Foto  / Felieton

Czym jest pełna klatka i dlaczego nadal nie jest standardem?

164 interakcji
dołącz do dyskusji

W tym roku minęło 13 lat od chwili kiedy powstała pierwsza pełnoklatkowa lustrzanka oraz okrągłe 10 lat, od kiedy ta mityczna matryca trafiła do aparatu przystępnego cenowo. Dziś pełnoklatkowe aparaty są tańsze niż kiedykolwiek, a mimo to nie wychodzą z niszy. Czy rynek przespał swoją szansę? Czy to smartfon okaże się Dawidem, który pokona pełnoklatkowego Goliata?

Zacznijmy od początku. Czym właściwie jest pełna klatka?

Pełna klatka to pewna wielkość matrycy. Mowa tu o wielkości fizycznej, czyli parametrze, który w marketingowym przekazie zupełnie zanikł. Wojna na megapiksele doprowadziła do tego, że przeciętny użytkownik porównuje aparaty wyłącznie pod względem rozdzielczości matrycy (w megapikselach), a nie jej wielkości (w milimetrach). To niestety zupełnie niemiarodajne porównanie.

Pełna klatka to określenie specyficznego rozmiaru matrycy światłoczułej w aparacie. Jest to sensor o wielkości dokładnie takiej, jak jedna klatka kliszy analogowej w najpopularniejszym standardzie 35mm. Taka matryca ma dokładnie 36x24 mm wielkości.

matryca

To zabawne, bo w erze analogowej wspomniany wyżej standard nosił nazwę „małego obrazka”. Z wyłączeniem zastosowań reporterskich, gdzie liczył się mały rozmiar aparatu, był on przeznaczony głównie…. dla amatorów. Zaawansowani fotografowie i profesjonaliści marzyli o średnim, bądź wielkim formacie, które miały znacznie większe powierzchnie pojedynczej klatki. „Średniak” przeważnie oferował rozmiar 6x6 cm, a wielki format zaczynał się od 4x5 cali, choć klatka równie dobrze mogła mieć 8x10 cali.

„Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”

To pokazuje, w jak wczesnym etapie rozwoju jest współczesna technologia. Dziś potrafimy wyprodukować na masową skalę co najwyżej matrycę średnioformatową, a raczej jej substytut o zaniżonym rozmiarze. Mimo to ceny cyfrowych aparatów z takim rozmiarem sensora zaczynają się od ok. 40 tys. zł.

W obliczu tak wysokich cen aparatów średnioformatowych, obecnie to pełna klatka jest świętym Graalem większości fotografów. Ceny takich konstrukcji zaczynają się od ok. 8 tys. zł, a w przypadku używanego sprzętu można zejść nawet poniżej 5 tys. zł. To już w pełni akceptowalny próg, na który bez trudu „wespnie się” każdy profesjonalista, jak i wielu pasjonatów fotografii.

Dawid i Goliat

Żeby zdać sobie sprawę z zalet pełnej klatki, warto zestawić ją z rynkowym standardem. W dzisiejszych czasach jest nim bez wątpienia aparat smartfona, przynajmniej w ujęciu ilościowym. Dzisiejszym standardem na rynku fotografii mobilnej są matryce o rozmiarze… paznokcia na małym palcu. A to i tak wielki sukces branży, bo kilka lat temu było jeszcze gorzej. Na tę chwilę najlepszymi fotosmartfonami są iPhone 6 i Samsung Galaxy S6. Matryca pierwszego ma 4,9 x 3,7 mm, a drugiego – 5,3 x 4 mm. Zestawienie tego rozmiaru z pełną klatką widać na poniższej grafice.

pelna klatka

Większość osób uzna, że jakość zdjęć z iPhone’a 6 i Samsunga Galaxy S6 jest świetna. Przewaga pełnej klatki jest jednak druzgocząca.

Skoro malutkie matryce montowane w smartfonach oferują tak wysoką jakość, to co dopiero musi potrafić pełna klatka?

Tu dochodzimy do sedna. Technologia matryc światłoczułych jest już rozwinięta do tego stopnia, że nawet miniaturowe matryce smartfonów dają przyjemny obrazek w ciągu dnia. Warunkiem jest jednak scena, gdzie mamy dużo światła, np. słoneczny dzień. Niestety jakość zdjęć ze smartfonów drastycznie spada, kiedy światła brakuje. Aby się o tym przekonać, wystarczy zrobić zdjęcie w pomieszczeniu, na wieczornym plenerze, czy w nocy. Tam, gdzie smartfon kompletnie zawiedzie, pełna klatka dopiero zaczyna się rozkręcać.

Na lepszą jakość składa się kilka czynników. Po pierwsze są to o wiele mniejsze szumy. Nawet jeśli na pełnoklatkowej matrycy pojawi się cyfrowe ziarno, to będzie ono miało przyjemną strukturę dodającą zdjęciu charakteru. Na smartfonie szumy przyjmują postać kolorowych plam i artefaktów, co jest nie do przyjęcia. Po drugie, większa matryca ma większą rozpiętość tonalną, a to oznacza, że m.in. nie będzie przepalać nieba. Tyczy się to także głębi kolorów. Po trzecie, duża matryca pozwala na łatwiejsze rozmywanie tła. Wystarczy dużo słabszy (w znaczeniu – ciemniejszy) obiektyw, by ładnie rozmyć tło. Z kolei jasne szkiełka pokazują w portrecie, co znaczy bokeh.

Te trzy zmiany są widoczne od razu, choć pełna klatka ma znacznie więcej przewag nad małymi matrycami.

13 lat, 4 firmy

Obecnie aparaty z matrycą pełnoklatkową produkują tylko cztery firmy. Są to Canon, Nikon, Sony oraz Leica. Canon i Nikon umieszczają pełne klatki w lustrzankach, Sony w lustrzankach, bezlusterkowcach oraz w jednym kompakcie, a Leica w dalmierzach, choć niedawno również zdecydowała się na kompakt z pełną klatką.

Pierwsze cyfrowe pełne klatki pojawiły się w 2002 roku. Były to eksperymenty Kodaka (DCS Pro 14n), Contaxa (N Digital) i Canona (EOS-1Ds). Tylko ta ostatnia firma utrzymała swoją pozycję do dziś. Do wyścigu o pełną klatkę Nikon dołączył znacznie później, bo dopiero w 2007 roku, wraz z modelem D3. Sony weszło na ten rynek rok później, pokazując lustrzankę A900. Z Leicą sytuacja jest o tyle ciekawa, że pierwszy cyfrowy dalmierz (Leica M8) miał matrycę APS-H, a dopiero Leica M9 zaprezentowana w 2009 roku miała pełną klatkę.

Wszystkie wymienione wyżej aparaty w momencie premiery mogły wzbudzać zachwyt, ale i opad szczęki, tuż po spojrzeniu na cenę. Pełna klatka mogła wejść pod strzechy dopiero w 2005 roku, kiedy ten format matrycy zszedł do niższej, półprofesjonalnej półki. Miało to miejsce równo 10 lat temu, poprzez aparat Canon EOS 5D.

Jak to możliwe, że po 10 latach pełna klatka nie jest rynkowym standardem?

Dziś aparat z pełnoklatkowym przetwornikiem jest bardziej przystępny, niż kiedykolwiek. Mimo wszystko pułap cenowy na poziomie ok. 7-8 tys. zł za aparat z obiektywem to wydatek, który może ponieść tylko największy pasjonat fotografii, bądź profesjonalista żyjący ze zdjęć. To właśnie cena sprawia, że pełna klatka nie jest standardem.

Cena wynika w głównej mierze z kosztów produkcji. Mówi się, że wyprodukowanie matrycy pełnoklatkowej jest ok. dziesięciokrotnie droższe od produkcji sensora APS-C, który obecnie dominuje wśród lustrzanek.

Obawiam się, że rynek przespał szansę na standaryzację pełnej klatki

Nawet jeśli nastąpi przełom w kosztach produkcji matryc, to proporcjonalnie potanieją też mniejsze sensory. Z kolei współczesne „maluszki” zadowalają już jakością większość amatorów fotografii. A trzeba pamiętać, że matryce są z roku na rok coraz lepsze, więc smartfony nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa. Jeśli osiągi w słabym świetle się poprawią, być może smartfon kompletnie wyprze amatorskie aparaty fotograficzne. Po części już to się dzieje, co widzimy poprzez umierający rynek kompaktów.

Jakość zdjęć nigdy nie zadowoli jednak bardziej świadomych fotografów, dlatego warto patrzeć szerzej i wyjść poza ramy fotografii mobilnej. Pełna klatka cały czas może odnieść sukces na półce zaawansowanej. Jeśli cena takiego aparatu obniży się do 3-4 tys. zł, jest szansa, że pełnoklatkowa matryca zdominuje aparaty z wymienną optyką. Mielibyśmy wówczas całkowitą polaryzację rynku. Z jednej strony, konstrukcje „wszystko-w-jednym”, czyli smartfony, a z drugiej, zaawansowane i bezkompromisowe aparaty z wymienną optyką i dużą, pełnoklatkową matrycą. Na taki rozwój sytuacji czekam.

W takim świecie Dawid mógłby funkcjonować na równi z Goliatem.

*Zdjęcie w nagłówku: Shutterstock.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst