Tech  / Artykuł

Tak to się kończy. Gdy Francja i Hiszpania wyciągnęły rękę po kasę od Google'a, ten podniósł ceny

Picture of the author

Jeśli ktokolwiek ma jakiekolwiek wątpliwości, że pomysł wprowadzenia podatku cyfrowego odbije się nie na Google’u, czy Facebooku, tylko na mediach i małych graczach - pora się tych wątpliwości pozbyć. Za wszystko, jak zwykle, zapłacą konsumenci.

PiS udaje, że walczy z Big Techami. Zamiast tego robi skok na media” - pisała Sylwia Czubkowska w magazynie Spider’s Web+, gdy w ramach protestu większość kanałów telewizyjnych zastąpiły czarne plansze, radia przestały nadawać, a portale wyświetlać reklamy. Był to największy dotąd medialny wyraz sprzeciwu przeciw koncepcji wprowadzenia tzw. „podatku cyfrowego”. Teoretycznie miałby on sprawiedliwie opodatkować Big Techy, które - tak np. jest w przypadku Google’a - aż 80 proc. podatku dochodowego płacą nie w miejscu świadczenia usług, lecz w kraju rezydencji głównej siedziby. W tym przypadku w Stanach Zjednoczonych. Po drodze jednak podatek nałożony zostałby także na media, utrzymujące się ze sprzedaży powierzchni reklamowej. Przemek Pająk w swoim felietonie nazwał ten podatek po imieniu: zamachem na media w Polsce.

Apologeci pomysłu ekipy rządzącej, broniący pomysł wprowadzenia podatku cyfrowego, wskazują przykłady Francji i Hiszpanii, gdzie - ich zdaniem - wprowadzenie podatku cyfrowego sprowadziło wielki dobrobyt, a Google i Facebook posłusznie ugięły się woli rządzących. No tyle, że nie.

Podatek cyfrowy = większy koszt dla mediów i reklamodawców.

Każdy, kto jako-tako orientuje się w rynku cyfrowym, spodziewał się dokładnie tego scenariusza, z którym teraz ma do czynienia Francja i Hiszpania. Nowy podatek cyfrowy wszedł tam w życie z początkiem bieżącego roku i objęte zostały nim firmy internetowe, których łączny globalny dochód przekracza 750 mln euro, a w przypadku Hiszpanii których obrót lokalny dodatkowo przekracza 3 mln euro. Także Google zobowiązany jest płacić 3 proc. dodatkowego podatku od dochodów. I jak można się było spodziewać, gigant błyskawicznie znalazł sposób, by sobie nowy podatek zrekompensować.

Post informujący o podniesieniu opłat za reklamy w Hiszpanii i Francji udostępnił u siebie Adam Jesionkiewicz, założyciel i prowadzący serwisu Astropolis.pl oraz agencji Inventica. Z maila wynika, iż od 1 maja 2021 r. Google będzie podnosił wartość faktury lub wyciągu o 2 proc., czyli o ustawowy koszt operacyjny.

Nie jest to żadne zaskoczenie - niespełna pół roku temu identyczna opłata została wprowadzona w Wielkiej Brytanii, zaś reklamodawcy w Austrii i Turcji płacą o 5 proc. więcej tytułem kompensacji podatku cyfrowego.

Większy koszt dla reklamodawców = większy koszt dla konsumenta.

Podniesienie kosztu reklam o kilka proc. może się wydawać błahe, ale w przypadku biznesów, których głównym źródłem pozyskiwania ruchu są reklamy Google’a, może to być kolosalny koszt. W Wielkiej Brytanii owe 2 proc. zostały oszacowane na jakieś 122 mln GBP. Identyczny krok podjął również brytyjski Amazon, który także podniósł stawki reklamowe o 2 proc.

Jak łatwo się domyślić, skoro reklamodawcy muszą zapłacić więcej za reklamy, to oni również muszą sobie gdzieś ten koszt odbić. A gdzież prościej odbić sobie koszt marketingu, jak podnosząc końcową cenę produktu i przerzucając koszt na konsumenta? Koło się zamyka.

Rządy nakładają podatki na gigantów cyfrowych pod płaszczykiem „walki o poszanowanie praw autorskich” albo „daniny solidarnościowej”, podczas gdy w istocie ograbiony z pieniędzy zostaje konsument końcowy i media/instytucje pomiędzy poborcą podatków a Big Techem. Nie ma cienia wątpliwości, że gdy podatek cyfrowy zostanie wprowadzony w Polsce (bo to już kwestia nie „czy?” tylko „kiedy?”), Google nałoży podobną opłatę i u nas, a po nim zrobi to także Amazon, który dzisiaj oficjalnie otworzył swój polski oddział e-commerce.

Żeby nieco urealnić tę sytuację, można posłużyć się przykładem podatku od foliówek. W 2017 r. wprowadzono tzw. opłatę recylingową, która zakładała opodatkowanie plastikowych reklamówek o konkretnej wielkości po 25 gr. od sztuki. Prawo miało rzekomo służyć ochronie środowiska i ograniczeniu śmieci. Tymczasem wielkie dyskonty najzwyczajniej w świecie przeniosły koszt na konsumenta, a reklamówki podrożały o te 25 gr. albo nawet więcej. Kolejne sklepy wynajdywały też kreatywne sposoby na pominięcie przepisów, pogrubiając swoje reklamówki powyżej opodatkowanego progu grubości i reklamując je jako „wielorazowe”.

We wrześniu 2019 r. Resort Środowiska zaktualizował opłatę recyclingową, obejmując nią bezwarunkowo wszystkie reklamówki foliowe prócz tzw. „zrywek”. Efekt? Reklamówki w sklepach znów podrożały, ich sprzedaż nie zmalała, środowisko nie jest ani odrobinę bardziej chronione, ale grunt, że hajs się ministerstwu zgadza.

Google proponuje alternatywę.

W najnowszym wpisie na oficjalnym blogu Google, gigant tłumaczy sytuację podatkową i zachęca do pracy nad międzynarodową reformą podatkową, która pozwoliłaby Big Techom zmienić rozkład opłacanych podatków, przenosząc ich więcej z kraju rezydencji do kraju świadczenia usług. Tym sposobem wilk byłby syty i owca cała - budżety poszczególnych krajów zasiliłby większy podatek od gigantów cyfrowych, a giganci cyfrowi nie musieliby płacić podatku dwa razy. Tak przynajmniej przekonuje w swoim wpisie Karan Bhatia, Wiceprezes Google’a ds. Rządowych i Polityki Publicznej, jednocześnie karcąc rządy za brak chęci współpracy:

Wobec braku wielostronnego konsensusu wszyscy byliśmy w ostatnich latach świadkami wzrostu podatków nakładanych na przedsiębiorstwa zagraniczne. Najbardziej widoczny jest wzrost liczby przypadków wprowadzania tzw. „podatków od usług cyfrowych”, które mają na celu uzyskanie wpływów od niewielkiej grupy firm, ściśle zdefiniowanych na podstawie progów przychodów i modeli biznesowych.

To selektywne podejście wywołało napięcia między Stanami Zjednoczonymi a niektórymi spośród ich partnerów, popychając kraje w kierunku sporów handlowych, które mogą jeszcze bardziej zaszkodzić gospodarkom znajdującym się w niepewnej sytuacji.

Niektóre z rządów nakładających te podatki twierdzą, że te nowe daniny pomagają budować platformę dla szerszej międzynarodowej reformy podatkowej. Jednak te podatki od usług cyfrowych komplikują wysiłki zmierzające do osiągnięcia zrównowa­żo­nego porozumienia, które będzie korzystne dla wszystkich krajów – są to po prostu roszczenia do dochodu, który w przeciwnym razie byłby opodatkowany w USA. Zachęcamy te rządy do wycofania tych podatków, które są w istocie cłem – lub przynajmniej do zawieszenia ich na czas trwających negocjacji.

Trudno nie przyznać Google’owi racji w tym sporze. Problem „niesprawiedliwego” opodatkowania gigantów wynika w znacznej mierze z archaicznego systemu podatkowego, który nie przewiduje rozległej, międzynarodowej działalności danego podmiotu. A w efekcie każdy taki podmiot płaci lwią część podatku w kraju swojej rezydencji. Jak słusznie zauważa jednak Bhatia, wymaga to ścisłej współpracy rządów i pójścia na ustępstwa, bo tak samo jak np. Google i Amazon płaciłyby więcej podatku w Europie, a mniej w Stanach Zjednoczonych, tak europejskie firmy płaciłyby w Europie mniejszy podatek, a większy w Stanach. A na to nie każdy chce przystać, więc dopóki negocjacje trwają, kraje nakładają tymczasowo drugi podatek, który nie dość, że nie jest w smak Big Techom, to jeszcze po drodze zagarnia pieniądze od mniejszych podmiotów - np. od mediów.

Nie ulega przy tym wątpliwości, że uregulowanie big-techowych monopoli jest konieczne, jeśli nie chcemy zgodzić się na dyktat zakazów i nakazów w nich panujących, bez możliwości skorzystania z realnej alternatywy. Patrząc jednak na to, kto na próbach tej regulacji najbardziej obrywa, wprowadzanie podatków cyfrowych nie jest najszczęśliwszą formą walki z Google’em, Facebookiem czy Amazonem.

*Grafika wyróżniająca: NextNewMedia / Shutterstock.com

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst