Zakazali reklam mięsa na ulicach. Popieram, choć nie mam złudzeń
"Wegetarianie są wrogami wszystkiego, co dobre i przyzwoite w duchu ludzkim, stanowią policzek wymierzony wszystkiemu, za czym się opowiadam, czyli czystej przyjemności jedzenia" - pisał Anthony Bourdain w swojej książce "Kitchen Confidential".

Powinienem poczuć się obrażony i żywo dotknięty. Nie przytykiem, ale tym, że to nieprawda. Wegetariańskie, a nawet wegańskie jedzenie może być pyszne i wyjątkowe. Może nawiązywać do tradycji albo ciekawie ją wzbogacać. Może wręcz te dawne zwyczaje krzewić, przypominając zapomniane potrawy albo kuchnie, w której mięso było rzadkim gościem.
Czytając te słowa tylko się uśmiechnąłem. Przez sympatię do nieżyjącego już autora i jego podróżniczo-kulinarnych programów, ale też dlatego, że… no tak, pewnie trochę racji miał. Może nawet więcej niż trochę.
I to nie tak, że sam sobie zaprzeczam. Doceniając bogactwo i różnorodność wegetariańskich i wegańskich potraw, tego, co wyczyniać można z tofu, selerem czy bakłażanem, jednocześnie nie da się przecież udawać, że wszystko można zamienić, zastąpić czy pożegnać bez żalu.
Niejedzenie mięsa to przecież jest jakaś forma podniesienia ręki na własne upodobania, a nawet tradycję czy wspomnienia. Nie ciągnie mnie do mięsa - tak naprawdę nigdy nie byłem jego wielkim fanem - ale są takie smaki, które zostają w pamięci. Kotlet mielony. Gołąbki. Rolada śląska z mocnym, intensywnym pieczeniowym sosem. Jasne, znam ich zamienniki, lubię, cenię, stosuję, ale kiedy oglądam kulinarne programy czy przeglądam menu w restauracjach, wiem też, że zawsze coś tracę. Wiem, że nie poznam danej kultury w pełni, jej smaków, tradycji, przyzwyczajeń, codziennych radości. Dokonuję pewnego zamachu na własną przyjemność. Nigdy nie da się poznać i spróbować wszystkiego, to po prostu fizycznie niemożliwe, ale tacy kulinarni radykaliści jak Bourdain namawiali, aby się starać, przekraczać własne granice. Pod tym względem miał sto procent racji o policzkowaniu, tyle że plaskacza wymierzam nie tylko szefom kuchni, ale też sam sobie.
W imię czego? Rezygnując z jedzenia mięsa czy podejmując próby odchodzenia od produktów odzwierzęcych, prędzej czy później musi pojawić się to pytanie. W końcu to nie tak, że wybierając danie wegetariańskie w restauracji jakieś zwierzę nie traci życia. Kiedy omijam półki z wędlinami i kiełbasami, nie przywracam żadnemu stworzeniu wolności. "Masz szczęście, prosiaczku, upiekło ci się - tym razem metaforycznie. Ktoś jednak wybrał tofu!".
Kiedyś obiło mi się o uszy zdanie, że wegetarianie czy weganie wybierają taką dietę, bo chcą poczuć się lepiej
Niekoniecznie od innych, sami przed sobą. Na początku trochę mnie to uraziło, bo przecież najważniejsze jest dobro zwierząt, ich życie. Odmawiający mięsnych produktów stają w obronie tych, którzy głosu nie mają i bronić się nie mogą. Ale czy tym sprzeciwem ktokolwiek się przejmuje? Czy rzeczywiście ratuję świat? Choć odrobinkę, niewielki jego fragmencik?
Od momentu posłuchania piosenki "Pierwszy raz" Dezertera - to mój prywatny znacznik na linii czasu; podejrzewam, że od tego momentu zacząłem inaczej podchodzić do tematu - a było to przecież już jakiś czas temu, żadna duża sieć nie zrezygnowała ze sprzedaży mięsa. Nie zrobiły tego ani dyskonty, ani dostępne na całym globie fast foody. A przecież niejedzenie mięsa jest i było w pewnych kręgach modne, nie brakuje światowych gwiazd, które namawiają do przejścia na wegetarianizm czy weganizm. Rewolucja ciągle się nie zdarzyła.
Owszem, wybór produktów wegetariańskich i wegańskich jest dziś znacznie większy niż jeszcze dziesięć lat temu. Tylko czy dzieje się tak z dobroci serca sprzedawców, czy może raczej z dostrzeżenia, że jest to na tyle duży rynek, by go nie pomijać, ale jednak wciąż na tyle nieistotny, żeby ktoś mógł w końcu stwierdzić, że nie ma sensu sprzedawać tych prawdziwych parówek, bo sojowe idą znacznie lepiej. Chyba znamy odpowiedź.
Jednocześnie to nie jest dowód na to, że konsumenckie wybory nie mają znaczenia. Mają, skoro dziś tych wegetariańskich czy nawet wegańskich opcji jest naprawdę wiele, nawet w małych sklepach. Ale ciągle daleko nam do przełomu, prawdziwej zmiany. To raczej niewielkie zwycięstwa, gdzieś na obrzeżach wielkiego frontu. Nie są nieznaczące, choć być może kiedyś zasłużą na wzmiankę w podręcznikach od historii. "Od tego wszystko się zaczęło". Na razie jednak wydaje się, że wiatr zmian jest bardzo słaby, ledwie odczuwalny. Co więcej, pojawiły się nawet głosy, że rynek żywności roślinnej przeszedł z fazy wzrostu do stabilizacji. Już? To ta jedna niewielka półka w porównaniu do ogromnej oferty mięsnej ma być wszystkim?
Pytania o sens i skuteczność jakichkolwiek działań same narzucają się przy okazji ostatnich działań władz Amsterdamu. W stolicy Holandii od 1 maja zakazane jest reklamowanie nie tylko mięsa, ale też paliw kopalnych - w praktyce samochodów czy lotów. To ruch przełomowy, bo dotyczy stolicy państwa, ale na podobne kroki już wcześniej zdecydowały się inne holenderskie miasta.
Przekaz jest więc jasny: twoje wybory konsumenckie mają znaczenie. Twoje preferencje niosą ze sobą konsekwencje. A miasto niekoniecznie powinno promować rzeczy, które szkodzą.
Mowa tu przecież nie tylko o kwestiach etycznych. Mięso spożywane w nadmiarze szkodzi. A Polacy jedzą go w dużych ilościach. "Rzeczpospolita" pisała w listopadzie 2025 r., że "w ciągu ośmiu miesięcy 2025 r. choć raz produkty mięsne włożyło do koszyka w sklepie ponad 99,6 proc. Polaków".
– My dzisiaj w Polsce zjadamy około 75 kg mięsa na osobę na rok. Zgodnie z zasadami zdrowego żywienia, a także polskich instytucji medycznych, nie tylko światowych, mówi się o tym, że bezpieczne dla konsumenta jest od 350 do 500 g mięsa na tydzień na osobę, to znaczy około 20–25 kg mięsa maksymalnie rocznie – mówił agencji informacyjnej Newseria dr hab. inż. Zbigniew Karaczun.
Reakcją na ruch władz Amsterdamu jest popularne stwierdzenie w komentarzach, że to cios w biednych
Bo przecież bogaci dalej będą latać prywatnymi odrzutowcami, śmigać drogimi samochodami i jeść mięso, a ty, biedaku, ograniczaj i zaciskaj pasa. Ty, nie oni. Tyle że właśnie argument zdrowotny pokazuje, że takie akcje raczej starają się zadbać o ludzi, a nie zrobić im na złość. Dobrze pokazują to dane z Polski. Niby nie brakuje rodaków, którzy planują ograniczenie mięsa - w sondażu przeprowadzonym na zlecenie Compassion in World Farming Polska przez agencję PBS zadeklarowało tak 26 proc. ankietowanych - to jednak jego spożycie wcale nie maleje.
Można dumać, dlaczego tak się dzieje. Bo mięso jest za tanie? Bo jednocześnie kojarzy się z dobrobytem? Na ten argument zwracał uwagę w rozmowie z Krytyką Polityczną Robert Makłowicz. "Konsumpcja mięsa jest dziś dla Polaków zaspokajaniem tęsknot przeszłych pokoleń" - mówił kulinarny autorytet.
Słysząc o zakazie reklam mięsa czy lotów ucieszyłem się, choć nie mam wielkich złudzeń. Była to radość raczej na zasadzie frajdy, że ktoś włożył kij w mrowisko. Zacząłem się też zastanawiać, czy lepsze nie byłoby może naśladowanie akcji znanych ze sprzedaży papierosów. Sięgasz po paczkę parówek, a tam zamiast uśmiechniętej rysunkowej świnki, zdjęcia z rzeźni. Mocne, szokujące, prawda prosto w oczy.
Ale czy naprawdę ludzie nie wiedzą? Czy te makabryczne obrazki pokazujące, do czego prowadzi palenie papierosów, sprawiają, że przemówiły do rozsądku? Jak pisał Instytut Praw Pacjenta i Edukacji Zdrowotnej, blisko 28 proc. Polaków pali papierosy - co trzeci dorosły w Polsce. Palenie nie jest tak modne jak jeszcze, dajmy na to, 20 lat temu, a mimo to "odsetek osób palących papierosy w Polsce nie tylko nie maleje w tempie pierwotnie zakładanym, ile wręcz w ostatnich latach obserwujemy niepokojący wzrost tego odsetka". A przecież nie można palić w knajpach, w pojazdach komunikacji publicznej, nawet na przystankach palacz ryzykuje karą w postaci wzroku pełnego oburzenia.
– Wydawałoby się, że dziś palenie jest już wystarczająco obrzydzone. Na paczkach papierosów chyba już nie ma miejsca na kolejne porażające zdjęcia czy komunikaty informujące o szkodliwości, a mimo to, panuje zobojętnienie. Jeśli coś ma drgnąć, musi nastąpić zmiana społeczna - komentowała dr Izabella Anuszewska, podając za przykład Czechy.
[Czesi] zmienili politykę z prohibicyjnej na edukacyjną. Polityka zakazów się tam nie sprawdziła, więc zaczęli wspierać palaczy w zmianie nawyków już na poziomie rządowym. Tam dorośli obywatele zostali potraktowani jak rzeczywiście dorosłe osoby i otrzymali dostęp do wiedzy i informacji. Dziś u Czechów odsetek palaczy spada, a u nas rośnie - tłumaczyła.
Polacy pewnie wiedzą - wbrew radom Bismarcka - jak się robi kiełbasę. W końcu nie jemy koni, psów, kotów, a niektórzy wzdrygają się na myśl o zabiciu królika, co nie przeszkadza im jednak w jedzeniu świń, krów czy kur. Po prostu zaakceptowano fakt, że jedne zwierzęta mogą cierpieć, a inne na to nie zasługują. Ludzie nie są dziećmi i wiedzą, skąd się bierze jedzenie trafiające do ich garnków i na ich talerze.
Z drugiej strony zwierzęta zniknęły z krajobrazu, nie widać ich na pastwiskach, łąkach i polach. Tę zmianę musi dostrzec każdy, kto przyjeżdża na wieś. W rozmowie z oko.press Jarosław Urbański, socjolog i aktywista, zauważał:
Przemysł włożył bardzo dużo wysiłku, żeby produkt w niczym nie przypominał hodowli. Hodowla śmierdzi, to nie jest dobre skojarzenie. Klient ma dostać mięso zupełnie wyalienowane z tego kontekstu. Teraz nie ma już ubojów przydomowych – mieszkańcy wsi, nawet rolnicy, jadą do supermarketu kupić np. kurczaka. Dostajemy sterylny produkt ofoliowany, zapakowany próżniowo, opisany, zmrożony i nie musimy wiedzieć, gdzie te zwierzęta są pozamykane.
Ale tu znowu wracamy do przykładu papierosów i palaczy, którzy wiedzą, z czym to się wiąże. I nie robi to na nich większego wrażenia. Niewykluczone, że takie szczere reklamy mięsa odniosłyby podobny skutek. Przyzwyczajono by się do widoków z rzeźni, okrutnych statystyk, opisów tego, w jakich warunkach zwierzę jest przetrzymywane, jak jest karmione, a w końcu jak odbiera mu się życie.
Z drugiej strony to też nie tak, że nie wszyscy nie widzą konsekwencji. Stowarzyszenie Eko-Unia nagłaśnia przypadek wsi znanej z popularnego serialu, której mieszkańcy walczą z fermami drobiu.
Mowa o postawieniu 14 ogromnych kurników, z których każdy ma pomieścić 63 tys. brojlerów. Ludzie obawiają się, że przy tak potężnej skali niewielka gmina, licząca zaledwie 114 km kw. powierzchni, zostanie całkowicie zniszczona pod względem przyrodniczym i krajobrazowym - czytamy na portalu wyborcza.biz.
Gdzie są więc ci, którzy tak chętnie chcą bronić biednych przed działaniami bogatych? Czy to nie wzorowy przykład akcji wymierzonych w lokalną społeczność, utrudniających im życie?
To wszystko pokazuje, jak bardzo złożony jest to temat. Dyskusja o zakazie reklam z jednej strony jest jałowa, bo cóż może zmienić brak kilku bilbordów? Jasne, mieszkańcy nie zobaczą uśmiechniętej krówki ani celebryty, który zachęca do kupna parówek. Ale i tak znajdą je w sklepach. Podadzą swoim dzieciom, bo tak je się od lat. Bo jest taniej, czasami wygodniej i szybciej.
Tak samo będzie z tanimi biletami samolotowymi na lot. Banery reklamowe kolejowych przewoźników, które stanęłyby w centrach wszystkich miast i miasteczek w Polsce, wcale nie sprawią, że zabraknie podróżnych chcących wybrać się samolotem z Wrocławia do Gdańska, jeśli bilet na lot będzie kosztował niecałe 70 zł. A można takie znaleźć. W wakacje, w szczycie sezonu. Jakim cudem to możliwe?
Mógłbym poświęcić naprawdę wiele czasu, aby opisać moje ulubione wegetariańskie dania, zachwycać się detalami, przyprawami, które są w stanie zaskoczyć nawet wiernych mięsożerców. Proste rzeczy, niedrogie, łatwe i szybkie w przygotowaniu. Wiecie, ile zdziałać może papryka wędzona w grochówce? Majeranek we flakach z boczniaka? Nawet nie dostrzeżecie, że nie ma tam nawet grama mięsa.
Ale potem ktoś odpali aplikację sklepową i zobaczy promocję na mięso mielone z łopatki wieprzowej 1 plus 1 gratis. Obejdzie się bez reklam na ulicach, naprawdę.
Potrzeba zmian systemowych, to jasne. Ale jak śmiesznie brzmi to nawoływanie w realiach, kiedy wielkie oburzenie budzi samo nazywanie roślinnego kotleta burgerem albo inną nazwą kojarzoną z mięsnymi daniami. Zresztą oburzenie na zakaz reklam też jest dowodem na to, w jakim położeniu się znajdujemy i jak daleko nam to realnych, prawdziwych zmian.
Widzę w tym mimo wszystko promyczek nadziei. Dyskusja się toczy, zatacza coraz szersze kręgi i nie dotyczy już aż tak absurdalnych kwestii, jak wspomniany roślinny burger. Może to rzeczywiście sprawi, że zacznie się rozmawiać o kolejnych krokach, które będą znaczyć więcej?
Zdjęcie wygenerowane przez AI.



















