SW+

Nie żyjemy w globalnej wiosce, tylko w globalnej fabryce. Za darmo pracujemy i jeszcze się cieszymy

Zamiast tłustych kapitalistów z cygarem w ręku, zapędzających dzieci do pracy w fabrykach, mamy globalne, cyfrowe platformy. A my wszyscy pracujemy na ich rzecz za darmo i jeszcze się z tego cieszymy. „Kapitalizm sieci” przekonuje, że nie żyjemy w globalnej wiosce, tylko w globalnej fabryce sieci. 

To nie jest książka popularnonaukowa ani erystycznie skonstruowana opowieść pełna zabawnych anegdot o tym, jak rozwija się technologiczny biznes, ilu przyjaciół nie stracił Zuckerberg w drodze do zostania prezesem Facebooka, ile milionów nie wydał Musk na swoje kolejne fanaberie czy ile godzin nad dopieszczaniem produktu nie spędził Bezos. To nie jest też socjologiczna analiza sztuczek, które stosują kolejne cyfrowe wynalazki, by przekonać nas do siebie. 

Jan J. Zygmuntowski w „Kapitalizmie sieci” pokusił się o zupełnie inne podejście w opisie cyfrowej rewolucji. Do tematu podszedł z ekonomicznym zacięciem, w którym nie ukrywa swojej głębokiej krytyki wobec BigTechów. Zresztą od kilku lat coraz powszechniej cyfrowe platformy od Facebooka, przez Amazon i Google, po Uber i AirBnB w miejsce zachwytów budzą raczej strach przed tym, jak bardzo się rozrosły. I jak w imię dalszego rozwoju drapieżnie przejmują kolejne rynki. 

Pod tym względem Zygmuntowski nie różni się od grona głośnych, mocno technosceptycznych analityków: Shoshany Zuboff, Davida Harveya czy Cathy O’Neil. Krytyka funkcjonowania, zarabiania i zatrudniania pracowników w wykonaniu globalnych technologicznych firm jest już dziś właściwie stałym elementem publicystyki związanej cyfryzacją. Czasy optymistycznych zachwytów nad kolejnymi aplikacjami i flagowcami raczej bezpowrotnie minęły. W ich miejsce trwa festiwal rozliczania firm, które na cyfryzacji skonstruowały swoje modele biznesowe. I na tym też skupia się autor. 

Skupia się też na ekonomicznej analizie nowego modelu kapitalizmu, w jakim, jego zdaniem, przyszło nam dziś żyć. Ten „kapitalizm sieci” jest systemem, w którym rolę nisko opłacanych robotników przejęli użytkownicy pracujący wręcz za darmo, tworząc „user generated content” na rzecz wielkich, tłustych kapitalistów, czyli cyfrowych platform. Według autora „platformy cyfrowe są rentierami sieci. Osiągają zysk, przechwytując wartość za samą możliwość korzystania ze swojej przestrzeni i pośredniczenia w komunikacji. Czerpią zatem jednocześnie strumień dochodu kapitalistycznego (zysku) bezpośrednio z wypracowanej wartości dodatkowej oraz rentierskiego (renty) – pochodzącego z efektu sieciowego swojej pozycji”.

Ten fragment książki doskonale oddaje ducha całej publikacji. Ciekawej jako specjalistyczny głos w dyskusji o regulacji nowego rynku, ważnej dla zrozumienia ekonomicznych mechanizmów cyfrowej gospodarki, szczegółowo analizującej mechanizmy, jakie się w niej pojawiają. Ale jednak mocno hermetycznej. Bardziej dla ekonomistów niż czytelników szukających przewodnika po zmieniajacącej się wokół nas gospodarce.

„Kapitalizm sieci”, Jan J. Zygmuntowski, Warszawa 2020. Wydawnictwo Roz:Ruch.
Książka dostępna w wersji papierowej i jako e-book.

– Czekam na bunt sztucznej inteligencji. To nie będzie jednak bunt samej AI, jak w filmach science fiction, tylko bunt budowniczych AI – mówi Jan J. Zygmuntowski, tłumacząc, że choć są specjalistami, to wcale nie zostali beneficjentami cyfrowej gospodarki. Tylko co najwyżej współczesnymi budowniczymi piramid. A to właściciele wielkich technologicznych platform czerpią zyski z rewolucji, którą przyszło nam obserwować.

„Kapitalizm sieci” – taki tytuł książki wskazuje, że mamy do czynienia z jakimś zupełnie nowym kapitalizmem. Tylko czy on jest naprawdę nowy? Przecież wszystkie podstawowe zasady, które sobie wypracowaliśmy w ciągu tych prawie dwóch wieków kapitalizmu, pozostają aktualne.

Jan J. Zygmuntowski*: Naukowo powinniśmy mówić o kapitalizmie kognitywnym, czyli takim, który koncentruje się na wydobywaniu informacji i waloryzuje informacje wyżej niż aktywa materialne. Przechwytywanych jest coraz więcej informacji i danych z naszych mózgów. Kiedyś nie miały one większego znaczenia. Znaczenie miał pracownik obsługujący maszynę siłą swoich mięśni. A dziś kapitalizm te informacje zamienia w towary. I to nie są tylko rozbudowane informacje, jak patenty: korzysta się z każdej sekundy naszej obecności w cyfrowych platformach. One są wszechobecne i zbierają dane non stop. Nawet jeśli zalążek tego systemu istniał już kiedyś, to teraz rozrósł się na całą naszą rzeczywistość.

Kiedy mówisz o tym, że dane stały podstawową wartością, to przypomina mi się takie już wyświechtane hasło, które zaczęło robić karierę jakąś dekadę temu: „dane są ropą naftową XXI wieku”. 

Wyświechtane i tak naprawdę nieprawdziwe. Dane nie są żadną ropą, bo ropa to jest jednak surowiec naturalny, produkowany przez środowisko. Natomiast dane są efektami konkretnej pracy ludzi. Wykonujemy pracę informacyjną przez odbiór komunikatów, przetwarzanie ich, komunikowanie nowej wersji i jeszcze angażowanie się emocjonalnie w ten przekaz. One nie biorą się znikąd i nic nie kosztują. Wręcz przeciwnie: bardzo dużo kosztują. Przecież musimy się jako społeczeństwo regenerować – mieć zdrowy umysł, być wyspani, mieć odpowiednią edukację, wykształcenie, żeby pewne dane dostarczyć. Musimy poświęcić czas, żeby obrobić ładne zdjęcie i wrzucić je na Insta. To wymaga konkretnej pracy, a ta praca jest darmowa – w sensie nieopłacona – i na niej powstają fortuny. 

Klasyczna teoria kapitalizmu zakłada, że jest grupa podmiotów posiadających kapitał, z którego czerpie korzyści i jest znacznie większa grupa pracowników pracująca na tę wąską grupę. To jak mamy w kapitalizmie sieciowym? Użytkownicy to nowi robotnicy, a platformy sieciowe to dawne wielkie fabryki? 

Dokładnie. W pierwszym etapie kapitalizmu kognitywnego towary informacyjne były trochę bardziej złożone. To były innowacje, patenty, skomplikowana własność intelektualna, np. utwory muzyczne. Wtedy pierwszymi kapitalistami kognitywnymi były przede wszystkim wielkie studia muzyczne i filmowe jak Disney czy Warner Bros i pierwsze wyrastające 30-40 lat temu technologiczne korporacje jak IBM czy Microsoft. Stopniowo okazało się jednak, że im bardziej rozwiniętą technologię mamy, tym większe znaczenie ma posiadanie dużej sieci do pozyskiwania nowych pokładów darmowej pracy. Zamiast zatrudniać kolejnych pracowników do klepania kodu zaczęło się wrzucanie zadań na darmową platformę, a ludzie sami nawet nie zdając sobie z tego sprawy, w teoretycznie wolnym czasie generują strumienie danych. 

Co więcej: cieszą się z tego.

Myślą, że się bawią, tylko że tak naprawdę pracują, bo ktoś ostatecznie na tym zyskuje. A jako że pieniądze nie są nieskończone, to jedni zyskują tyle, że mają multimiliardowe fortuny. Platformy okazały się być najskuteczniejszym sposobem do funkcjonowania i zarabiania w kapitalizmie kognitywnym. Nowoczesny przedsiębiorca egoistycznie wykorzystujący sieć jest takim surferem, który nie tworzy fali przedsiębiorczości. Tę falę tworzy społeczeństwo, a on tylko musi być na szczycie fali i wtedy jest się w stanie cały czas na niej unosić. To nieopłacana praca nas wszystkich unosi tego przedsiębiorcę.

Edward Tufte, amerykański politolog i specjalista od badań danych, kiedyś podsumował gorzko: «Są tylko dwie branże, które mówią o swoich klientach per „użytkownik” (z ang. user): dilerzy i biznes technologiczny».

Pamiętam, że Palihapitiya, dyrektor i inżynier z Facebooka, wprost powiedział: „niszczymy społeczeństwo, bo zainstalowaliśmy ludziom dopaminowe sprzężenie zwrotne, które nakręca nas do szaleństwa”. Nie buntujemy się przeciwko temu nowemu wyzyskowi, bo zostaliśmy od niego uzależnieni. Znajdujemy się w takim punkcie cywilizacji, że możemy poświęcać czas i być pracownikami nieopłacanymi, bo mimo wszystko jest jakaś żywność, działa państwo i system opiekuńczy. Tyle że to wszystko jest coraz słabsze. Po pierwsze, giganci robią wszystko, by płacić jak najmniejsze podatki lub nie płacić ich w ogóle. Im są więksi, tym większa jest luka budżetowa. Jeśli spojrzymy na lukę CIT w Polsce, to ta część, która ucieka za granicę, rośnie. A przecież z podatków finansowany jest system ochrony zdrowia, edukacji, wsparcia dla rodzin. Bez nich koszt reprodukcji społeczeństwa będzie wyższy, ale zaczną się też poważne społeczne problemy. Co zresztą już widać w Stanach Zjednoczonych, gdzie drastycznie rośnie liczba samobójstw i depresji, a ostatnie zamieszki wskazują na początek wojny domowej. 

Ale nie możemy za to wszystko odpowiedzialnością obarczać kilka największych cyfrowych firm. 

Ich jest coraz więcej, a niektóre, jak Uber, są dodatkowo bardzo drapieżne i gotowe przewrócić całe lokalne branże w imię własnego zysku. Widzimy kolejne zapędy, pojawia się np. wielu chętnych do wejścia w e-zdrowie. A przecież technologie mogłyby nam posłużyć do wspaniałych rzeczy. Gdybyśmy wykorzystali potęgę danych i współpracy ludzi, to moglibyśmy tworzyć faktycznie ważne innowacje. Nie takie skierowane na dopasowanie fotela w Porsche do potrzeb ciała kierowcy – dwa lata temu na WebSummit usłyszałem, że trwają prace nad aplikacją, która zapamiętuje ułożenie fotela w aucie – tylko do wykrywania raka i wspomaganych terapii. 

Tyle że obiektywnie żyje nam się łatwiej. W dużej części również dzięki tym cyfrowym platformom, które czasem nie rozwiązują globalnych problemów, ale po prostu sprawiają, że jest nam łatwiej i przyjemniej. Pozwalają na szybsze zakupy, kontakt z bliskimi z drugiej części świata, zapewniają zróżnicowaną rozrywkę. Korzystamy z tych udogodnień, a potem wieszamy psy na firmach. Wspomniałeś Uber – przecież to był świetny pomysł. Połączyć kierowców z pasażerami! Niech się prywatne samochody, czyli kapitał, nie marnuje, stojąc w garażach.

Google miał w swoim credo: „nie być złym” i wycofał się z niego po kilku latach. Uber? Spójrzmy, jak się te piękne plany skończyły. W Stanach 60 proc. kierowców tej firmy są stałym pracownikami, a nie osobami, które dorywczo dorabiają. To po prostu taksówkarze uzależnieni od aplikacji. Co więcej, pozostałe 40 proc. kierowców robi to z doskoku, realizując tak naprawdę drobny procent wszystkich przejazdów Ubera. Więc „nie marnuje się” to przykrywka dla spychania odpowiedzialności i kosztów na pracownika czy użytkownika.

Czyli rzeczywistość zweryfikowała te piękne plany. Tak krytykujemy platformy, ale właściwie to może my sami zniszczyliśmy ich wspaniałe idee? Okazaliśmy się do nich niewystarczająco dostosowani?

„Dostosowani” to dobre słowo. Nie usługi mają się dostosowywać do ludzi, tylko ludzie do usług – tak właśnie kombinują potęgi z Doliny Krzemowej i zaczynają zmieniać algorytmami nasze myślenie. To brzmi jak odbicie lustrzane tego, co radzieccy generałowie myśleli o rzeczywistości: ludzie nie byli gotowi na nasz system, będący wypaczeniem socjalizmu, w związku z czym musimy zacząć kształtować nowego człowieka. To jest właśnie ideologia Doliny Krzemowej – narzucanie i manipulowanie nieprzejrzystymi „czarnymi skrzynkami” algorytmów, aby wycisnąć z nas więcej wartości. Zamiast pozwolić ludziom oddolnie wyrażać swoje opinie i budować zrównoważone modele platformowe kooperatywy pokazują, że się da. 

Czyli?

Cyfrowe spółdzielnie. Są platformy dla artystów, dla samorządów, platformy współpracy dla pracowników, którzy na przykład są kurierami. Jest taka sieć międzynarodowa, nazywa się Coop Cycle, spółdzielnia dostawców jedzenia. Dostęp do niej udostępniany na licencji, która nazywa się Coopyleft. Licencja, aplikacja, oprogramowanie jest za darmo, o ile będziesz się trzymał zasady spółdzielczej. 

Polacy próbowali to zrobić w pandemii, nazywali się Zentrale, ale niestety to ciągle nierówna walka z potęgą marketingu i zatrudniania imigrantów w nieludzkich warunkach. Widzimy, kto jeździ, chociażby w Warszawie, na Uber Eats: wyłącznie pracownicy z zagranicy, którzy są w stanie za głodowe stawki mieszkać po kilka osób w jednym mieszkaniu, bo każdy dolar, który wyślą do swojej rodziny, jest na wagę złota. To tu kryje się często cała magia innowacji. W omijaniu prawa, niezapłaconych podatkach, darmowej pracy użytkowników. Następnie wszystko jest sprytnie malowane w „mamy AI, blockchain, IoT”, a ludzie przekonywani, że całość napędza mocą geniusza jakiś inżynier. Tyle że tak naprawdę jest napędzane mocą naszej nieopłacanej pracy. 

Pracy, jak piszesz, globalnej „wirtualnej armii pracowników”.

Armia, która w pandemii szczególnie rośnie i na której wyraźnie widzimy, jak zaczyna funkcjonować cyfrowy tayloryzm. Prawie sto lat temu Fryderyk Taylor badał, jak sprawnie pracują pracownicy, stojąc nad nimi ze stoperem. Już wtedy Kongres USA uznał, że takie zachowanie łamie dopiero raczkujące prawa pracownicze. A dziś pozwalamy na to, by podobny nadzór nad nami stosowano za pomocą nowych technologii. I nie tylko w magazynach Amazona. Jeśli jesteś pracownicą albo pracownikiem biurowym, nawet możesz być informatykiem, to i tak cyfrowy tayloryzm cię dotknie. Ta książka powstawała przez parę lat i pewnych obrotów spraw sam się tak szybko nie spodziewałem. Nagle w pandemii dowiadujemy się, że nasza ulubiona aplikacja do telekonferencji, czyli Zoom pozwala nagrywać pracowników. Co więcej, są specjalne aplikacje, które mierzą, jak porusza się kursor myszki i tym samym można pilnować, by pracownik zdalnie cały czas pracował. 

Tylko czy to jest faktycznie zjawisko związane z platformami? Może to raczej kwestia braku wypracowanych nowych mechanizmów pracy zdalnej: kontroli, motywowania. Nawet jeśli telepraca w pewnych środowiskach funkcjonuje od kilku lat, to nadal było za mało czasu na opracowanie uniwersalnych modeli. Wszyscy się ich dopiero uczymy. 

Cóż, po prostu kapitalizm jest systemem, w którym konsekwentnie musisz niszczyć podmiotowość pracowników, bo tylko wtedy będą wykonywać twoje rozkazy i pozwalać na nierówny podział zysków z postępu technologicznego. 

Ale nasi czytelnicy będą hejtować taką marksistowską krytykę kapitalizmu. 

Tyle że tak właśnie jest. Tworząc warunki wiecznego nadzoru, niszczy się podmiotowość ludzi. W spółdzielniach cyfrowych coś takiego by po prostu nie przeszło. 

Ale mówisz o wąskim kawałku świata. Fajnym, ale idealistycznym. Przecież nie każdy rynek i nie każda branża da się zarządzać w ramach spółdzielni. 

Od tego są więc prawa pracownicze, które powinny zabezpieczać także cyfrowe prawa człowieka.

Polski kodeks pracy pochodzi z połowy lat 70. Pisano go w środku PRL-u, gdy jeszcze nikomu nie śnił się taki internet, jak dzisiaj. 

Stąd właśnie potrzeba opracowania nowych, całościowych cyfrowych praw człowieka. Pomagających kontrolować wpływ platform na życie ludzi, ale także działających na niższym poziomie – firm bezpośrednio wykorzystujących technologie do inwigilacji pracownika. Zrozumieliśmy już wagę prywatności, czego dowodem jest RODO, teraz czas na dalsze kroki, które powstrzymałyby dalszy proces zaognianiania nierówności, bo te ostatecznie prowadzą do wielkiego wyrównywacza. Wojen, rewolucji albo innego rodzaju ogromnych tragedii społecznych. 

Mówisz o nierównościach i dlatego przywołam dane, jakie podajesz w książce na dowód tego problemu. Przez ostatnie 40 lat 50 proc. społeczeństwa skorzystało z 9 proc. wzrostu, a ten mityczny jeden procent już z 28 proc. Skąd tak wielkie nierówności w podziale dóbr? Przecież co jak co, ale ostatnie dekady to ciągłe maglowanie tematu równości społecznej.

Europa szczęśliwie jeszcze nie jest aż tak tragicznym miejscem, jak Stany. Tam od dawna – przynajmniej wśród ekonomistów, którzy mają głowę na karku – mówi się, że system jest na krawędzi upadku. Poziom nierówności jest tak wysoki, że za chwilę ludzie nie będą już mieli powodu, by przestrzegać jakichkolwiek praw. Prościej będzie wziąć kij baseballowy i zacząć niszczyć wszystko wokół. I to już widzimy na żywo. 

Są dwa główne powody tego stanu. Po pierwsze neoliberalizm gospodarczy, który objawia się ogromnymi zwolnieniami podatkowymi i ulgami skierowanymi do najbogatszych. Mamy firmy, które wypłacają ogromne dywidendy swoim właścicielom, a zarazem dostają jeszcze prezenty od państwa w postaci różnego rodzaju ulg podatkowych albo specjalnych dopłat za inwestycje, darowizn, zwolnień. Tak było, gdy Amazon szukał nowego miejsca na swoją siedzibę. Miasta amerykańskie wręcz prześcigały się w obietnicach prezentów i zwolnień podatkowych. Skala tego rodzaju prezentów i rozdawnictwa jest dużo większa niż narzędzi socjalnych, np. zasiłków dla najbiedniejszych. 

Spójrzmy, jak działa Walmart. Ten trzeci największy pracodawca świata, zaraz po armii amerykańskiej i armii chińskiej, zatrudnia łącznie ponad dwa miliony pracowników, jest też największym beneficjentem amerykańskiego federalnego programu kartek dla najuboższych (kartek z żywnością). Czyli ogromna, bogata korporacja dostaje de facto subsydia od rządu.

Drugim powodem tego stanu jest transformacja systemu, której doświadczamy. Czyli właśnie ten proces korzystania za pomocą narzędzi cyfrowych z darmowych danych, pracy i wiedzy, by wytworzyć płatne produkty. W efekcie mamy zachwianie równowagi. Dla przykładu: w kancelariach prawnych partnerzy zarabiają astronomiczne kwoty, przy czym dużą część pracy za nich wykonują juniorzy. To taki model: „wklep mi dwa akapity tekstu, znajdź przykład wyroku, to się wrzuci, sklei, dołoży jakiś paragraf”. I na końcu supergwiazda przychodzi do klientów i zgarnia ogromny bonus. Kiedyś jeszcze miało to uzasadnienie, bo wiedzę nabywało się bardzo długo, były całe systemy uczenia zawodu: mistrz, czeladnik, praktykanci. W kapitalizmie kognitywnym, gdzie tę wiedzę można dzielić, zapisywać na komputerze, przesyłać, korzystać z algorytmów do jej odszukiwania, mamy ogromny rozstrzał między zarobkami supergwiazd i reszty pracującej na ich sukces.

Wytłumaczmy to na konkretnym przykładzie. Mamy techbracholi, gwiazdy z Doliny Krzemowej, zarabiające w ciągu roku średnią 10 lat amerykańskich pensji. Przez to jak zarabiają, podbijają ceny nieruchomości w okolicy tak, że klasy średniej nie stać już, by mieszkać w tamtym rejonie.

Dokładnie. I niech żaden polski informatyk nie myśli sobie teraz: „o, to totalnie jestem ja”. Nie, to nie jesteś ty. To jest gość, który zostaje zatrudniony, ponieważ jest znany na rynku z tego, że jest znany, świetny, skończył odpowiednią szkołę, trafił na odpowiednich ludzi, gdy tylko startował na rynek pracy. Dzięki temu zostaje dyrektorem do spraw czegoś tam, dostaje od razu nie tylko ogromną pensję, ale także pakiet udziałów i jemu zależy tylko na tym, by jego firma jak najszybciej rosła, bo dzięki temu jego udziały będą warte miliony. 

Mówisz o nich jak o rekinach kapitalizmu, a przecież większość twórców technologicznych biznesów ma liberalno-lewicowe korzenie. To nie są tacy XIX-wieczni kapitaliści z cygarem, zapędzający do pracy w fabrykach dzieci. Mają piękne idee. Co się takiego stało, że te idee nie zostały przekute na rzeczywistość?

Sporo platform cyfrowych powstało, ponieważ kapitał finansowy, który się wyzwolił w latach 90. spod różnych regulacji, szukał miejsca, gdzie mógłby się bezpiecznie pomnażać. Nawet bańka dotcomów z przełomu XX i XXI wieku, która teoretycznie ostudziła nastroje wokół cyfrowej gospodarki, ostatecznie tylko zweryfikowała to, w co warto inwestować w tych technologiach. Kapitał finansowy rzucił się więc na platformy, doskonale przewidując, że one pozwolą nie tylko na duże zwroty inwestycji, ale także wytworzą usługi, które będą generować przywiązanych klientów. Co więcej, wytworzyły też całą kulturę pracowniczą, pracującym w nich inżynierom wmówiono „jesteście super, dostaniecie swoje co-worki, elektryczne hulajnogi i dzięki temu jesteście nową superklasą”. A to zupełnie jak w predykcji Daniela Bella, socjologa, który już w latach 60. poprzedniego wieku pisał, że przyszły konflikt będzie konfliktem między profesjonalistami a populistami.

Tyle że jak sam wyjaśniał, to jest konflikt fasadowy, za którym tli się realny konflikt klasowy. Profesjonalistów obrzuca się jakimiś paciorkami, żeby myśleli, że od nich wszystko zależy. A tak naprawdę decyzyjni są właściciele kapitału. Kognitariat jest zaś dziś tymi starożytnymi budowniczymi piramid, którzy najwięcej pracują, by wcale z tego nie skorzystać. W zrozumieniu tego, moim zdaniem, tkwi prawdziwy sens filmów science fiction o buncie sztucznej inteligencji. To nie będzie bunt AI, tylko bunt budowniczych AI.

Porzucą lukratywne posady i e-hulajnogi na rzecz spółdzielni?

Zamiast robić kolejną chałturę, która ma wkręcać dzieciaki w postowanie shitu w internecie i uzależnienie od scrollowania, zajmą się robieniem dobrych i przydatnych usług – choćby do tego wykrywania raka.

Jan J. Zygmuntowski – absolwent Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, prezes zarządu think-tanku Fundacja Instrat i stały współpracownik kilku innych organizacji pozarządowych. Wykłada na Akademii Leona Koźmińskiego. Naukowo zainteresowany problematyką rozwojową, systemami gospodarczymi, ekonomią innowacji oraz polityką publiczną.

Tagi:
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst