SW+

W grupie nie można rozmawiać o wirusie. Facetom wstęp surowo wzbroniony

Facebook podał, że w Stanach Zjednoczonych od wybuchu epidemii ponad 4,5 mln ludzi dołączyło do online'owych grup wsparcia. Podobnie zrobiło 3 mln użytkowników we Włoszech i 2 mln w Wielkiej Brytanii. Polskich danych brakuje, ale i bez nich widać, że choćby i w izolacji, to wciąż jesteśmy gatunkiem potrzebującym wspólnoty. Choćby takiej z całkiem obcymi ludźmi.

Po kilku tygodniach epidemii serwis Zuckerberga dołożył nową ikonę emocji. Emoji przytulająca serduszko oznacza „trzymaj się”. Facebook tę - niby niewielką - zmianę wprowadził jednak nieprzypadkowo. Od wybuchu pandemii coraz częściej w mediach społecznościowych szukamy tego, czego brakuje nam w realnym świecie: wsparcia i solidarności z bliskimi. Tylko czy naprawdę mogą nam to zaoferować obcy ludzie, z którymi łączy nas tylko to, że są równie zagubieni jak my?

20 tysięcy kobiet. 100 tysięcy postów w ciągu dwóch miesięcy. W szczytowym momencie dochodziło nawet tysiąc nowych uczestniczek dziennie. Quarantine outfitters daily na pierwszy rzut oka wygląda jak jedna z tysięcy zamkniętych grup na Facebooku. Tyle że tu nie szuka się inspiracji remontowych, nie dzieli się problemami młodych rodziców, nie szerzy się wiedzy z zakresu PR czy marketingu. Tu stara się nie zwariować z powodu pandemii. 

Grupa, która początkowo miała po prostu zrzeszać przyjaciółki, koleżanki i znajome znajomych, stała się sposobem na to, by przetrwać wielką izolację. To mieszanka grupowej terapii, klubu, gdzie można przegadać wszystkie trudne sprawy, i targu z poradami na czas, gdy nasze życia zmieniły się o 180 stopni. – Stworzyłyśmy Anty-Facebooka na Facebooku – mówi Anna Ciupryk, jedna z twórczyń Quarantine outfitters daily, zawodowo zajmująca się fotografią.

Makijaż do warzywniaka 

Próbuję sprawdzić, ile wpisów zostało opublikowanych na QOD tylko dzisiaj. Po pół godziny scrollowania Facebooka poddaję się. Końca nie widać. Cały czas dochodzą też nowe posty. Dziewczyny piszą o wszystkim: wrzucają żartobliwe memy o tym, jak żyje się na kwarantannie, pokazują się nieumalowane, rozczochrane i w dresach. Albo wręcz przeciwnie, jak wtedy, kiedy w czasie największych obostrzeń chociaż na chwilę wychodziły z domu do osiedlowego sklepu i wykorzystywały tę sytuację, aby zrobić pełny makijaż. 

Czasem mówią o tym, że są szczęśliwe, a czasem narzekają na zły dzień. Nierzadko robi się bardzo poważnie. Czytam posty o przemocy domowej, długach, rozbitych małżeństwach, chorobach. Nie wiem, czy sama byłabym gotowa tak otworzyć się przed społecznością, która w tym momencie liczy ponad 20 tys. kobiet. 

W wyniku epidemii z osoby bardzo aktywnej towarzysko i zawodowo zamieniłam się w trolla, który cały dzień siedzi w piżamie. Wszystkie zlecenia z pracy zostały odwołane, nie mogłam się z nikim spotkać, straciłam kontrolę nad tym, co dzieje się wokół mnie. Wcale nie miałam ochoty na jogę, uczenie się języków czy nadrabianie zaległości. Czułam natomiast potrzebę, żeby się wygadać i tak powstała grupa Quarantine outfitters daily – mówi Sylwia Błaszczyk, jedna z założycielek QOD.

Na co dzień pracuje w branży reklamowej i modowej jako casting director. – Zakładałyśmy ją z myślą, że to będzie nieduża grupka, gdzie będziemy żartować z tego, jak wyglądamy na kwarantannie, wymieniać się śmiesznymi obrazkami i klepać po pleckach. Grupa ewoluowała, dostosowując się do potrzeb jej użytkowniczek. To wszystko poszło szerzej i śmielej, niż myślałam – kwituje z lekkim niedowierzaniem. I przyznaje, że to miejsce bardzo pomogło jej w czasie izolacji. 

O tak ważnym poczuciu wspólnoty i o tym, że użytkowniczki facebookowej grupy okazały się ratującą głowę odskocznią, mówi też Magdalena Gościniak, zajmująca się marketingiem w firmie IT. – Do Quarantine outfitters daily zaprosiła mnie jedna z jej administratorek, moja bardzo dobra znajoma. Początek kwarantanny był dla mnie trudnym okresem. Nagle zostałam zamknięta na 34 metrach kwadratowych. Moim wyborem stało się to, czy będę siedzieć w sypialni czy w kuchni. Ratowałam się z mężem wychodzeniem codziennie do piekarni. Czułam się uwięziona w swoich czterech ścianach. Jakby tego było mało, w internecie wszyscy bombardowali się informacjami o nowych zarażeniach i śmierciach – opowiada Magdalena. I nagle trafiła do świata, gdzie zamiast straszenia były terapia śmiechem, sporo dystansu i wsparcie.  

Słowo na W. 

Słowo „wsparcie” pojawia się we wszystkich relacjach uczestniczek grupy. To ono jest tutaj najważniejsze i to je dziewczyny doceniają nawet bardziej niż śmieszne historie z nieudanych randek sprzed pandemii czy porady, jakich kosmetyków użyć. – Na początku zaglądałam tam dosyć nieśmiało. Po jakimś czasie zapytałam o to, gdzie w Warszawie uda mi się kupić tort dla alergików. Dziewczyny bardzo mi pomogły – opowiada Karolina, która pracuje jako dziennikarka. – W ostatni poniedziałek miałam strasznie zły dzień, czułam się fatalnie psychicznie. Nie chciałam rad, potrzebowałam fali pozytywnej energii. Pożaliłam się na grupie dziewczynom – kobietę wręcz zalała fala wsparcia. Nie tylko wirtualnego, bo jedna z uczestniczek wysłała jej własnoręcznie upieczony chleb. 

I właśnie to, że te wirtualne, takie może od niechcenia, serduszka przeradzają się w bardzo realną pomoc, jest najbardziej zaskakujące. – Pierwszą poważną historią, jaka utkwiła mi w pamięci, był post dziewczyny, która przez koronawirusa straciła pracę – wspomina Anna. – Wsparcie, jakie dostała, uzmysłowiło mi, jak silna jest ta grupa. To było niesamowite i motywujące do działania – dodaje.

Autorka wiadomości założyła na Facebooku kolejną grupę, Give Her A Job, która ma wspierać kobiety szukające pracownic albo pracy. Jest tam ich ponad tysiąc. Jednym z jej celów jest pomoc tym, które w wyniku pandemii straciły pracę. Nie tylko wrzucają tam ogłoszenia, kiedy same szukają pracownic, ale też reklamują swoje umiejętności. Dzielą się ogłoszeniami wypatrzonymi gdzieś w sieci, podpowiadają jak się doszkolić czy zdobyć teraz szansę na nową pracę.

Takiego bardzo realnego wsparcia jest sporo. Grupa pomogła jednej z członkiń wygrać protezę ręki w konkursie. Dzięki lajkom od użytkowniczek jej zgłoszenie zostało zauważone. Zdarza się, że dziewczyny odnajdują profesjonalne wsparcie psychoterapeutek czy prawniczek, które pomaga im uporać się z trudną sytuacją rodzinną, np. przemocą domową.

– Dla wielu osób obecność w takiej grupie ma wręcz działanie terapeutyczne. Szczególnie w okresie, kiedy jest w nas dużo lęku i niepewności, takie miejsce może odgrywać bardzo pozytywną rolę – mówi dr Jakub Kuś, psycholog nowych mediów z SWPS we Wrocławiu.

Potwierdzają to słowa Katarzyny, młodej prawniczki z Warszawy, która zauważa, że społeczność kobiet pozwoliła jej zrozumieć, że nie jest ze swoimi problemami sama. – Są nas tysiące. To daje szansę na spojrzenie na swoje życie z szerszej perspektywy. Zatrzymujesz się i przestajesz biczować się myślami, że masz najgorzej – kwituje. 

A może zumba?

Kiedy przeglądam kolejne posty, dochodzę do wniosku, że nieocenioną wartością tej grupy jest świadomość, że nie musisz wstydzić się swoich problemów. Masz prawo czuć się źle i potrzebować pomocy. Dzisiejszy przekaz medialny utwierdza nas w tym, że musimy sobie radzić ze wszystkim – mamy być dobrymi matkami, efektywnymi pracownicami, doskonałymi kochankami i żonami, a przy tym wszystkim mieć jeszcze czas na pasję. I oczywiście cały czas, nawet po długim dniu, dobrze wyglądać. Nie zaszkodzi też przebieżka o szóstej rano albo joga z którąś z gwiazd YouTube’a. – Quarantine outfitters daily pokazuje, że jesteśmy w stanie być wrażliwe, ale jednocześnie wytrzymałe. I że damy radę, niezależnie od tego, jak pokiereszowane wyjdziemy z tej kwarantanny – podkreśla Anna. 

Wciąż jednak zastanawia mnie to, że potrafią się tak bardzo otworzyć. Nie boją się? Przecież piszą to pod swoim imieniem i nazwiskiem i nie na bezpiecznej prywatnej tablicy, gdzie wpisy mogą zobaczyć tylko znajomi, tylko do tysięcy obcych osób. Karolina twierdzi, że być może część z nich chce zostać usłyszana, że czasem to krzyk o pomoc. – Poza tym tu zawsze jest ktoś, kto ci odpowie, wejdzie z tobą w interakcję. Sama wiem po sobie, że w dorosłym życiu, zwłaszcza w izolacji, kiedy ma się pracę, dzieci, trudno zgrać się w czasie z przyjaciółkami. Czasem też mamy blokadę, aby porozmawiać o czymś z rodziną, boimy się jej reakcji, nie wiemy, jak zacząć – dopowiada. Sylwia jest przekonana, że kobiety otwierają się, bo widzą, jak wiele dobra spotyka te, które to już zrobiły. Chociaż zdarza się też, że piszą do niej, aby opublikować dzięki jej uprzejmości jakiś post anonimowo. 

– Takie grupy dają poczucie bliskości z drugim człowiekiem, przynależności, są buforem bezpieczeństwa. W internecie łatwiej przełamujemy swoje granice – tłumaczy dr Kuś. Ale szukamy też po prostu inspiracji.

Dziewczyny łączą się ze sobą, by razem poćwiczyć, potańczyć, nauczyć robienia maseczek, posłuchać wykładu o emocjach. Na grupie jest mnóstwo kobiet o różnych profesjach i szerokiej wiedzy. – Zgłasza się tak dużo osób, że musiałyśmy założyć kalendarz – cieszy się Sylwia. – Mamy rozmowy z terapeutkami, spotkania na temat pielęgnacji skóry, treningi, np. zumby, jogi, pilatesu – wylicza.

To (nie) jest fight club

Od początku było wiadomo, że należy wprowadzić kilka ważnych zasad, które każda chętna do wejścia do grupy musi przestrzegać. Pierwsza zasada grupy – nie rozmawiamy o epidemii i koronawirusie. Druga zasada – nie rozmawiamy też o religii i polityce. Trzecia zasada – jesteśmy tolerancyjne i otwarte na wszystkich. Czwarta – faceci nie mają wstępu. Piąta zasada – nie naruszamy prywatności osób trzecich. Szósta zasada – jeżeli wchodzisz do grupy, musisz się udzielać. 

Nie, to ostatnie to nieprawda. Nie musisz tu nic pisać, możesz tylko obserwować. Quarantine outfitters daily to nie podziemny krąg. – To ma być bezpieczna strefa – mówi Sylwia. 

Dla dziewczyn ważne jest, żeby czuć się ze sobą dobrze i nie mieć poczucia, że ktoś osądza ich wygląd czy bolączki dnia codziennego. – Wiem, że wiele kobiet nie czułoby się dobrze, gdyby mężczyźni oglądali je w stanie takiego nieładu. Mogłyby się czuć oceniane. Przez moment zastanawiałam się, czy to jednak nie będzie urocze, jeśli i faceci do nas dołączą. Zrobiłyśmy w związku z tym ankietę na grupie i odpowiedź była prawie jednogłośna: wolimy zostać we własnym gronie – wyjaśnia Sylwia. – Nasza grupa to takie wirtualne pidżama party z przyjaciółkami – wtóruje jej Anna.

Dlatego jest inna obowiązkowa zasada – to, co piszemy w grupie, zostaje w grupie. I to rzeczywiście przypomina trochę podziemny krąg. Szczególnie gdy kobiety, ośmielone przez taką przyjazną atmosferę, zaczynają sobie pozwalać na więcej, niż można by się spodziewać. 

Choćby wtedy, gdy jedna z użytkowniczek opublikowała wpis przedstawiający mężczyznę, który molestował ją na Facebooku, wysyłając do niej niedwuznaczne wiadomości wraz z jeszcze bardziej niedwuznacznymi zdjęciami. Widniał na nich on z penisem w dłoni. Autorka posta przestrzegała przed nagabującym ją facetem inne dziewczyny. Pod wiadomością odzywały się kolejne, które też natknęły się wspomnianego pana.

– W regulaminie informujemy, żeby dziewczyny nie publikowały zdjęć osób np. z Tindera. Staramy się na bieżąco usuwać takie wiadomości. Poza administratorkami grupy jest też osiem moderatorek, które czuwają nad treściami. O trudniejszych, skomplikowanych sprawach dyskutujemy wspólnie i razem podejmujemy decyzję, co zrobić z postem, w zależności od sytuacji – mówi Anna i przyznaje, że tej sytuacji nie pamięta, ale ma wobec niej ambiwalentne odczucia. 

Ten wpis, mimo negatywnego wydźwięku, pokazuje też, jak wielką siłę ma – jak mówi Anna – takie wielkie kobiece stado. 

Może i wielką siłę, ale czasem też spory instynkt stadny. Gdy jedna z członkiń w ramach odreagowywania stresów zachęciła inne, aby podzieliły się najbardziej niepoprawnymi politycznie żartami, wylała się ich taka fala i tak ostrych, o wydźwięku rasistowskim, ksenofobicznym, a także śmiejących się z ofiar pedofilii, że niektóre uczestniczki grupy mocno się temu sprzeciwiły. 

Kobiety dzielące się tymi treściami nie widziały nic złego w publikacji takich obrazków. Według nich to tylko żarty niemające nic wspólnego z ich poglądami. Dla wielu jednak dowcip „jak najłatwiej doprowadzić czterolatkę do płaczu: wytrzeć ch*ja w jej ulubionego misia po odbytym stosunku” nie jest zabawny a jedynie obraźliwy. Adminki post skasowały. Ale z grupy wyrzuciły też dziennikarkę, którą oburzył wpis, i która screeny memów oraz komentarzy z QOD wyniosła poza grupę. 

Przecież złamała zasady. 

Grupą w pandemię 

Quarantine outfitters daily to nie jedyne takie miejsce w Internecie, które ułatwia przetrwanie kwarantanny. To, że wraz z wybuchem pandemii masowo zwróciliśmy się do mediów społecznościowych, nie jest oczywiście żadnym zaskoczeniem. Nic dziwnego więc, że zaczął się wysyp kolejnych grup, w których zaczęliśmy szukać pomocy, pomysłów i wsparcia, by jakoś się przeorganizować na te nowe czasy. Pod koniec kwietnia Facebook oficjalnie podał, że w Stanach Zjednoczonych ponad 4,5 mln ludzi dołączyło do takich grup wsparcia, podobnie zrobiło 3 mln użytkowników Facebooka we Włoszech i 2 mln w Wielkiej Brytanii. Polskich danych brakuje, ale i bez nich widać i u nas podobne zjawisko. 

Widzialna Ręka ruszyła już 11 marca. Kto choć zahaczył o PRL, ten od razu skojarzył jej nazwę z legendarną „Niewidzialną ręką”, czyli telewizyjnym programem, który miał w młodzieży rozwijać ochotę na prospołeczne działania, pomoc potrzebującym, takie małe gesty, które mogą sporo zmienić. Identyczny był też pomysł na tę „widzialną”. I szybko chwycił. Po zaledwie tygodniu grupa liczyła 90 tys. osób i miała liczne filie nie tylko w Polsce, ale i zagranicą. To tam zaczął się ruch oferowania starszym sąsiadom pomocy w robieniu zakupów, tak by nie musieli wychodzić z domów. 

Dziś grupa łączy ponad 110 tys. osób. Można tam szukać pomocy, a także pomoc zaoferować. Wprawdzie początkowy impet z lekka przygasł, ale i tak ludzie wciąż masowo poszukują tu hydraulików, pokojów do wynajęcia, porad prawnych, pomocy psychologicznej. Znajdują się tu chętni do zrobienia zakupów czy wyprowadzenia psa. Niektórzy proponują pomoc pielęgniarkom i lekarzom w trudnym czasie, inni są gotowi podjąć się wolontariatu w domach dziecka. Można tu też poszukać kogoś, kto po prostu dotrzyma towarzystwa i np. porozmawia z nami na Skypie. 

Na Kulturze w Kwarantannie zaś trwa dzielenie się kulturalnym dobrem. Jak piszą jej twórcy, skoro „odwołano koncerty, zamknięto teatry, kultura schodzi do podziemia, a dokładniej do sieci. Jeśli wiecie o wydarzeniach transmitowanych na żywo, dajcie nam znać”. I tak oto na bieżąco już 65 tys. osób rekomenduje spektakle online, rozmowy z autorami, premiery filmów w VOD. Tych wydarzeń w czasie pandemii jest tak dużo, że można by się pogubić. Uczestnicy w grupie pomagają je odnaleźć. 

Gdy spojrzymy na to, czego szukamy w tych kwarantannowych grupach, to widać zjawisko, o którym w wywiadzie dla Magazynu Spider’s Web+ mówiła niedawno dr Katarzyna Hamer, psycholożka Instytutu Psychologii Polskiej Akademii Nauk. Szukamy różnych sposobów na radzenie sobie z lękiem w dobie pandemii. Ci, którzy wybierają strategię zadaniową, czyli mierzenie się z problemem, oferują pomoc choćby w zakupach dla sąsiada. Inni wolą strategię unikania i nie chcą o koronawirusie rozmawiać. Zamiast tego chcą trochę odciąć się od rzeczywistości – wolą obśmiać to, jak się teraz ubieramy, by wynieść śmieci, albo zatopić się w serialach.

Dr Hamer wspomina jeszcze o jednej strategii, tzw. strategii zaprzeczania. Polega ona na odrzucaniu zagrożenia i obecnie coraz częściej także na szukaniu odpowiedzi w teoriach spiskowych. Osoby przyjmujące tę strategię łączą koronawirusa z masztami 5G, czasem podsycają nienawiść antysemickimi treściami, dokładają opowieści o tym, jak za pandemią stoi przemysł farmaceutyczny. Nazw takich grup nie podamy. Nie ma sensu robić im reklamy.

Ale sam Facebook zauważył, jak bardzo wzmogła się ich aktywność i to w zastraszającym tempie. Do tego stopnia, że serwis Zuckerberga ogłosił, iż podejmuje kolejne kroki, by zapobiegać rozpowszechnianiu się dezinformacji i nawołujących do nienawiści wpisów. W tym zwiększa też kontrolę nad administratorami takich grup. Choćby poprzez podsyłanie im monitów, aby – jeżeli ich grupy zajmują się tematem pandemii – udostępnili transmisje na żywo o COVID-19 od wiarygodnych organizacji zdrowotnych, takich jak WHO. 

*********

Dziewczyny z Quarantine outfitters daily coraz częściej o swojej grupie zaczynają myśleć nie tylko wirtualnie. Wymieniają prywatne wiadomości, nawiązując bliższe znajomości, które z online’u przenoszą się do prawdziwego świata. Magdalena dzięki tej społeczności poznała Anię, prawniczkę z Warszawy. Połączyła je rozmowa, w której okazało się, że mają podobną przeszłość. Na drugi dzień umówiły się na telefon. Gadały 40 minut. – Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło – twierdzi Magdalena i deklaruje, że chętnie spotka się z Anią na żywo.

 – Był pomysł, żeby, jak już to wszystko minie, zrobić wielką imprezę. – śmieje się Sylwia – Ale jest nas już tam ponad 20 tys., więc nie wiem, czy to się uda z uwagi na taki rozmiar grupy. Zobaczymy – mówi z uśmiechem.

Na takie spotkanie raczej nie będzie miała ochoty Natalia Waloch. To ta dziennikarka „Wysokich Obcasów”, która nie wytrzymała drastycznych żartów i ich screeny wyniosła poza grupę. „W najgorszych internetowych dyskusjach, gdzie kapało rasizmem i antysemityzmem, NIGDY nie widziałam żartów z gwałcenia dzieci. To mnie zszokowało i uważałam, że takie rzeczy powinny ujrzeć światło dzienne (...)” – pisze Waloch na swoim koncie na Facebooku i dodaje, że nie żałuje utraty członkostwa. W ślad za wyrzuconą z QOD dziennikarką w ramach sojuszu zobowiązało się odejść parę innych uczestniczek.  

Może założą własną grupę. A może wystarczy im jednak kontakt z prawdziwymi znajomymi i to, że oni na ich posty zareagują emoji „trzymaj się”.

Tagi:
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst