REKLAMA

To nie jest już internet dla starych ludzi. Wszyscy jesteśmy robotami

Internetu używam, ale się nie cieszę. Tęsknię za tym sprzed dwóch dekad, który był dla ludzi, a nie dla robotów. Dziś nawet głupie zakładanie konta na GitHubie jest drogą przez mękę, ale nie winię za to clankerów i AI. Problemy zaczęły się wcześniej.

internet-popsuty-zakladanie-konta-github-problem-microsoft
REKLAMA

Po raz pierwszy z internetu skorzystałem w latach 90. ubiegłego wieku, kiedy jeszcze nie rozumiałem, jaki będzie ten wynalazek miał implikacje dla całej ludzkości. Doskonale pamiętam wdzwanianie się na nr 0202122 za pośrednictwem modemu podpinanego do linii telefonicznej, który zapewniał transfery rzędu 56 kb/s i taryfikował jako impuls każde kolejne trzy minuty spędzone online.

Jak wczoraj pamiętam to łączenie się ze stoperem w ręku i pobieranie na wyścigi do trybu offline stron www z pełną listą wydanych w Polsce kart do budek telefonicznych, które wówczas kolekcjonowałem. Dopiero później nastała era ADSL, a sam byłem tym niesławnym „dzieckiem Neostrady”. Pojawienie się jej w rodzinnym domu oznaczało nielimitowany czas połączenia. No i nielimitowane transfery.

REKLAMA

Koniec nabijania rachunków, cyfrowy świat staje otworem.

Lata później ten otwór stał się co prawda tym, czym jest dzisiaj, no ale początek pierwszej dekady obecnego tysiąclecia to był naprawdę nowy, wspaniały świat! Fora internetowe pełne ludzi chętnych anonimowo rozmawiać na interesujące mnie tematy, programy do pobierania dóbr popkultury, komunikatory pozwalające utrzymywać kontakt ze znajomymi, słowniki online, pierwszy gry multiplayer…

Jak wielu rówieśników zachłysnąłem się tym wszystkim, ale przy okazji czułem się w internecie jak w domu. Pomagał rozwijać moje zainteresowania, a chociaż dało się w nim zatracić i przepalać godziny na surfowaniu, to przynajmniej miałem poczucie, iż to miejsce powstało dla ludzi takich, jak ja. Miesiąc miodowy trwał w praktyce latami, ale wreszcie przyszedł czas na kubeł zimnej wody.

Internet stał się przy tym moim miejscem pracy, a życie zawodowe związałem z siecią już dwie dekady temu. Cieszyło mnie, że tworzyli ją wtedy oddolnie ludzie dla ludzi, ale mimowolnie oddaliśmy władzę korporacjom, algorytmom oraz botom. Sieć stała się siedliskiem reklam i skryptów śledzących, a my, maluczcy, jesteśmy teraz niczym te bateryjki u Wachowskich. Walutą jest zaś nasz czas.

Kiedy internet się aż tak zepsuł?

Globalna sieć to żywy i stale ewoluujący organizm, więc trudno wskazać na osi czasu konkretny moment, gdy z przyjaznego i nieco tajemniczego miejsca stał się elementem naszej kolektywnej i ponurej codzienności. Podłączaliśmy się do tego Matriksa falami. Jak o tym jednak myślę, to kamieniem milowym nie był zaś światłowód, tylko pojawienie się powszechnie dostępnego internetu w… kieszeni.

W czasach, gdy telefony służyły jedynie do dzwonienia i wysyłania SMS-ów, do internetu się w końcu „wchodziło”. Sprawdzanie nowych maili, odpowiedzi na forach i aktualnych newsów było swoistym rytuałem, który wymagał od nas tego, by usiąść na fotelu przed biurkiem i komputer najpierw włączyć. Smartfony z dostępem do internetu mobilnego ten paradygmat zmieniły. Na dobre i na złe.

Niemalże z dnia na dzień obudziliśmy się w rzeczywistości, gdy po wejściu do internetu już nigdy z niego nie wyszliśmy. Powiadomienia z poczty, komunikatorów i serwisów społecznościowych, które wygryzły fora, trafiają do nas w czasie rzeczywistym, a doomscrolling nas demotywuje. Filmów, seriali i gier nie musimy zaś już pobierać, bo są dostępne od ręki w modelu „na żądanie”.

I to wtedy internet trafił szlag.

Nie wiążę tej katastrofy z tą całą sztuczną inteligencją, gdyż nasze łącza zaczęły gnić znacznie wcześniej. Mój pierwszy tekst opublikowany na łamach Spider’s Web, wówczas jeszcze gościnnie, co miało miejsce w 2012 r., nosił tytuł „Cały internet jest w wiecznej wersji beta”. Jak wracam do niego ponad półtorej dekady później to okazuje się, iż… wcale nie stracił na aktualności.

Tam gdzie skupia się uwaga ludzi, tam zaraz znajdą się inni liczący na łatwy zarobek. Z jednej strony mamy Google’a et consortes, czyli korporacje żyjące z wciskania nam reklam, a z drugiej - cyberprzestępców, którzy czekają tylko na to, by wykraść nam dane. Tylko tak jak dwie dekady temu wirus komputerowy dla nornika był najwyżej niedogodnością, tak dziś malware może zniszczyć życie.

Największy problem mam zaś z tym, że tak jak rozwój internetu wystrzelił, tak nikt już nie dba o to, by ten stawał się łatwiejszy w użyciu. Software, z którego korzystamy, pisany jest na kolanie i zwykle trafia na produkcję pełen błędów. „Gównowacenie”, czyli termin ukuty przez Cory’ego Doctorowa już w 2022 r., nadal idealnie opisuje cyfrową rzeczywistość, która jest naszym udziałem.

Komputery zaczęły utrudniać życie

I ja wiem, że dziś mamy znacznie więcej możliwości zarówno jeśli chodzi o dostęp do wiedzy, jak i o możliwość kreatywnej ekspresji, niż dekadę czy dwie temu. Do tego przez te pierwsze kilka lat powszechnego dostępu do stałych łącz wraz z każdą aktualizacją oprogramowania skracał się czas potrzebny na to, by wykonywać konkretne czynności. Doszliśmy jednak do wirtualnej ściany.

Globalna wioska stała się metropolia i tak jak każde imperium zaczyna się zapadać pod własnym ciężarem. Cofnęliśmy się w rozwoju, bo dziś aktualizacje softu utrudniają życie zamiast je ułatwiać. W wynikach wyszukiwania znajdujemy coraz więcej spamu, w tym AI-slopu, a aktywności, które drzewiej były proste jak konstrukcja cepa, są znacznie bardziej upierdliwe.

Nawet tak prozaiczne rzeczy, jak przenoszenie danych na nowy telefon, wkurza. Dekadę temu po kupnie nowego iPhone’a mogłem sklonować na niego zawartość ze starego, a teraz prawie każda apka wymaga już ponownego logowania. Czynność, która zajmowała kilka minut, dzisiaj wymaga godzin. Niby eliminuje to ryzyko, że ktoś wykradnie nam kopię zapasową i odtworzy ją u siebie, ale niesmak pozostaje.

A z tym logowaniem to kto to słyszał!

W historii internetu był ten krótki okres, w którym logowanie się uproszczono do granic możliwości. Podczas zakładania konta menedżer haseł w przeglądarce je dla nas generował, a później w naszym imieniu wpisywał je na ekranie logowania. I nikt nie narzekał do czasu, aż weszli do gry cyberprzestępcy, a ze względu na zalew botów dostanie się na swoje konto dziś wymaga dodatkowych kroków.

Pojawienie się kolejnych poziomów zabezpieczeń sprawiło, że teraz często po otwarciu formularza logowania najpierw musimy podać sam adres e-mail, a dopiero po jego weryfikacji, już w następnym okienku, mamy wklepać z palca lub z użyciem autouzupełniania hasło. Dobrze jest też włączyć uwierzytelnianie dwuskładnikowe, co wymaga podania jeszcze jednorazowego kodu z apki, maila albo SMS-a.

Samo zakładanie kont użytkownika dziś również jest utrudnione. Kiedyś po prostu wymyślaliśmy login oraz hasło i tyle. Z czasem doszły do tego linki aktywacyjne wysyłane na maila, a dziś musimy zwykle rozwiązać jakąś łamigłówkę. Zabezpieczenia typu CAPTCHA stały się solą w oku internautów, zwłaszcza że niektóre implementacje wołają o pomstę do nieba. A królem jest tu Microsoft.

Zakładanie konta w GitHub to bareizm.

GitHub to platforma dla programistów, którą Microsoft wykupił w 2018 r. i od czego czasu ją rozwija. Internauci sobie z tego przejęcia dworują, iż od momentu akwizycji zaczęły się tam piętrzyć problemy, ale by mieć świadomość, iż GitHub nie działa, najpierw trzeba z niego korzystać. Sam miałem zaś potrzebę założyć konto niedawno, by zgłosić błąd w apce dystrybuowanej z użyciem tej platformy.

No i się zaczęło! Microsoft wymyślił bodaj najbardziej irytujące zabezpieczenie typu CATPCHA, jakie się dało. Tak jak zwykle tego typu mechanizmy wymagają wpisania ciągu znaków lub zaznaczenia konkretnych fragmentów obrazka, tak podczas zakładania konta GitHub wymagane jest od nas kilkukrotne wskazanie jednego z ośmiu obrazków, na których stopy ludzika przykrywają dany symbol.

Procedurę musimy powtórzyć kilkukrotnie, a jeśli popełnimy jeden błąd, to wracamy na start bez pobierania 200 eurodolców i zabawę zaczynamy od zera. Najgorsze jest zaś to, iż często te łamigłówki… nie miały prawidłowej odpowiedzi. W rezultacie próbowałem to konto założyć kilkukrotnie na przestrzeni dwóch tygodni za każdym razem odbijając się od wirtualnej ściany.

Konto w serwisie GitHub udało mi się założyć dopiero po kilku tygodniach

Problem z zakładaniem konta GitHub to nie bug, tylko feature.

Z czasem zacząłem gdybać, że może problem nie leży w formularzu, tylko w interfejsie organicznym siedzącym przed monitorem, tj. we mnie; może czegoś tutaj nie kumam? Postanowiłem spytać o to Google’a, który przekierował mnie do portalu Reddit (będącego dziś swoją drogą moim ulubionym serwisem social media, bo mimo swoich wad najbliżej mu do starych dobrych for phpBB by Przemo).

Jak to zwykle bywa w przypadku szukania odpowiedzi na swoje pytania na Reddicie, okazało się, iż w swojej konfuzji nie jestem sam. Masa innych osób od lat również miewa problem z założeniem konta w serwisie GitHub. Część z nich uznała, że nierozwiązywalna łamigłówka to element zabezpieczenia przeciwko botom, który aktywuje się, gdy np. korzystamy z VPN-a lub czegoś podobnego.

Problem w tym, że te „zabezpieczenia” nie działają. Odcinają nie tylko boty, ale i prawdziwych ludzi. Moment, w którym firmie takiej jak Microsoft bardziej zależy na tym, by obronić swoją usługę przed clankerami, a meatbagi jej nie interesują, to ten, w którym mam ochotę z tego pociągu zwanego internetem wysiąść. Tym bardziej że Microsoft nie jest jedyną firmą, gdzie CAPTCHA to horror.

A w dobie AI będzie tylko gorzej.

Twórcy stron internetowych oraz aplikacji muszą zabezpieczać się nie tylko przed cyberprzestępcami, ale i scrapperami, co dodatkowo utrudnia korzystanie z sieci ludziom. Do tego mleko i tak się już rozlało, bo największe korporacje świata rozwijające swoje modele językowe i tak zdążyły już ukraść cały internet, by szkolić te swoje LLM-y, a potem wciskać sztuczną inteligencję i jej twory gdzie się da.

Czytaj inne nasze teksty o internecie w 2026 r.:

Problem w tym, że to całe AI również nie jest dla ludzi, a służy głównie korporacjom. Zachłysnęliśmy się co prawda nowoczesnymi chatbotami, ale z czasem okazało się, iż te halucynują, więc nie można na nich polegać. Sprawdzają się w wąskich zastosowaniach, ale i tutaj ich opłacalność staje pod znakiem zapytania, bo generowanie odpowiedzi nie tylko pali lasy w Amazonii, ale i kosztuje.

REKLAMA

Korporacje nie mogą się jednak teraz przyznać przed akcjonariuszami, że wpompowali miliardy w AI, zanim do nich dotarło, iż to bez sensu, więc będą dalej psuć internet, tak jak Google z tymi swoimi głupotkami i kłamstwami nad wynikami wyszukiwania, a w mediach społecznościowych będzie tylko więcej i więcej boomer-trapów. A kto ma zarobić, to i tak zarobi - tylko zwykłych internautów szkoda.

Do tego jakość oprogramowania leci na łeb, a zmiany w Messengerze od Facebooka sprawiają, że tęsknię za starym dobrym Gadu-Gadu

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-05-09T08:15:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-09T08:00:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-09T07:30:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-09T07:15:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-09T07:00:00+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA