Nauka  / Felieton

Nie zdajecie sobie sprawy, jak trudno pisać o nauce. Dziś traktuje się ją bez szacunku

116 interakcji
dołącz do dyskusji

Zdarza się, że próby popularyzacji nauki prowadzą do jej spłycenia. Niestety nauka zdaje się coraz częściej przegrywać z potopem informacji. Staje się clickbaitem. 

Każdy, kto pisze w mediach o nauce i ma za zadanie relacjonować jej postępy, staje przed dylematem. Granica między popularyzacją a sprowadzeniem odkryć naukowych do miana taniej sensacji jest bardzo cienka. Za ten stan rzeczy odpowiadają pospołu media i sami naukowcy, a w zasadzie biura prasowe ośrodków naukowych.

Gdyby Albert Einstein, Max Planck lub Edwin Hubble mieli ogłosić w dobie Internetu swoje odkrycia, ich przekaz utonąłby w morzu innych treści. Dziś bowiem dosłownie kilka razy w tygodniu możemy przeczytać, że dokonano naukowego przełomu. Wspomniane już biura prasowe uniwersytetów czy ośrodków badawczych dwoją się i troją, by praca ich naukowców została dostrzeżona, a wieść o niej popłynęła szerokim strumieniem przez najważniejsze media.

Mediów z kolei nie interesuje złożoność problemów. Nawet gdyby chciały, nie są w stanie pochylić się nad każdym z nich. Często też wytłumaczenie czytelnikowi w prosty sposób zagadnień choćby mechaniki kwantowej staje się próbą karkołomną. Jak pisać o splątaniu kwantowym czy superpozycji, nie spłycając tematu? W jaki sposób uczynić zrozumiałym nieintuicyjny świat, z którego zrozumieniem miewają problemy sami naukowcy?

Problem jest poważny. Bywa, że pod własnymi tekstami na temat nauki sam czytam, że problem spłyciłem lub niezbyt dobrze przełożyłem na język zrozumiały dla laika. To cena, jaką płacić musi chyba każdy dziennikarz zajmujący się tą tematyką.

Trzeba się ciągle uczyć, by móc pisać o nauce.

I nie chodzi wyłącznie o zagłębianie się w artykuły naukowe dotyczące bieżących odkryć. Staram się czytać wiele książek, by nie tylko samemu zrozumieć świat, który mam opisywać. Próbuję też podejrzeć, jak o tych trudnych sprawach piszą autorzy, którzy na co dzień zajmują się popularyzacją.

Dlatego też czytam również pozycje stworzone z myślą o laikach. Nie wynoszę z nich już być może wielu nowych informacji, ale uczę się języka i sposobu obrazowania.

W tym roku przeczytałem dwie takie pozycje. Obie zostały wydane w ostatnich miesiącach. Pierwszą z nich napisał Christophe Galfard i nosi tytuł "Wszechświat w twojej dłoni". Muszę przyznać, że to książka wyjątkowa, bo autor podjął bardzo trudną próbę opowiedzenia o wszechświecie w sposób absolutnie elementarny - bez wzorów, trudnej terminologii czy konieczności posiadania wiedzy naukowej. Książka ta nie jest pozycją dla dzieci, ale pisana jest w taki sposób, w jaki tłumaczy się dzieciom trudne zagadnienia.

Odwołuje się do wyobraźni. Stara się przełożyć skomplikowane teorie na język potoczny. Oczywiście nie zawsze się to udaje. Trzeba jednak pochwalić Galfarda, że stworzył dzieło piękne, momentami poetyckie, zmuszające do myślenia. Wymagające od czytelnika, by ten spoglądając w niebo, choć przez chwilę zadumał się nad konstrukcją tego świata.

Drugą z książek, które podejmują trudną próbę popularyzacji, jest wydana w listopadzie "Astrofizyka dla zabieganych". Jej autorem jest Neil deGrasse Tyson. Nie każdy być może kojarzy tego naukowca z telewizji, ale większość internautów widziała memy z jego udziałem.

„Astrofizyka dla zabieganych” to krótka, licząca nieco ponad 200 stron pozycja powstała na podstawie esejów autora zamieszczonych w magazynie Natural History. Naukowiec w przedmowie definiuje swój cel, jako próbę zorientowania czytelnika w zagadnieniach, którymi na co dzień się zajmuje.

Astrofizyka dla zabieganych

Opowieść zaczyna się mocnym uderzeniem:

Na początku, niemal czternaście miliardów lat temu, cała przestrzeń, cała materia i cała energia znanego nam świata zawierały się w objętości mniejszej niż jedna bilionowa część kropki stojącej na końcu tego zdania.

Dalej Tyson opowiada o ewolucji wszechświata, jego fizycznej i chemicznej budowie, ciemnej materii i ciemnej energii, uniwersalności praw fizyki - słowem, o wszystkim tym, co mieści się w ramach astrofizyki.

Książkę przeczytałem błyskawicznie i muszę przyznać, że dawno nie miałem w rękach tak dobrze skrojonej opowieści o nauce. Tyson nie próbuje, jak przywołany wcześniej Christophe Galfard, opowiadać o nauce językiem nienaukowym. Wręcz przeciwnie, mówi o zdobyczach naszej wiedzy, choćby prawie powszechnego ciążenia, ogólnej teorii względności czy zjawiskach kwantowych. Nie jest ona tak łatwa jak „Wszechświat w twojej dłoni”, ale znacznie lżejsza i, idąc tym tokiem - przyjemniejsza.

Dlaczego? Bo Neil deGrasse Tyson nie udaje, że naukę można zgłębić równie prosto, jak przewijamy strumień aktualności na Facebooku. Nie stara się dać czytelnikowi mylnego wrażenia, że o wszystkim, co dotyczy wszechświata, da się mówić przez proste analogie, odwołujące się do życia codziennego.

To wszystko nie oznacza, że Tyson nie próbuje pisać prostym językiem i nie szuka związków zagadnień fizycznych z codziennym doświadczeniem. Dobrym przykładem może być kwestia promieniowania elektromagnetycznego i wyjaśnienia różnic na przykładzie zasady działania i wydajności tradycyjnych żarówek z żarnikiem wolframowym i tych wyposażonych w diody LED.

Autor nie spłyca nauki, choć dokłada starań, by jego książka była zrozumiała dla tych, którzy nie posiadają dużej wiedzy naukowej.

„Astrofizyka dla zabieganych” to pozycja krótka, ale treściwa. To też drogowskaz dla piszących o nauce, by nie próbowali uciec od tej ostatniej podczas prób jej popularyzacji. Trendy w mediach nie są sprzyjające. Streszczenia artykułów przed tekstem właściwym pokazują, że treść nie jest najważniejsza, a czytelnikowi trzeba w kilku zdaniach opowiedzieć o temacie, by nie wysilając się, miał poczucie, że został poinformowany.

Ten dyktat zwięzłości, prostoty, dostosowywania przekazu do najmniej wymagającego czytelnika, szczególnie szkodzi nauce. Nie tylko ją spłyca, ale stawia ją często na równi z pseudonauką. W pogoni za sensacją dziennikarze piszący o planetoidzie zbliżającej się do Ziemi, najpierw będą dociekać, czy istnieje choć minimalna szansa, by uderzyła ona w Ziemię. Nawet jeżeli nie uderzy, postawią sprawę tak, by czytelnik jednak się zaniepokoił.

Czytając książkę Neila deGrasse Tysona miałem poczucie, że po pierwsze traktuje naukę poważnie, a po drugie stara się podchodzić do niej z szacunkiem. Wbrew pozorom, dziś to nie jest oczywiste i powszechne.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst