Amerykanie posłali okręt na dno. Drony z powietrza i z morza
Amerykańska marynarka pokazała, jak może wyglądać zatapianie okrętów w kolejnej dekadzie. Taka koncepcja robi wrażenie.

Podczas ćwiczenia SINKEX wycofana fregata USS Simpson trafiła na dno po atakach, w których udział wzięły drony powietrzne i nawodne. Najciekawsze nie jest jednak samo zniszczenie starego okrętu, lecz sposób prowadzenia operacji z robotycznym okrętem matką, centrum dowodzenia na lądzie, sztuczną inteligencją i pływającym zapleczem obliczeniowym na czele.
Stara fregata poszła na dno, ale test dotyczył przyszłości
Celem był były USS Simpson, fregata rakietowa typu Oliver Hazard Perry. To nie był przypadkowy kadłub wybrany do ćwiczenia. Simpson miał w historii US Navy szczególny status, bo był ostatnim nowoczesnym amerykańskim okrętem, który w walce zatopił jednostkę przeciwnika. Chodzi o irański kuter rakietowy Joshan zniszczony w 1988 r. podczas operacji Praying Mantis w Zatoce Perskiej.
Po latach służby Simpson został wycofany, a później wykorzystany jako cel w ćwiczeniu SINKEX. Ten skrót oznacza sinking exercise, czyli kontrolowane zatopienie wycofanej jednostki w ramach strzelań i prób bojowych. Dla marynarki wojennej to brutalnie praktyczny test: można sprawdzić działanie uzbrojenia, procedur, sensorów, łączności i koordynacji w warunkach bliższych realnemu użyciu niż symulator czy tarcza holowana za okrętem.
Tym razem najważniejszą rolę odegrał jednak USS Cooperstown, czyli okręt walki przybrzeżnej typu Freedom. To z niego wypuszczono 4 bezzałogowce powietrzne i 1 bezzałogową jednostkę nawodną. Formacja wykonała 3 uderzenia kinetyczne przeciwko Simpsonowi, dokładając się do serii ataków, które ostatecznie posłały fregatę na dno.
Drony grały tu główną rolę
4. Flota USA potwierdziła, że udział bezzałogowców i tożsamość zatopionego okrętu nie były wcześniej szeroko ujawnione, a doświadczenia z tej próby mają wpływać na to, jak marynarka będzie kupować i wykorzystywać systemy bezzałogowe.
Amerykanie ćwiczą układ, w którym różne bezzałogowce działają w kilku domenach naraz. Powietrzne mogą wykrywać, rozpoznawać i zbierać dane celownicze. Nawodne mogą dłużej pozostawać w rejonie, przenosić sensory, wspierać zwalczanie okrętów podwodnych albo wykonywać zadania ryzykowne dla załogowych jednostek.
Tego rodzaju integracja stanowi tak naprawdę istotę morskich operacji przyszłości. Platforma załogowa nie musi już samodzielnie realizować wszystkich funkcji rozpoznawczych i uderzeniowych ani bezpośrednio eksponować personelu na każde zagrożenie. Może funkcjonować jako centralny węzeł rozproszonej sieci, która wysuwa sensory i efektory daleko przed linię bezpośredniego kontaktu.
Operację prowadzono głównie z lądu
Bardzo istotny szczegół dotyczy paradoksalnie samego dowodzenia. Ciekawe jest to, że atak dronów był w dużej mierze koordynowany nie z pokładu Cooperstown, lecz z lądowego Maritime Operations Center. Okręt był więc platformą wypuszczającą i wspierającą systemy, ale ciężar zarządzania robotyczną formacją znajdował się po stronie zespołu na brzegu.
Bezzałogowce mają z czasem stać się więc częścią większego układu dowodzenia, a nie tylko wyposażeniem jednego okrętu. Operatorzy na lądzie mogą monitorować status wielu systemów, planować ich udział w kolejnych epizodach ćwiczenia i łączyć dane z różnych źródeł. Okręt na morzu pozostaje ważny, ale nie musi być jedynym miejscem, gdzie podejmuje się decyzje.
Ma to ogromny sens szczególnie przy relatywnie lekko obsadzonych jednostkach, takich jak okręty walki przybrzeżnej. Cooperstown nie ma załogi wielkości niszczyciela i nie może bez końca przyjmować kolejnych specjalistów, operatorów i analityków. Jeśli część pracy da się przenieść do centrum operacyjnego na lądzie, to okręt z czasem musi stać się wyłącznie nośnikiem systemów bezzałogowych.
Pływające centrum danych
Podczas ćwiczenia na Cooperstown trafił rozstawialny moduł obliczeniowy dostarczony przez firmę Armada. Był on wyposażony w rozwiązania sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego i komputerowego rozpoznawania obrazu.
Po co coś takiego na okręcie? Bo drony produkują ogromne ilości danych. Obraz z kamer, nagrania z lotów, sygnały z sensorów i informacje o ruchu jednostek trzeba szybko analizować. Jeśli wszystko musi trafić przez łącze satelitarne do odległego centrum, powstaje opóźnienie i zależność od komunikacji. Jeśli część obliczeń odbywa się na morzu, bliżej źródła danych, system może działać szybciej i odporniej.
Przeczytaj także:
To tzw. przetwarzanie brzegowe, czyli przetwarzanie danych blisko miejsca ich powstawania. W wojsku ma to wręcz olbrzymie znaczenie. Okręt z takim zapleczem może szybciej przetwarzać obraz z dronów, wspierać rozpoznanie celów i trenować modele AI na danych z rzeczywistego środowiska.
Nie wszystko poszło jednak idealnie. Opóźnienia logistyczne i huragan ograniczyły możliwość pełnego wykorzystania sprzętu do przetwarzania danych z ćwiczenia. Mimo to marynarka oceniła próbę jako ważny dowód koncepcji, bo udało się szybko rozwiązać kwestie zasilania, łączności i integracji modułu z okrętem.
*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI



















