Rakieta mogła spaść na Polskę. Finał historii zaskakuje
Chiński człon rakiety ZQ-3, który jeszcze niedawno figurował w alertach jako potencjalne zagrożenie także dla Polski, zakończył swoją misję. Tym razem kosmiczny złom ominął nasz kraj, ale mogło to się skończyć inaczej.

Mowa o obiekcie oznaczonym jako ZQ-3 R/B – 11-tonowym członie chińskiej rakiety nośnej, który od kilku dni znajdował się na coraz niższej orbicie i nieuchronnie zbliżał się do gęstych warstw atmosfery. Deorbitacja, czyli wejście w dolne partie atmosfery prowadzące do spalenia lub rozpadu obiektu, nastąpiła 31 stycznia najpóźniej około 13:13 czasu polskiego, z marginesem niepewności wynoszącym kilkadziesiąt minut.
Deorbitacja to kluczowy moment w życiu każdego sztucznego obiektu na orbicie. W miarę jak traci wysokość, zaczyna odczuwać coraz większy opór powietrza, nagrzewa się i stopniowo rozpada. Lżejsze elementy spalają się całkowicie, ale w przypadku dużych i masywnych fragmentów – takich jak człony rakiet – zawsze istnieje ryzyko, że część z nich dotrze do powierzchni planety.
Właśnie dlatego kilka godzin wcześniej pojawił się alert Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, oparty na analizach Polskiej Agencji Kosmicznej. Przy masie rzędu 11 ton i nieznanej dokładnie konstrukcji członu ZQ-3 nie można było gwarantować, że wszystko spali się w powietrzu.
Ocean zamiast lądu. Dlaczego scenariusz z Polską się nie spełnił?
Ostatnie wyliczone orbity ZQ-3 prowadziły nad Atlantykiem, Europą, następnie nad częścią Azji i dalej w stronę Oceanu Indyjskiego. To właśnie na końcowym odcinku tej trasy obiekt zniknął z oczu systemów śledzących, nie zostawiając po sobie żadnych wiarygodnych doniesień o efektownym przelocie czy spadku na ląd.
Cytowany przez PAP Mariusz Słonina, szef Centrum Operacyjnego SSA POLSA, podkreśla, że brak wizualnych obserwacji przy jednoczesnym nagłym urwaniu śladu obiektu w katalogach orbitalnych jest bardzo mocnym sygnałem, że człon rakiety rozpadł się w atmosferze nad oceanem. Gdyby masywne fragmenty spadły na zamieszkany teren, mielibyśmy co najmniej pojedyncze nagrania z kamer samochodowych, monitoringów albo relacje świadków.
Teoretycznie istniała niewielka szansa, że jeden z ostatnich przelotów nad Europą przebiegnie nad Polską. Praktycznie jednak zobaczenie tego zjawiska było bardzo mało możliwe. Przelot trwałby kilkanaście sekund, odbywał się w dzień i przy zachmurzonym niebie, więc nawet jasny ślad na niebie mógłby pozostać niezauważony.
W przeciwieństwie do głośnego przypadku członu Falcona 9, którego fragmenty w 2025 r. faktycznie spadły na teren Polski, tym razem brak doniesień z lądu działa na korzyść hipotezy oceanicznej. Statystyka jest po stronie wody – większość powierzchni Ziemi to oceany, więc to one najczęściej przyjmują na siebie skutki niekontrolowanych powrotów z orbity.
Jak POLSA poluje na kosmiczny złom?
Choć historia ZQ-3 zakończyła się daleko od naszych granic, z polskiej perspektywy to ważny test sprawności systemu nadzoru nad przestrzenią kosmiczną. Centrum Operacyjne SSA Polskiej Agencji Kosmicznej regularnie monitoruje obiekty o masie powyżej 1 tony, analizując ich orbity i przewidując moment deorbitacji.
SSA to skrót od angielskiego określenia Space Situational Awareness – świadomość sytuacyjna w przestrzeni kosmicznej. Chodzi o to, by wiedzieć, jakie obiekty znajdują się nad nami, na jakich orbitach krążą i kiedy mogą zacząć stanowić zagrożenie.
Do śledzenia ZQ-3 wykorzystano sieć teleskopów optycznych rozmieszczonych na kilku kontynentach, w tym m.in. w Chile, Republice Południowej Afryki i Australii. Polskie systemy rejestrowały przeloty obiektu na wysokościach poniżej 200 kilometrów – to jedne z najniższych pułapów, jakie da się zarejestrować teleskopami tego typu.
Równolegle polskie analizy były porównywane z danymi z europejskiego systemu nadzoru nad przestrzenią kosmiczną i amerykańskich katalogów orbitalnych. Zbieżność tych wyliczeń pozwoliła zawęzić okno deorbitacji i z dużym prawdopodobieństwem wskazać rejon Oceanu Indyjskiego jako miejsce, gdzie zakończyła się podróż chińskiego członu rakiety.
Coraz więcej śmieci nad naszymi głowami, a ryzyko rośnie
Przypadek ZQ-3 to kolejny epizod w większej historii, która będzie wracać coraz częściej. Na orbitach krąży już nie tylko kilka tysięcy aktywnych satelitów, ale też cała chmura nieczynnych urządzeń, zużytych członów rakiet i drobnych odłamków. Każdy start z Ziemi dokłada do tego katalogu nowe pozycje.
Centrum Operacyjne SSA POLSA szacuje, że nad terytorium Unii Europejskiej deorbituje średnio kilkanaście większych obiektów tygodniowo. Większość z nich spala się w atmosferze w całości, część kończy nad oceanem, ale od czasu do czasu – jak w przypadku wspomnianego Falcona 9 – fragmenty mogą spaść na ląd i zagrozić infrastrukturze lub po prostu narobić szkód.
Przeczytaj także:
Prognozowanie takich zdarzeń jest trudne, ponieważ modele muszą uwzględniać nie tylko masę i kształt obiektu, ale też zmienny stan atmosfery. Wraz z gęstością powietrza w wyższych warstwach zmienia się opór działający na rozpadający się człon rakiety, a to wpływa na moment i miejsce deorbitacji. Stąd typowe okno niepewności rzędu kilku godzin i pas upadku rozciągający się na tysiące kilometrów.
Im więcej satelitów i rakiet, tym częściej będziemy słyszeć o niekontrolowanych deorbitacjach, alertach i analizach trajektorii. Z jednej strony korzystamy na co dzień z technologii, które zawdzięczają istnienie gęstej infrastrukturze orbitalnej – od nawigacji po łączność i obserwacje pogody. Z drugiej strony to właśnie ta infrastruktura oznacza, że co jakiś czas w naszą atmosferę wróci kolejny duży obiekt, nad którym nie mamy pełnej kontroli.







































