Kosmos  / Felieton

Piotr Lipiński: ODKURZACZ NA MARSIE, czyli 60-ta rocznica zdobycia Mount Everest

Nigdy nie byłem na Marsie. A co gorsza, nie dotarł tam żaden mój znajomy ani nikt z całej reszty szeroko rozumianej ludzkości. Po co więc nam te wszystkie cudowne komputery, procesory i smartfony, skoro nie potrafimy wystrzeliwać ludzi coraz dalej i dalej w kosmos?

Nasza wyobraźnia przestała przekraczać ziemską atmosferę - pomyślałem, kiedy kolejny dzień z rzędu lał deszcz. Oprócz pogody w ten depresyjny nastrój popchnęła mnie konieczność zakupu oryginalnego tuszu do drukarki. Co roku jest kilka takich podłych dni: trzeba zapłacić za ubezpieczenie samochodu albo kupić tusz do drukarki. I wówczas jestem skłonny ulegać najczarniejszym myślom.

Od kiedy ludzie przestali latać na Księżyc, na Ziemi zrobiło się trochę nudno. Obumarły romantyczne marzenia o dotarciu do miejsc, w których nie stanęła ludzka stopa. Trudno wiekopomną wyprawą nazwać wyjazd na egipską plażę. Niezwykłego czynu łaknę jak kania dżdżu albo komputer ramu.

To prawda - po Marsie turla się nasz robocik zwany „Curiosity”. Ale to tak, jakbyśmy wysłali na Czerwoną Planetę inteligentny odkurzacz, który potrafi posprzątać salon, kiedy nie ma nas w domu. „Curiosity” też zbiera z powierzchni kurz. Niestety, dopóki na Czerwonej Planecie nie wyląduje człowiek, to choćby ten robocik potknął się o prawdziwego Marsjanina, nie będzie to bardziej ekscytujące, niż orędzie prezydenta. Dowolnego kraju zresztą.

Odkurzacz Curiosity
Odkurzacz Curiosity

Owszem, na co dzień z zainteresowaniem rzucimy okiem w kierunku monitora, który wyświetli pierwsze zdjęcia Androida 4.3. Albo przeczytamy notatkę o studwudziestoczteryipółrdzeniowym procesorze. Ale dopiero Felix Baumgartner musi na nas spojrzeć z góry, żeby świat zastygł z wrażenia. I pan hydraulik, i pan profesor. Wszyscy podziwiają odwagę kogoś skaczącego z niemal czterdziestu kilometrów. Bo wreszcie człowiek ryzykując życie mocno przekracza granice dotychczasowych możliwości. Jest pierwszy. To ekscytuje. Wtedy w kąt idą te wszystkie procesory i marsjańskie łaziki. Liczy się tylko jeden człowiek i jego osiągnięcie.

Być pierwszym, fizycznie zetknąć się z innym światem - dopiero to powód do szaleńczego podziwu. Kłopot tylko w tym, że człowiek w zasadzie trafił już niemal do każdego zakamarka Ziemi. Może co najwyżej penetrować największe głębiny oceanów albo najgłębsze jaskinie - ale jest tam zbyt ciemno, aby było romantycznie i widowiskowo.

Kiedyś magazyn „National Geographic” kusił fantastycznymi zdjęciami z dwóch powodów. Po pierwsze, były znakomite artystycznie, a po drugie, wykonane w miejscach niedostępnych dla czytelnika. Dziś ten drugi powód stracił na znaczeniu. Przeciętni ludzie potrafią zrealizować swoje marzenia o podróży dookoła świata. To kwestia worka pieniędzy albo dużej wytrwałości.

Zdjęcie Nationa Geo z serwisu Instagram
Zdjęcie National Geographic z serwisu Instagram

Nawet najwyższa góra świata, Mount Everest, zdobyta 60 lat temu, 29 maja 1953 r., straciła swój czar. Medycyna osiągnęła olbrzymi postęp - niedawno osiemdziesięciolatek wszedł na szczyt Czomolungmy. A na jej zboczach pobili się wspinacze z Szerpami - banalność góry sięgnęła szczytu.

Jak powiedział słynny polski alpinista, Piotr Pustelnik, wspinaczka to w coraz większym stopniu turystyka wykwalifikowana, wymagającą mocnej kondycji i obfitego konta. Świetnie to rozumiem, bo kilka lat temu wdrapałem się na szczyt Mount Blanc i choć było to fizycznie wyczerpujące przedsięwzięcie, niebezpieczne, to jednak niesłychanie odległe od trudności pokonywanych przez pierwszych zdobywców góry. I kompletnie bez znaczenia.

Wejście na Mount Everest czy w wersji ekonomicznej na Rysy to wielkie osiągnięcie w życiu konkretnego człowieka - ale dziś już nieważne z punktu widzenia ludzkości. Bo liczą się tylko ci pierwsi, którzy wdarli się na Mount Everest - Nowozelandczyk Edmund Hillary i Szerpa Tenzing Norgay. Potem prawdziwie przełomowe znaczenie miało już tylko pierwsze zimowe zdobycie, dokonane przez Polaków Krzysztofa Wielickiego i Leszka Cichego (17 lutego 1980 r.)

Zdjęcie National Geographic z serwisu Instagram
Zdjęcie National Geographic z serwisu Instagram

Osiągamy coraz więcej, ryzykując coraz mniej. Amerykanie wymyślili wojnę, w której nie powinni ginąć żołnierze - przynajmniej ci z USA. Facet siedzi w blaszanym baraku w Stanach Zjednoczonych i kieruje dronem latającym nad Afganistanem. W przerwie dzwoni do żony:

- Kochanie, jakie kupić pieluszki w Wal-Marcie? Tylko powiedz proszę szybko, bo zaraz muszę zbombardować obóz terrorystów.

I niedługo dostanie za to medal - co ostatnio wywołało wzburzenie wśród wojskowych kombatantów, którzy wcześniej swoich wrogów zabijali spoglądając im w oczy. Rozumiem to oburzenie - bohaterstwo wymaga narażenia życia. W przeciwnym wypadku jest tylko namiastką wielkości. Nie można zostać bohaterem siedząc w domu przed monitorem.

Tylko ryzyko śmierci, czy to na biegunie, czy na ośmiotysięczniku, jest powszechnie zrozumiałe i podziwiane. Bo co o trudach wspinaczki czy zdobywania bieguna wie człowiek siedzący przed telewizorem? Co o chorobie wysokościowej może wiedzieć ktoś, kto najwyżej w życiu dotarł do Zakopanego? Co o odmrożeniach inny, który spędził całe życie w słonecznej Kalifornii? Przeciętnym ludziom pozostaje podziwianie i robienie mniej niebezpiecznych rzeczy. „Yossarian postanowił żyć wiecznie, albo umrzeć próbując” - jak napisał Joseph Heller w „Paragrafie 22”.

Żeby dziś osiągnąć coś niezwykłego, co zrozumie cały świat, nie ma wyjścia - trzeba polecieć gdzieś dalej w kosmos, z pewnością poza orbitę Księżyca. Sam bym chętnie pofrunął na Marsa, choć to mało prawdopodobne z tego prostego powodu, że w ogóle nie lubię podróży samolotem. Nie sądzę, żeby latanie rakietą było mniej stresujące. Przeciwnie - wiem, że jest jeszcze gorsze. A już szczególnie powrót na Ziemię. Mirosław Hermaszewski, pierwszy Polak w kosmosie opowiadał mi o czerwonych jęzorach ognia, przez które leci się wchodząc w ziemską atmosferę - a właściwie w piekielną atmosferę. Trzeba być idiotą, żeby się wówczas nie bać. Lot do gwiazd to zawsze śmiertelne ryzyko.

Zdjęcie National Geographic z serwisu Instagram
Zdjęcie National Geographic z serwisu Instagram

Teraz coś na pocieszenie. Nie każdy mógł polecieć w kosmos jako pierwszy Polak - w tej liczbie ja i ponad trzydzieści milionów pozostałych Polaków. Ktoś miał jednak znacznie, ale to znacznie gorzej od nas. To drugi, „zapasowy” Polak, który miał znaleźć się w kosmosie na wypadek, gdyby Hermaszewski złapał grypę albo złamał nogę. Ile osób dziś zna jego nazwisko? Jak czuł się człowiek, który otarł się o najważniejsze wydarzenie w swoim życiu, miał namacalną szansę przejść do historii, ale z hukiem zatrzasnął się przed nim luk rakiety?

Liczy się tylko „pierwszy”. Nikt więcej. Żaden zastępca. Żaden pomocnik. Ich nazwiska znają tylko ludzie zaangażowani w projekt. Reszta świata kocha „pierwszego”. I bardzo dobrze. Bo to pchać będzie ludzi do coraz większych osiągnięć, do przełamywania granic możliwości, nawet jeśli graniczy to z szaleństwem.

Człowiek, który pierwszy stanie na Marsie, stanie się bardziej znany od Pelego, Obamy i Neila Armstronga. A my będziemy ten wyczyn podziwiać w napięciu, zajadając mleczną czekoladę przed telewizorem. Będziemy czekać, czy mu nie pęknie skafander albo nie zepsuje silnik w lądowniku. Przeżywać emocje, jakie zawsze były dane widowni oglądającej w cyrku popisy linoskoczka. Nie ma się czego wstydzić. Bohaterowie żyją i ryzykują w naszym imieniu. My tylko w napięciu śledzimy, czy się nie potkną.

Jednak dopóki pierwszy Ziemniak nie pomacha do nas z Marsa - będzie nudno jak w polskim serialu. Chyba, że wreszcie przestanie padać deszcz.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na www.piotrlipinski.pl. Żartuje ze świata na www.twitter.com/PiotrLipinski. Nowy ebook „Humer i inni” w księgarniach Virtualo – goo.gl/ZaNek Empik – goo.gl/UHC6q oraz Amazon - goo.gl/WdQUT oraz Apple iBooks – goo.gl/5lCGN

Źródło grafiki początkowej: shc.hu

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst