii reportażowej i sportowej, ale na dzisiejsze standardy jest ona dość niska dla wielu zastosowań.

Osobiście miałbym duży problem z używaniem EOS-a R6 w fotografii produktowej, gdzie klienci często wymagają packshotów o wyższej rozdzielczości. Nawet moja żona, która dość często przycina zdjęcia przed wysłaniem ich do druku, powiedziała, że bardzo mocno odczuwa brak dodatkowych 4 Mpix względem swoich prywatnych Nikonów i dla kogoś, kto drukuje zdjęcia, może być to istotna kwestia. Tutaj jednak każdy musi odpowiedzieć sobie sam, czy 20,1 Mpix jest wystarczającą wartością. Dla znakomitej większości fotografów zapewne będzie.

Canon EOS R6 + RF 70-200 f/2.8L 92 mm, 1/800s, ISO 200, f/4
Canon EOS R6 + RF 70-200 f/2.8L 124 mm, 1/800s, ISO 6400, f/3.2

Nikt nie będzie jednak narzekał na szybkostrzelność tego aparatu. Canon EOS R6 może robić nawet 12 zdjęć na sekundę w trybie mechanicznej migawki, z pełnym AF i śledzeniem, i nawet 20 zdjęć na sekundę przy migawce elektronicznej, co jednak skutkuje srogim bandingiem na zdjęciach, więc nie polecam.

12 FPS jest jednak wystarczające do wszystkiego. EOS R6 bez trudu nadążał za biegającymi po plaży psami czy biegaczami fotografowanymi podczas zawodów lekkoatletycznych.

Canon EOS R6 + RF 70-200 f/2.8L, 84 mm, 1/4000s, ISO 250, f/3.2

Mniejszy rozmiar matrycy oznacza również, że aparat nie ma najmniejszego problemu z buforowaniem. Pojedyncze zdjęcie w nieskompresowanym formacie RAW waży średnio 23-25 MB. Nawet przy pełnych 12 FPS-ach Canon R6 nie miał żadnego problemu z szybkim zapisem do dwóch kart jednocześnie, nawet jeśli nie były to karty SD UHS-II, lecz UHS-I o podwyższonej szybkości.

Autofocus Canona EOS R6 jest tak bliski doskonałości, jak to tylko możliwe.

Canon EOS R odstawał od konkurencji pod względem jakości autofocusu. Sony A7III lepiej radził sobie ze śledzeniem, a już zwłaszcza z rozpoznawaniem oka i twarzy. Teraz role się odwróciły i to Sony musi gonić Canona.

EOS R6 ma aż 1053 obszary AF przy wyborze automatycznym i aż 6072 obszary AF przy wyborze ręcznym, a punkty AF pokrywają 100 proc. kadru.

Przez dwa tygodnie nie znalazłem sytuacji, w której autofocus EOS-a R6 by sobie nie poradził. Ani fotografując pod światło, ani w studio przy lampach błyskowych, ani nawet fotografując z elementami rozpraszającymi przed obiektem nie udało mi się „zmusić” Canona EOS R6 do spudłowania. Również Eye-AF jest niezwykle dopracowany i rozpoznaje oko w zasadzie bezbłędnie, z równie daleka jak Sony A7III. Względem Sony jedyny minus to brak możliwości jednoczesnego ustawiania AF na oko i ręcznej zmiany punktu ostrości. Aby korzystać z Eye-AF i śledzenia, musimy być w trybie pełnej automatyki. W pozostałych trybach aparat nie rozpoznaje twarzy i oka automatycznie.

Canon EOS R6 + RF 85 mm f/1.2L, 1/160s, ISO 100, f/2.8

Możliwości tego aparatu są jednak naprawdę imponujące i gdy już zdarzyło mu się zrobić nieostre zdjęcie, zwykle była to wina fotografa, nie aparatu. W teście biegnącego psa, gdy rozpędzony wyżeł gnał wprost na aparat, EOS R6 regularnie osiągał skuteczność na poziomie 90 proc.

Canon EOS R6 + RF 70-200 f/2.8L 92 mm, 1/800s, ISO 200, f/4
Canon EOS R6 + RF 70-200 f/2.8L 200 mm, 1/1000s, ISO 100, f/2.8
Canon EOS R6 + RF 70-200 f/2.8L 200 mm, 1/1600s, ISO 400, f/2.8
Canon EOS R6 + RF 70-200 f/2.8L 200 mm, 1/1600s, ISO 800, f/2.8

Takiego wyniku nie udało mi się uzyskać z żadnym innym aparatem. Drobnym minusem w fotografowaniu seriami jest odczuwalny blackout, czyli zaciemnienie między kolejnymi ujęciami, którego nie ma w lustrzankach z wizjerem optycznym. Można jednak nauczyć się z tym żyć, choć wymaga to nieco wprawy i bywa uciążliwe.

Canon EOS R6 + RF 70-200 f/2.8L 168 mm, 1/2000s, ISO 250, f/3.2

Skoro o fotografii zwierząt mowa, to Canon EOS R6 i R5 bez dwóch zdań będą nowymi ulubionymi aparatami fotografów dzikiej przyrody. Rozpoznawanie oka i twarzy działa bowiem nie tylko z ludźmi, ale i ze zwierzętami, i działa… cóż, absurdalnie dobrze.

Canon EOS R6 + RF 70-200 f/2.8L 200 mm, 1/3200s, ISO 1600, f/2.8

Tak, Sony również ma taki tryb, tyle że nawet w Sony A7rIV rozpoznawanie oka u zwierząt działało gorzej niż u ludzi, a też nie zawsze poprawnie rozpoznawało oko. Do tego w Sony ten tryb najlepiej działa na psach i kotach, a nie działa niemal wcale na innych zwierzętach.

Canon EOS R6 + RF 70-200 f/2.8L 119 mm, 1/2000s, ISO 400, f/2.8

Canon EOS R6 (oraz R5) rozpoznają oko u większości zwierząt. Aparat nie miał żadnego problemu z wyostrzeniem na prawie ludzkie oko mojego psa, jak i na czarne jak węgielek oko psa znajomej. Bez trudu rozpoznał też oczy kotów, ptaków, a nawet królika. Ponadto Eye-AF działa doskonale nie tylko z najnowszymi obiektywami Canon RF, ale także ze starymi obiektywami na bagnecie EF.

Canon EOS R6 + RF 70-200 f/2.8L 200 mm, 1/2000s, ISO 1250, f/2.8

Przetestowałem dwa naprawdę wysłużone obiektywy pod bagnet Canon EF - popularną Sigmę Art 35 mm f/1.4 oraz starusieńkiego Canona 100-400 mm L IS USM (początek produkcji w 1998 r.).

W parze z Sigmą pojawiły się problemy przy ostrzeniu na odległe obiekty, choć mogły one wynikać ze zużycia obiektywu. „Automat” nie mógł wyostrzyć na nic powyżej 15 metrów od aparatu, ale już przy ręcznym doborze punktu ostrości ten problem nie występował.

Canon EOS R6 + Sigma Art 35 mm f/1.4 EF, 1/6400s, ISO 100, f/1.4
Canon EOS R6 + Sigma Art 35 mm f/1.4 EF, 1/1000s, ISO 100, f/2.2
Canon EOS R6 + Sigma Art 35 mm f/1.4 EF, 1/1600s, ISO 100, f/3.2
Canon EOS R6 + Sigma Art 35 mm f/1.4 EF, 1/640s, ISO 100, f/2.2

Archaiczny Canon 100-400 mm działał za to wzorowo, rozpoznając twarz i oko u ludzi, jak również u zwierząt. I choć rzeczony obiektyw był już mocno zużyty, sypał abberacjami i fioletowym zafarbem, tak w parze z Canonem EOS R6 osiągał o wiele lepsze rezultaty niż w parze z Canonem 6D mk II.

Canon EOS R6 + EF 100-400 mm, 360 mm, 1/1000s, ISO 500, f/5.6
Canon EOS R6 + EF 100-400 mm, 200 mm, 1/3200s, ISO 800, f/5.6
Canon EOS R6 + EF 100-400 mm, 360 mm, 1/1000s, ISO 800, f/5.6

Fotografowanie Canonem EOS R6 to czysta przyjemność.

Najlepszy aparat to taki, który znika w rękach fotografa. Który staje się przedłużeniem oka, jest „przezroczysty”. Testując Canona EOS R6 czułem właśnie taką doskonałą synergię ze sprzętem. Wszystko mi w nim odpowiadało - komfort obsługi, jakość autofocusu, nawet cichutki dźwięk migawki, bodajże najprzyjemniejszy ze wszystkich, jakie słyszałem w życiu.

Fotografowanie tym aparatem to czysta przyjemność. Spora w tym zasługa świetnego wizjera i ekranu - wizjer ma nienajwyższą rozdzielczość, bo 3,69 mln punktów, ale i tak widać przez niego obraz „jak w prawdziwości”. Ekran mógłby być ociupinkę większy, ale na co dzień 3” i rozdzielczość 1,62 mln punktów są w zupełności wystarczające. Do tego ekran jest odchylany, co przyda się nie tylko vlogerom, ale także fotografom podczas fotografowania pod nietypowymi kątami.

Ekran mógłby być większy przede wszystkim dlatego, że wszystkie funkcje możemy obsłużyć dotykiem i jest to chyba najszybszy sposób interakcji z aparatem. Wystarczy wcisnąć przycisk „Q” i już wyświetla się menu skrótów do wszystkich najważniejszych ustawień - wystarczy je dotknąć palcem i viola, zmienione.

Do tego zarówno menu ekranowe, jak i menu ustawień są tak intuicyjne, że nawet moja żona - wieloletnia Nikoniara - odnalazła się w nich bez żadnego przeszkolenia, czego absolutnie nie można powiedzieć o menu w bezlusterkowcach Sony.

Nie można mieć też żadnych zastrzeżeń co do jakości zdjęć. O ile tylko rozmiar matrycy jest dla kogoś wystarczający, tak sama jakość uzyskiwanych rezultatów jest absolutnie wspaniała. Wiele się mówi w środowisku o „magicznych kolorach Canona” i rzeczywiście coś w tym jest. Prosto z puszki osobiście wolę kolory w Nikonie, ale i tak kolorystyka Canona dalece wyprzedza tę, którą uzyskuję w prywatnym Sony A7rIII.

Do tego pliki są bardzo plastyczne i łatwo się na nich pracuje, z jednym tylko zastrzeżeniem - odzyskiwaniem prześwietleń. O ile Canon EOS R6 ma dostatecznie szeroką rozpiętość tonalną do większości zastosowań i wzorowo odzyskuje detale ukryte w cieniach, tak ma wyraźny problem z opanowaniem prześwietleń. W poniższych przykładach nie udało mi się w pełni odzyskać detalu na białym murze stodoły czy odzyskać zarysu chmur na niebie, podczas gdy Sony A7rIII nie miał w podobnym scenariuszu żadnego problemu.

Canon EOS R6 + Sigma Art 35 mm f/1.4 EF, 1/640s, ISO 1000, f/3.2
Canon EOS R6 + RF 70-200 f/2.8L 70 mm, 1/640s, ISO 100, f/2.8

Canon nie docenił czasu pracy własnego aparatu.

Wg oficjalnej specyfikacji Canon EOS R6 przy wykorzystaniu elektronicznego wizjera powinien wytrzymać góra 380 strzałów na jednym ładowaniu akumulatora LP-E6NH.

W moich testach, przy wizjerze ustawionym na 120 FPS, równoległym zapisie do dwóch kart SD i kompletnym braku cackania się z aparatem regularnie uzyskiwałem 700-720 ujęć na jednym ładowaniu. Po przełączeniu się w tryb 60 FPS w wizjerze udało mi się zrobić ponad 800 zdjęć, nim aparat zawołał o prąd.

Co ważne, w przeciwieństwie do EOS-a R nową er-szóstkę możemy ładować przez port USB-C, bez użycia dedykowanej ładowarki. Wystarczy więc podłączyć ładowarkę od telefonu lub powerbank, by doładować aparat, jeśli zajdzie taka potrzeba. 700 zdjęć na jednym ładowaniu to jednak bardzo przyzwoity wynik. Eventowcy i ślubniacy zapewne będą musieli zaopatrzyć się w grip i zapas akumulatorów, ale nawet oni nie powinni narzekać na wydolność energetyczną tego aparatu.

Canon EOS R6 pokazuje, jak będzie wyglądała przyszłość fotografii.

Doszliśmy do momentu w fotografii profesjonalnej, w której aparat nie stoi już między fotografem a fotografowaną sceną. EOS R6 w większości przypadków nie wymaga od użytkownika większej ingerencji w swoje działanie - po prostu robi zdjęcia, a fotograf może skupić się na rzeczach ważniejszych niż trójkąt ekspozycji czy ręczne przesuwanie punktów AF. Na kompozycji. Na świetle. Na emocjach. Aparat staje się przezroczysty.

Po dwóch tygodniach z EOS-em R6 każdy inny aparat przestał mnie satysfakcjonować. Wzruszam ramionami, biorąc do ręki świetnego dotąd Sony A7rIII. Żona patrzy niemal z obrzydzeniem na swoje Nikony D750, które służyły i zarabiały przez lata, ale przy R6 są jak bryczka konna obok Tesli. Pozwoliłem sobie nawet przygotować okolicznościowego mema z okazji tego testu.

Odstawiając na bok wszystkie cyferki w specyfikacji i możliwości na papierze - ten aparat to po prostu cudowne narzędzie pracy, jednocześnie sprawiające tonę frajdy. Zaawansowane, ale bajecznie proste w obsłudze. Biorąc ten aparat na sesję zawsze miałem pewność, że wrócę z ostrymi jak brzytwa zdjęciami, zwłaszcza gdy w torbie były obiektywy Canon RF, które swoją jakością wyprzedzają konkurencję o kilka długości. 85 mm f/1.2 to najlepsza portretówka jaką w życiu trzymałem w rękach, a 70-200 f/2.8 L RF powinien znaleźć się w plecaku każdego foto-reportera, który zdecyduje się na przesiadkę na nowe korpusy Canona.

Niestety, jak ze wszystkim, co naprawdę dobre, pozostaje kwestia ceny; dla wielu, w tym dla mnie, nie do przeskoczenia.

Sam Canon EOS R6 jest dobrze wyceniony.

12 tys. zł za puszkę o takich możliwościach to uczciwa cena. Niestety pasujące do niego szkła kosztują ponad 10 tys. zł za każde. W chwili pisania tego tekstu nie ma też żadnych zamienników, nie licząc kilku plastikowych Samyangów. Jeśli ktoś posiada zapas obiektywów na bagnecie Canon EF, jest ustawiony. Wystarczy adapter i szkła zyskają nowe życie na wspaniałym aparacie.

Jeśli jednak ktoś tak jak ja chciałby przesiąść się z innego systemu i kupić tylko nowe, natywne obiektywy, na dzień dobry patrzy na wydatek ponad 20 tys. zł za sam korpus + jeden profesjonalny obiektyw.

Nie mam jednak zamiaru krytykować za to Canona. Zarówno EOS R6 jak i każdy z topowych obiektywów serii L pod bagnet RF są warte swojej ceny. I z pewnością znajdą się profesjonaliści, którzy zdecydują się na inwestycję w ten sprzęt.

Mniej zamożni muszą jednak poczekać, aż pojawi się więcej niedrogich obiektywów Canona, albo Sigma i Tamron zaczną produkować swoje zamienniki (ani o jednym, ani o drugim nic mi na ten moment nie wiadomo).

Bo o tym, że warto kupić Canona EOS R6 nie ma nawet co dyskutować. Warto. Po stokroć warto. I jeśli jesteś profesjonalistą pracującym na sprzęcie Canona, i wstrzymujesz się z porzuceniem wysłużonych lustrzanek - teraz jest czas na zmianę.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj Spider's Web w Google News.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst