Zazdrośnicy na Makach dostali kultową apkę z Windowsa. Autor bezradny
Notepad++ na Macu to historia o tym, jak AI umożliwiło każdemu zrobienie czegoś głupiego znacznie szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.

Przez ponad dwadzieścia lat użytkownicy Maca mogli tylko zazdrościć. Zazdrościć Windowsiarzom tego jednego, konkretnego narzędzia - lekkiego, szybkiego, bezpłatnego edytora tekstu i kodu, który stał się absolutnym standardem dla każdego, kto przynajmniej okazjonalnie grzebał w skryptach, plikach konfiguracyjnych albo kodzie źródłowym. Notepad++ - bo o nim mowa - nigdy nie trafił na macOS-a. Jego twórca, Don Ho, świadomie podjął taką decyzję i przez ponad dwie dekady konsekwentnie ją podtrzymywał. A potem ktoś postanowił, że zrobi to za niego. Bez pytania. Za to z jego nazwiskiem i logo na stronie.
Efekt? Jeden z ciekawszych konfliktów w świecie open source od dłuższego czasu. I idealny pretekst, żeby porozmawiać o tym, dokąd zmierza era tzw. vibe codingu - bo bez niej cała ta historia w ogóle by nie zaistniała.
Czytaj też:
Dwadzieścia lat. Zero wersji dla Maca. I nagle - hop
Don Ho zaczął pisać Notepad++ w 2003 r. z czystej frustracji. Pracował wtedy jako programista i był zmuszony korzystać z edytora opartego na Javie, który działał jak rozleniwiony ślimak. Zaproponował szefostwu alternatywę - napisaną w C++ na bazie komponentu Scintilla. Propozycja została odrzucona. Ho napisał ją więc w wolnym czasie i w listopadzie 2003 r. opublikował na SourceForge jako wolne oprogramowanie na licencji GPL.

To, co zaczęło się jako prywatny projekt sfrustrowanego dewelopera z czasem stało się jednym z najczęściej pobieranych edytorów kodu na świecie. Tylko z SourceForge ściągnięto go ponad 28 mln razy zanim projekt przeniósł się na GitHuba. Dziś trudno wyobrazić sobie programistę pracującego na Windowsie, który przynajmniej raz nie miał Notepad++ zainstalowanego na dysku. Aplikacja jest lekka jak piórko, obsługuje dziesiątki języków programowania, ma składnię kolorowania, numerowanie linii i rozbudowany ekosystem wtyczek - wszystko to za darmo, bez reklam, bez subskrypcji, bez bzdur.
Jest jednak jeden problem: to aplikacja wyłącznie dla Windowsa. Ho rozważał kiedyś port na macOS-a przy użyciu wxWidgets, ale ostatecznie z tego zrezygnował. Mac pozostał białą plamą na mapie Notepad++. Przez całe dwa dekady.
Wtem wkracza Letov. Z pomocą AI i dużą dawką zuchwałości
Andrey Letov, programista z Nowego Jorku, postanowił w marcu zamknąć tę „dwudziestoletnią lukę” - jak sam to ujął na stronie projektu. Cel był szlachetny: dać użytkownikom Maca natywną wersję ulubionego edytora, bez Wine, bez emulacji, napisaną w Objective-C++ z użyciem Scintilla i Cocoa - czyli „właściwą metodą”, jak chwalił się opis projektu.
Ale co tu jest naprawdę godne uwagi? Letov wprost przyznał, że projekt w tej skali był możliwy jako jednoosobowe przedsięwzięcie właśnie dlatego, że korzystał z „multi-agent AI development workflows" - czyli tego, co branżowy slang ochrzcił mianem vibe codingu. Bez AI ten port prawdopodobnie nigdy by nie powstał albo wymagałby lat pracy i całego zespołu. Z AI - udało się w kilka miesięcy.
Problem tkwił nie w samym kodzie, lecz w tym jak Letov obrandował swój projekt. Jego strona internetowa otwierała się zdaniem: „Notepad++ jest teraz natywnie dostępny na macOS. Bez Wine, bez emulacji. Pełny natywny port dla Apple Silicon i Maców z Intelem”. Używał oryginalnego logo z kameleonem. Używał nazwy Notepad++. I - co najbardziej kłujące w oczy - na stronie autorów wymienił... samego Don Ho, tuż pod swoim własnym nazwiskiem, jakby twórca oryginału był jakoś zaangażowany w projekt.







Żeby się dowiedzieć, że to nieoficjalny port, trzeba było trochę poczytać. Dla kogoś, kto po prostu wpisał „Notepad++ Mac" w wyszukiwarce wyglądało to jak oficjalne wydanie, na które czekano od lat.
Don Ho mówi: nie, nie i jeszcze raz nie
„To jest nieupoważnione, nieendorsowane i niezwiązane z oficjalną wersją Notepad++ w żaden sposób” - napisał Ho. „Mylące, nieodpowiednie i, szczerze mówiąc, nierespektujące zarówno projektu, jak i jego użytkowników.” W mailu do Letova, który Ho upublicznił na GitHubie, wytłumaczył problem precyzyjniej: „Używanie oficjalnej nazwy Notepad++ i jej logo tworzy błędne przekonanie, że twój projekt jest autoryzowaną wersją na macOS, wspieraną przez team Notepad++, co jest nieprawdą. To generuje zamieszanie wśród użytkowników i potencjalnie naraża zarówno ciebie, jak i projekt na komplikacje związane z prawem znaków towarowych.”
Ho podkreślał przy tym coś istotnego: nie ma pretensji o to, że ktoś sforkował kod. GPL na to pozwala i właśnie po to ta licencja istnieje. Problem leży wyłącznie w nazwie, logo i sposobie prezentacji projektu.
Nie chodziło też wyłącznie o dumę twórcy. Ho wskazał na poważniejsze ryzyko: produkt z nazwą Notepad++ mógłby pewnego dnia dystrybuować malware albo backdoora, a użytkownicy nie mieliby powodów, by go kwestionować, skoro wszystko wygląda jak oficjalna wersja.
Dyskusja na GitHubie, Cloudflare i widmo prawnika
Wymiana zdań między Ho a Letovem przeniosła się na GitHuba, gdzie wątek szybko zgromadził sporą publiczność. Letov bronił się, twierdząc, że nie miał intencji wprowadzać kogokolwiek w błąd - chciał jedynie „rozszerzać markę Notepad++” i ułatwić użytkownikom Maca znalezienie aplikacji. Ho nie był przekonany: „Niewielka liczba użytkowników jest czujna i czyta twoją stronę, by poznać historię. Ale większość po prostu pobierze produkt i użyje go bez czytania wyjaśnień, i uwierzy, że to oficjalne wydanie Notepad++.”
Letov poprosił o kilka tygodni na przeprowadzenie rebrandingu. Ho odmówił - i zgłosił sprawę do Cloudflare jako naruszenie znaku towarowego. „Nie mogę autoryzować 'tygodnia lub dwóch' dalszego naruszania znaku towarowego" - napisał w wątku na GitHubie. Do tego dodał, że nie zamierza współpracować z Letovem przy żadnym rebrandingu, wbrew temu, co sugerował Letov w komunikacji publicznej.
Ostatecznie Letov ogłosił, że projekt zostanie przemianowany na Nextpad++ for Mac, strona przekieruje na nextpad.org, a kameleon ustąpi miejsca... żabie. Od wersji 1.0.6 aplikacja ma być konsekwentnie sygnowana nową nazwą.
Vibe coding: supermoc czy narzędzie do szybszego robienia błędów?
Ta historia nie byłaby tak interesująca, gdyby nie kontekst, w którym powstała. Vibe coding - termin ukuty w lutym ubiegłego roku przez Andreja Karpathy'ego, byłego dyrektora ds. AI w Tesli i współzałożyciela OpenAI - to podejście, w którym opisujesz w naturalnym języku co chcesz zbudować, a AI generuje kod. Nie piszesz linii po linii - „poddajesz się vibe’om” i iterujesz na tym, co AI produkuje.
Wedle danych z bieżącego roku 92 proc. programistów w Stanach Zjednoczonych korzysta codziennie z narzędzi AI do pisania kodu, a szacuje się, że 41 proc. całego globalnego kodu jest generowane przez sztuczną inteligencję. Rynek narzędzi vibe codingowych osiągnął 4,7 mld dol. w ubiegłym roku i zmierza w kierunku 12,3 mld do 2027 r.
I właśnie vibe coding umożliwił Letovowi - jednej osobie - stworzenie w kilka miesięcy natywnego portu złożonej aplikacji na zupełnie inną platformę. Bez niego taki projekt wymagałby lat pracy albo solidnego zespołu finansowanego przez kogoś z głęboką kieszenią. Z nim - da się, nawet jeśli samodzielnie nie napisałbyś każdej linii kodu.
Problem w tym, że vibe coding dramatycznie obniżył próg nie tylko dla dobroczynnych projektów, ale i dla działań, które wymagają więcej niż tylko umiejętności technicznych. Potrzeba tu też rozeznania w kwestiach prawnych, etycznych i - nazwijmy to - zwykłej przyzwoitości wobec twórców, na których pracy się opierasz.
Licencja GPL nie daje ci wszystkiego
To właśnie w tym miejscu wiele osób - nie tylko Letov - zasadniczo się myli. GPL pozwala komukolwiek wziąć kod, zmodyfikować go, dystrybuować, a nawet użyć jako fundamentu własnego projektu. To jest serce idei open source. Ale GPL mówi o prawach do kodu - nie do marki.
Znak towarowy to osobna kwestia, regulowana zupełnie innymi przepisami. Notepad++ jako nazwa i kameleon jako logo są własnością Don Ho i podlegają ochronie jako znaki towarowe. Możesz więc zforkować kod Notepad++ i stworzyć własny edytor - tak naprawdę mnóstwo projektów na tym wyrosło. Ale nie możesz tego projektu nazwać Notepad++, umieścić na nim oryginalnego logo i jeszcze wskazać twórcę oryginału jako kogoś powiązanego z projektem, jeśli on na to nie wyrazi zgody.
To jest też szerszy problem, który vibe coding wyostrzył do granic. Kiedy koszt stworzenia czegoś „niemal identycznego” zbliża się do zera to pokusom ulegają nie tylko złośliwi aktorzy, ale i entuzjaści z dobrymi intencjami, którzy po prostu chcą zbudować coś fajnego- i niekoniecznie zadają sobie trud, by przemyśleć, gdzie kończą się prawa do kodu, a zaczynają prawa do nazwy, twarzy czy reputacji.
Dobra intencja nie jest wystarczającym argumentem
Letov bronił się mówiąc, że chciał jak najlepiej - zapełnić lukę, dać Macom narzędzie, którego nigdy nie miały, „rozszerzać markę”. I pewnie w jego głowie to brzmiało przekonująco. Ale marka, którą chciał „rozszerzyć” należy do kogoś innego. A ten ktoś przez ponad dwie dekady świadomie zdecydował, że na Maca nie wychodzi - i miał do tego pełne prawo.
Warto też spojrzeć na to z perspektywy użytkownika końcowego. Ktoś szuka Notepad++ na Macu trafia na stronę z logo kameleonem, z nazwą Notepad++, z nazwiskiem Don Ho - i pobiera aplikację w przekonaniu, że to oficjalne wydanie. Instaluje je, używa, może nawet płaci (lub nie), a jeśli pojawi się błąd albo, w najgorszym scenariuszu, malware - nie będzie miał powodów, żeby kwestionować źródło. Właśnie o to Ho miał największe pretensje.
Umiejętności Letova nie podlegają dyskusji - zbudowanie działającego natywnego portu na macOS-a to naprawdę niebagatelne osiągnięcie, nawet z vibe codingiem. Ale techniczna kompetencja bez refleksji nad tym co robisz z czyjąś marką i reputacją to recepta na dokładnie taki konflikt, jaki obserwowaliśmy.
Co z tego wynika dla reszty z nas?
Historia Letova i Ho jest w pewnym sensie symptomatyczna. Vibe coding i narzędzia AI nie zmieniły prawa, nie zmieniły etyki i nie zniosły praw własności intelektualnej. Zmieniły natomiast coś istotnego: koszty wejścia w świat tworzenia oprogramowania spadły do prawie zera, co oznacza, że coraz więcej osób będzie wchodzić w obszary, w których dotąd nie miały okazji działać - i nie zawsze będą wiedzieć, na jakie miny wchodzą.
Czy to problem z vibe codingiem jako takim? Raczej nie. Wspomniane 92 proc. programistów korzystających z AI codziennie to przecież nie jest armia plagiatów i naruszeń prawa. Większość z nich używa tych narzędzi do pisania własnego kodu, tyle że szybciej i sprawniej. Ale każda technologia, która obniża próg dostępu do tworzenia czegoś jednocześnie obniża próg popełniania błędów - w tym błędów, które dotykają innych ludzi.



















