REKLAMA

Z przyjemnością obserwuję wasze porażki. Ciekawe, jak nas zmienią

Nie chodzi o to, że lubuję się w cudzym nieszczęściu - może z tych małych przegranych bitew jednak wyjdzie coś dobrego?

chat
REKLAMA

Stałem się kolekcjonerem takich opowieści. Natychmiast zamieniam się w słuch i staram się je zbierać – na razie tylko metaforycznie, ale może trzeba prowadzić faktyczny, precyzyjny spis. Być jak ornitolog-amator, który wiosną z notesem wchodzi do parku i zachwyca się bogactwem odgłosów, dobiegających z każdej strony. Tak mam z tymi historiami. Gdzie nie spojrzę, od razu wpadają.

Oto tłumacz na Facebooku dzieli się swoją opowieścią: przy pomocy bota tłumaczy książkę. Asystent go nie wyręcza, każdy fragment jest rzetelnie analizowany i sprawdzany przez ludzkie oko. Narzędzie, które w teorii miało przyspieszyć pracę, w czymś pomóc, coś dopowiedzieć, stało się jednak źródłem cierpień. Bot po cichu do tłumaczonego tekstu wrzuca swoje zmyślone kawałki.

REKLAMA

Twórca piłkarskiego podcastu poprosił o przygotowanie liczbowego zestawienia nt. występów danego zawodnika. Asystent zignorował istotne założenie – pominął mecze rozgrywane wiosną, brał pod uwagę tylko rundę jesienną – i stosunkowo proste zadanie znacząco się wydłużyło. Trzeba było tłumaczyć jak krowie na rowie, co ostatecznie zajęło więcej czasu niż samodzielne przedzieranie się przez tabelki.

Każda taka opowieść to historia o porażce

Małej, codziennej, nieustannie powracającej, którą podsumowuje się pozbawionym nadziei westchnięciem: zawsze coś! Jej powody mogą być różne: ze złego asystenta korzystali, źle wpisali polecenie, przecenili możliwości technologii, która jednak nie od tego jest, i tak dalej. Jest w tym pewnie sporo racji, co nie zmienia faktu, że wszystko prowadzi do jednego – rozczarowującego końca. Miało wyjść inaczej.

REKLAMA

A jednak historia stale się powtarza. Te same osoby za chwilę znowu będą liczyć na inne zakończenie, a po wymianie zdań okaże się, że znowu to wszystko było nic niewarte. "Masz rację, pomyliłem się" – widzą na ekranie. I co? I nic. Będą próbować dalej. Jest coś fascynującego w tym uporze, jeśli tylko pominie się fakt, że np. GPT‑4 wypija równowartość trzech butelek wody na każde sto wygenerowanych słów, jak przypominał ostatnio Maciej. Z drugiej strony, to też mówi dużo o naszym nowym przegrywaniu – niewinna wymiana zdań zakończona fiaskiem jest potężnym obciążeniem dla środowiska.

REKLAMA

Za każdym razem chciałbym zadać pytanie: "ale dlaczego? Dlaczego wystawiasz się na tę nieprzyjemność, na nieuchronną porażkę". Nie ze złośliwością, wyższością czy szyderą, ale z podziwem i zazdrością.

Nie chcę przez to powiedzieć, że czatboty są głupie albo to użytkownicy źle z nich korzystają. To oczywiście ważne, ale bardziej interesuje mnie sama reakcja na niepowodzenie. Może tym razem zaciskamy zęby, próbujemy raz jeszcze godząc się z kolejnym pudłem, bo wiadomo, że do czegoś to prowadzi. W końcu i czatbot będzie chybił lepiej z każdą kolejną próbą.

REKLAMA

Ale jednak nie da się ukryć – porażka frustruje

Bywa zabawna, jak w moich ukochanych "Miodowych latach", i potrafi czegoś uczyć. Z porażki można wyciągać wnioski i sprawić, że będzie siłą napędową działań. W świecie, w którym trzeba wygrywać, przegrywanie może być wyrazem buntu. Jak jest teraz, w tych wszystkich nieudanych rozmowach?

REKLAMA

W "Przedziwnej sztuce porażki" Jack Halberstam pisze o projekcie fotograficznym związanym z olimpiadą w Sydney w roku 2000, kiedy artystka Tracey Moffatt robiła zdjęcia osobom zajmującym czwarte miejsce – czyli najgorsze dla sportowca. Moffatt twierdziła, że znalezienie się na tej pozycji jest smutniejsze niż przegranie z kretesem.

Uzyskując czwarty wynik, sportowiec przegrywa o włos, o włos omija go medal, nieszczęśnik plasuje się na (nie)pozycji poza odnotowywaną w annałach historią. Moffatt zwraca uwagę: "Czwarte miejsce oznacza, że jesteś prawie dobra. Nie najgorsza (co ma swój przewrotny urok), ale prawie. Prawie z ciebie gwiazda!". W czwartym miejscu wyraża się antyprestiż przegrywania. Jak mówi, to nie jest perwersyjne zadowolenie z tego, że jesteś tak zła, że prawie dobra; nie, czwarta lokata to bardzo szczególne położenie – już poza blaskiem chwały, ale jeszcze nie w niesławie - Jack Halberstam, "Przedziwna sztuka porażki".

Mam wrażenie, że korzystanie z wirtualnych asystentów to często branie udziału w zawodach, w których na koniec zajmuje się czwarte miejsce. Prawie poznało się odpowiedź. Już niby wszystko zmierzało w odpowiednim kierunku, wydawało się, że kolejne kroki brzmią sensownie i rzeczywiście bot zaraz rozwiąże problem, a tymczasem wygrana lub chociaż sukces w postaci podium wymyka się z rąk.

REKLAMA

Tylko co dalej? To powracanie jest naprawdę fascynujące. Oczywiście liczmy na to, że asystenci stają się coraz mądrzejsi, więc dzisiejsza porażka nie przekreśla wcale jutrzejszej wygranej. A może już się przyzwyczailiśmy. Porażka nie jest źródłem buntu, jest odpowiedzią, akceptacją - innego świata nie będzie.

Choć nie rozumiem, że przyszło nam to tak łatwo. Wyobrażam sobie, że gdyby sprzedawca przy każdej okazji wciskał nam buraki zamiast ziemniaków, w końcu poszlibyśmy do innego, zmęczeni powtarzaniem, że to jednak nie pyry. A gdyby każdy się mylił – tyle że jeden podaje buraki, drugi gruszki, a trzeci kapustę – po prostu rozważylibyśmy posadzenie ziemniaków. Dlaczego tu możemy akceptować błędy - nawet jeśli irytujemy się przed ekranem - a nie możemy robić tego samego np. przy kasie samoobsługowej, gdy przelewamy złość i frustracje na kasjerów.

A tymczasem tu akceptujemy błędy

Może dobrze w końcu widzieć, że ktoś inny się myli, nawet jeżeli ordynarnie kłamie – i świat nie musi się od tego zawalić (o ile tylko zapominamy o wypitych butelkach...). Chciałbym w tych nieudanych próbach dogadania się i poznania odpowiedzi widzieć szansę na więcej wyrozumiałości dla drugiej strony. Wprawdzie to pewnie nie tak, że użytkownik na widok kolejnego "masz rację, myliłem się", głaszcze ekran z czułością i myśli: "nic się nie stało, aniołku, próbuj dalej". Raczej przypomina wspomnianego sportowca z czwartego miejsca: rozczarowanie, frustracja, przekleństwa wyskakujące z ust. Ale może skoro w rozmowie z czatbotem dało się zacisnąć zęby i jakoś to przetrwać, to trzeba tak działać na co dzień i zawsze w kontakcie z innymi.

REKLAMA

Obawiam się jednak innego zakończenia – że to kolejna kropla, która przybliża do przelania się czary goryczy. Wszystko nie działa i jeszcze to, głupi asystent nie potrafi rozwiązać prostego zadania! Zamiast otworzyć się na porażkę i zrozumieć, że każdy może się mylić, jeszcze bardziej irytować będzie to, że ktoś zachował się inaczej niż byśmy tego chcieli. Bot, on może, ma swoje ograniczenia. Ale człowiek?

REKLAMA
Adam Bednarek
Redaktor
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA