Co zrobisz, żeby oszczędzić: klikniesz w kupon czy nie weźmiesz telefonu?
Pytanie jest fundamentalne i odpowiedzi zależeć będzie, czy pewne miejsca przetrwają.

Poznańska kawiarnia "Pączuś i Kawusia" zorganizowała promocję, w ramach której część kaw (doppio, americano, americano z mlekiem, batch brew) sprzedawanych jest za 10 zł. To reakcja na wieść o tym, że Żabka jest miastowym liderem, jeśli chodzi o sprzedaż kawy.
Poznań nie jest pewnie wcale wyjątkiem. Jesienią 2025 r. Żabka chwaliła się, że od stycznia do sierpnia sprzedała 27 mln kubków kawy. Według "Rzeczpospolitej", która powoływała się na raport ARC Rynek i Opinia, Żabki wraz ze stacjami Orlenu i restauracjami McDonald’s stały się najpopularniejszymi miejscami, w których pije się kawę poza domem. "Polacy coraz częściej sięgają po tańsze alternatywy zamiast drogich kawiarni" – podsumowywała gazeta. Żabka dumnie potwierdzała: jesteśmy dziś największą siecią kawiarni w Polsce. Bez cienia złośliwości trzeba przyznać, że ten niewątpliwy sukces wiele o naszej rzeczywistości mówi.
Na kawowych grupkach czytam, że mała poznańska kawiarnia znalazła sprytny sposób na reklamę. Może to tylko chwyt marketingowy, ale podjęcie rękawicy jest dowodem na to, że spór istnieje i jest bardzo poważny. Tyle że raczej nie zanosi się na to, by doszło do niespodziewanego rezultatu, wielkiej niespodzianki, sensacji, w którą nikt nie wierzył: maluczki położył na łopatki giganta. W tej bajce finał będzie najprawdopodobniej inny, ale i tak warto się tej historii przyjrzeć.
Nie chodzi wyłącznie o to, że tańszy produkt wypiera droższy. W rozmowie z portalem horecatrends.pl właściciel jednej z kawiarni mówił, że cięcie cen to nie wszystko. Z innego powodu trudno jest rywalizować z największą polską kawiarnią, kawiarnią, w której kawa jest jednak tylko dodatkiem, produktem jednym z wielu.
Obniżyłem ceny kawy do "żabkowych" cen, oferując kawę na naprawdę dobrych ziarnach, a i tak nasi potencjalni goście mijali nas i wpadali po kawę do Żabki. Spytałem dlaczego i dowiedziałem się, że… zbierają punkty w aplikacji i są tam promocje na przykład na zestawy z daniami śniadaniowymi - powiedział właściciel lokalu.
Sklepowe aplikacje i powiązane z nimi programy lojalnościowe zmieniły sposób, w jaki robimy zakupy, wpływając na nasze nawyki. Wygląda na to, że idą po kolejny skalp – gastronomiczne przyzwyczajenia. Owszem, przy uzupełnianiu kofeiny smak się liczy, ale kiedy na szali postawimy też punkty w aplikacji i dodatkowe bonusy, to waga nie ma prawa przechylić się w zaskakującą stronę.
Biada kawiarniom, restauracjom, knajpom, a nawet osiedlowym pizzeriom
Muszą przegrać z kuponem na kawę czy zestawem pizza plus napój i punktami, które potem można wymienić na tańszą usługę. Wszystko za jednym zamachem, każda potrzeba zostaje zapewniona: można kupić drobną rzecz, odebrać paczkę, wysłać dziurawe buty, a od niedawna nawet i spodnie, wziąć pizzę bądź kebaba, a także wypić zdrowe smoothie. Z automatu, ale za to tanio.
Znamy dobrze ten obrazek. Niby to śmieszny mem, a jednak wcale nieprzekoloryzowuje rzeczywistości, bo tak wyglądają dziś polskie miasta, miasteczka i wsie. Wieczór, pusta ulica, świeci się automat paczkowy i zielony szyld obok. Nic innego do roboty nie ma. Można pokrzyczeć na chmury, jak starszy pan z kreskówki, bo tylko to zostało. Gdzie nie pojedziesz, zobaczysz to samo.
Nie przesadzam za bardzo? Przecież usługi, które miały przestać być potrzebne, bo były starodawne, nienowoczesne i nieprzystające do rzeczywistości, nagle wracają. Znajduje się dla nich miejsce. Znowu okazuje się, że dawne zwyczaje, jak niewyrzucanie i naprawianie, są w cenie. Ba, jest modne, bo ekologiczne. Tyle że to wszystko dzieje się pod skrzydłami jednej firmy, dużej, która wyparła mniejszych graczy. I w ograniczonej formie, często niezbyt wygodniej. Zamiast np. wstąpić do krawca trzeba pakować rzecz i klikać w aplikacji. I tak jest w zasadzie ze wszystkim. Niby usługę znowu mamy pod oknem, na wyciągnięcie ręki, ale to coś innego.
Nie zabraniam nikomu zarabiać. Nie krytykuję nawet takiej działalności. Po prostu żałuję, że nie ma i nie będzie miejsca na coś jeszcze, obok. Wybór będzie ograniczał się do tego, czy danie zjemy z automatu, który stoi na ulicy, czy z tego, który ulokowany jest w sklepie. W rękę szybko chwycimy też napój z maszyny, a w chłodniejsze dni rozgrzewającą kawę. Za wszystko wpadną punkty. Nic innego na osiedlu czy małej miejscowości nie będzie się opłacało. Może w centrum dużego miasta, może na wielkich blokowiskach – tam jeszcze tak.
Rynek zadecydował, a ta decyzja pozbawiła życia różnorodności
Wszyscy chodzą do tych samych sklepów, korzystają z tych samych aplikacji, klikają te same kupony, by kupić tę samą kawę i odgrzewane danie. Nieważne, gdzie pojedziesz, znajdziesz dobrze znany widok i smak. Nigdy się nie rozczarujesz, ale też nie zaskoczysz. Nie trzeba zerkać w statystyki, aby przekonać się, że największa polska kawiarnia za chwilę będzie też największą polską pizzerią, jeśli już się tak nie stało. Na każdym osiedlu widać ludzi noszących pudełka nie z logo osiedlowego lokalu, a ogólnopolskiej franczyzy. Te same widoki, te same zapachy, te same smaki.
A gdzie miejsca, w których spotyka się lokalna społeczność, każdy jest znany, nawet jeśli tylko z twarzy? Gdzie wstępuje się na chwilę, tak o. Knajpki specjalizujące się w danej kuchni, serwujące w niezmieniony sposób od dawna, z własnymi recepturami? "Jak tam jesteś, koniecznie musisz spróbować, tylko tam znajdziesz taki smak". Kawa, na którą się czeka, ale warto? I też takie, gdzie czarny napar jest fatalny, ale ciasta nie wolno sobie odmówić. Celowo przesadnie romantyzuję – a może i nie? – ale wydaję mi się, że mam ku temu dobry powód. Po prostu za chwilę może już nie być okazji, więc mogę pozwolić sobie na przesadę. Wyprzedzam nostalgię.
Nie zdążyła się u nas wytworzyć taka kultura – przesiadywanie w kawiarniach, osiedlowe małe punkty, do których zagląda się co wieczór - a już została skazana na śmierć. Niektórzy powiedzą, że bardzo dobrze, bo zdzierstwo zostanie ukarane – nikt nie chce przepłacać za kawę, pizzę, piwo, obiad, skoro w aplikacji można mieć zestaw 4+4, zgarnąć punkty i mieć późniejsze zniżki, jeszcze bardziej obniżające ceny. Na koniec roku dowiemy się, jakim typem klienta jesteśmy – co najbardziej nam smakowało i co najczęściej wkładaliśmy do koszyka. Przeczytamy zabawny horoskop, który odblokuje promocję. To wcale nie tak, że niczego nie zyskujemy. Mam jednak wrażenie, że ta wymiana jest nieco niekorzystna.
"Dlaczego kawa w polskich kawiarniach jest taka droga?" – podobne pytanie powtarza się często i stale powraca. Razem w parze idzie przykład, że we Włoszech czy Hiszpanii można sprzedawać espresso za 1 euro, a u nas, jak zwykle, drożyzna. Można oczywiście próbować spojrzeć na temat szerzej, inaczej. Że trudno porównywać skalę. Że płaci się i za jakość, i za podanie – miło posiedzieć w ładnym miejscu, napić się z ładnej filiżanki, a nie w biegu z papierowego kubka czy nawet własnego termosu.
No dobrze, pewnie, że miło – ale to kosztuje
I trudno zignorować ten argument. Ludzi może być po prostu nie stać np. na regularne picie kawy w lokalu. Kiedy na randkę idzie para, rachunek jeszcze będzie do przeżycia. Ale czteroosobowa rodzina? Każdy coś bierze, jedzenie i picie, a potem okazuje się, że jednak trzeba było wykorzystać punkty i zjeść w domu, biorąc na wynos ze sklepu pod blokiem. Raz na jakiś czas można sobie pozwolić, ale nie kilka razy w tygodniu. Aplikacja to wie i rozumie, dlatego jest kupon, który już czeka w gotowości. Automat dawno jest rozgrzany.
Nie chodzi wyłącznie o kwestię pieniędzy. Trzeba też do tego miejsca dotrzeć, co w wielu przypadkach może oznaczać konieczność jazdy niezbyt dobrze funkcjonującą komunikacją miejską. Przede wszystkim trzeba znaleźć wolny czas, aby móc w spokoju posiedzieć godzinkę nad filiżanką kawy i z wolną głową przeczytać książkę, nie dając się rozpraszać. Trzeba mieć siłę. To wszystko wymaga pewnej pracy i wysiłku.
Problem jest złożony. Czynników jest wiele, o wielu już dawno powiedziano, a i tak dalej można byłoby nad nimi rozprawiać. Na koniec dojdzie się do banalnego wniosku, że obie strony mają rację. Istotne jest jednak to, w jakim miejscu się znaleźliśmy. Sklepowe aplikacje, oferujące zniżki nawet na tanią kawę, są jakby idealnym dopełnieniem scenariusza. Wszystko prowadziło nas do tego punktu: z ulic znikały charakterystyczne usługi i miejsca, całość zaczęła koncentrować się w rękach nielicznych, największych graczy. Niewiele zostało knajpek czy kawiarni, w których zamówimy to co zwykle, za to przybyło miejsc, z których chwycimy kawę z automatu i odgrzanego placka. Wystawimy telefon, zeskanujemy kod, wpadną punkty. Oto jedyna radość: jeszcze kilka takich zestawów i uzbiera się na darmową rzecz.
To wcale nie tak, że sklepowe aplikacje z programami lojalnościowymi są winne – po prostu wkroczyły na scenę w odpowiednim momencie, zwieńczając dzieło. Są kropką nad i. Spoglądając na nie przychylniejszym okiem można uznać, że są czymś w rodzaju pocieszenia. Idąc do sklepu można rzucić okiem na nowe kupony i nie zauważyć, że w miejsca, w których kiedyś coś było, ciągle są puste. Jeszcze nawet wisi kartka: bar nieczynny na czas remontu. Remont polega na tym, że od lat nic się nie dzieje, ale komunikat wbrew wszystkiemu daje nadzieję. A może robotnicy wrócą, kto wie. Choć może niech nie wracają, niech zostanie tak. Już ja wiem, co może być w zamian.
Jak w przypadku kwiaciarni, która była niedaleko mnie. Właściciele po prostu przenieśli się w inne miejsce, więc nie ma tutaj typowego smutnego zakończenia. Nowym najemcą została firma, która rekrutuje dostawców jedzenia. Można powtarzać jak mantrę, że rynek zadecydował, więc przestań marudzić, tak jest i tyle. Ale co poradzę: szkoda. Szkoda, że w takim miejscu nie powstało coś ciekawego, za to wyrósł punkt, który pozwala rosnąć w siłę aplikacjom i ich właścicielom.
Aplikacje są więc pewnym symbolem. Może nie są odpowiedzialne, po prostu stały się narzędziem, reprezentantem, nazwijmy to, idei. A nieco brzydziej: systemu. Czegoś, co dzieje się wokół nas i pozwala to opisać, ubrać w jakąś formę. To w końcu logiczne: tam, gdzie była kwiaciarnia, popularny sklep z roślinami, gdzie wytworzyła się społeczność, jest punkt rekrutacji dostawców jedzenia zamawianego przez aplikację. Tamto łączyło, to dzieli – bo wszyscy siedzą w domach i zamawiają do siebie. Na swój sposób to ma sens, mówi wszystko. Jak kupon na kawę w aplikacji największej polskiej kawiarni, która kawiarnią nie jest. Przynajmniej nie w znaczeniu, jakie dotychczas obowiązywało i jak chcieliśmy je rozumieć. Ale może to kwestia czasu i lada moment znaczyć już będzie coś innego.
Znamienne, że coraz więcej kawiarni chce odciągnąć użytkowników od telefonów
Kawowi eksperci sugerują nawet, że będzie to jeden z głównych trendów 2026 r. – przychodzisz pić kawę, usiąść, rozgość się, ale odłóż smartfon. Jedna z łódzkich kawiarni organizowała ostatnio godziny bez telefonów, oferując w tym czasie niższe ceny na kawy i herbaty.
Jesteś z nami albo przeciwko nam. Wybór jest prosty i kluczowy, bo rzeczywiście telefony chcą zabrać jeśli nie wszystko, to na pewno bardzo wiele. Jakkolwiek śmiesznie to nie brzmi, to trochę tak przecież jest – chodzi o całkowitą zmianę nawyków, wyobrażeń na temat tego, jak można spędzać wolny czas poza domem, wpływając na to, czy istnieć będą inne miejsca niż duże sieci.
Wpisuje się to też w szerszy trend: ucieczki. Coraz więcej osób wychowanych w świecie technologii wybiera analogowe hobby.
- Z perspektywy psychologicznej wybór bardziej analogowych niż cyfrowych form kreatywnego wyrażania siebie nie jest przypadkowy, dziwny czy niepokojący. Wydaje się, że jest to przede wszystkim odpowiedź na poznawcze przeciążenie technologiczną codziennością i ogromna potrzeba bycia tu i teraz, czasami samemu ze sobą, a czasami z innymi ludźmi – mówiła dr Małgorzata Osowiecka-Szczygieł, psycholożka z Wydziału Psychologii w Sopocie Uniwersytetu SWPS.
Naukowczyni zwraca uwagę, że "kiedy wszyscy są w podobny sposób 'obdarzeni' technologią, przestaje ona być obiektem zazdrości, czymś, przez co można się jakoś wyróżnić czy nonkonformistycznie określić". Co za tym idzie, angażowanie się w życie realne jest formą odpoczynku i regeneracji.
Teoria Odbudowy Uwagi – sformułowana przez parę profesorów psychologii Stephena i Rachel Kaplanów – zakłada, że obserwowanie chmur czy słuchanie odgłosów lasu pomaga nam zregenerować przeciążone technologicznie zasoby uwagi. Badania prowadzone w ich zespole pokazują, że już 30 minut w naturalnym otoczeniu wspiera regenerację uwagi, a regularny kontakt z naturą przynosi wymierne korzyści dla zdrowia i dobrostanu – wskazuje dr Małgorzata Osowiecka-Szczygieł.
Poniekąd brzmi to absurdalnie, bo nie może być coś pomiędzy – trzeba wybierać, albo-albo. Ale nie jest tak dziwne, skoro nawet aplikacja potrzebna jest, żeby wypić tańszą kawę, a wybór ten poniekąd kształtuje całą rzeczywistość (wypiera małe kawiarnie itd.). Pozostaje więc ucieczka. Jak długo jednak będą miejsca, gdzie można przed tym wszystkim się schować?







































