Teoria spiskowa, w którą mogę uwierzyć. Styczeń był rekordowo długi
Jeszcze jeden dowód na to, że z czasem dzieje się coś dziwnego.

Jakaż to teoria spiskowa! Nikt nie zaniżał głosu ani nie rozglądał się nerwowo. Przed wygłoszeniem opinii nie gryziono się w język, nie zaznaczano, że "pewnie mi nie uwierzycie", nie zwalano winy na telewizję i media głównego nurtu, które ukrywają niewygodną prawdę, a jedynie ci, którzy otworzyli oczy, dostrzegli, co się stało.
Mówiono prosto z mostu, jakby to był dobrze znany fakt. "Styczeń ciągnie się nadzwyczajnie długo" był tak samo obiektywnym i rzetelnym komunikatem jak "ale dziś zimno". Nie zliczę, ile razy spotkałem się z tym stwierdzeniem czy to na TikToku, czy to Facebooku. Spiskowcy nie zgadzali się jedynie co do konkretnej długości przeciągającego się miesiąca. Według jednych styczeń trwał już trzeci rok, inni przyznawali, że zleciało kilkanaście miesięcy. Nieistotny szczegół, liczyło się to, że jest coś ewidentnie nie tak. Też to czułem.
Bohater powieści "Wielki Upadek" Petera Handkego wpadł na pomysł stworzenia "ścieżki pomyłek", na wzór ścieżek edukacyjnych. "Rozłożone byłyby w eksponowanych miejscach rzeczy podobne do innych tak bardzo, że na pierwszy rzut oka można się było pomylić". Np. z daleka można sądzić, że na ziemi leży coś wartościowego, a tak naprawdę są to tylko liście (albo aż, dla każdego uczestnika takiej ścieżki pomyłka prowadziłaby do innych wniosków). Nic nie jest takie, jakim się wydaje. Jak styczeń, który oglądany z daleka powinien się już kończyć, już wręcz każdy z nas, podejrzewających nie wiadomo kogo o spisek, widział, że kartka kalendarza musi wskazywać 29 dzień lub chociaż 27. Tymczasem gdy sprawdziliśmy dokładnie, przychodziło rozczarowanie: dopiero 9 albo 7. Niemożliwe!
Gdyby za tą pomyłką szła dobra wiadomość: jeszcze tyle czasu do wykorzystania zostało. Ulga jak w nocy, gdy się budzisz i zerkasz na ekran telefonu, spodziewając się najgorszego, czyli góra 60 sekund do budzika. Tym razem los się uśmiecha, jeszcze dwie godziny snu. Może i tak powinno się reagować, ciesząc się z dodatkowych styczniowych dni, które już dawno przekreśliliśmy, a one cudem wróciły. Tyle że wcale ich nie chcieliśmy i trudno nam się dziwić. W ciągu pierwszego miesiąca 2026 r. wydarzyło się tyle rzeczy złych, absurdalnych, dziwnych i niepokojących, że dlatego mówiliśmy: już, wystarczy, kończ się!
Przebodźcowanie to wdzięczny podejrzany
Można zarzucić, że to przez to zwykle mamy wrażenie, że czas pędzi nieubłaganie, przyspiesza coraz bardziej. Takie uczucie towarzyszy wielu z nas najczęściej, stąd też nagłe zdziwienie, że styczeń był (był - jak to dziwnie tak o nim pisać!) taki wolny. Jesteśmy zalewani tyloma wiadomościami, historiami, sensacjami, że nim zdążymy sobie wyrobić jakąś opinię, wyrazić zdanie, już trzeba się zająć inną kwestią, równie pilną, a kto wie, czy nawet jeszcze nie bardziej niż ta poprzednia. Stąd podświadome poczucie, że czas przyspieszył – niektórzy sugerują, że stało się to w okolicach 2020 r. Czekają tylko na potwierdzenie naukowców i są przekonani, że ogłoszenie to kwestia czasu.
Czy przebodźcowanie, która sprawia, że nie nadążamy – dzisiejsza moda za dwa tygodnie będzie nostalgią – jednocześnie może odpowiadać za to nagłe zwolnienie? To najprostsze wytłumaczenie. Ale może ten styczeń jest wyjątkowy i może dlatego nie mylą się ci, którzy twierdzą, że jest coś z nim nie tak, bo był nieprzeżyty? Zaczął się nowy rok 2026, a cały świat natychmiast cofnął się do 2016, woląc przeżyć go raz jeszcze. Niby chodziło o wskazanie podobieństw i różnic, ale wiadomo, że jednak ważniejsze były te drugie. Przeszłość okazała się ucieczką.
Nie brakuje głosów, że to rutyna odpowiada za mylące postrzeganie czasu - że leci szybko, ucieka przez palce, nic się nie dzieje. Jako dorośli wykonujemy głównie te same rzeczy, mało co jest nowe i przez to ekscytujące. To oczywiście uproszczenie, ale coś w tym jest. Moda na powrót do roku 2016 sprawiła, że z jednej pułapki powtarzalności przeszliśmy do drugiej, znowu musząc przeżywać to samo, tyle że z 2016 r. Nic więc dziwnego, że kalendarz musiał się zachwiać. Styczeń faktycznie był długi - przeżyliśmy w końcu niepotrzebną podróż w czasie, a takie eskapady swoje kosztują.
Oczywiście dworuję sobie z tych teorii spiskowych, tym bardziej że niektóre głoszone są na poważnie, jak np. te o skróceniu doby. Tak, łapałem się na tym, że styczeń ciągnął się jak z gumy i bałem się, że luty nie wskoczy, na ekranie telefonu zobaczę po prostu 32 i tak już będzie. Teraz mam inną obawę: że jeszcze za tym wolnym styczniem zatęsknimy. Bo wiecie, już luty, a ten jest krótki, więc to już w sumie marzec, zaraz i święta, i wiosna, i majówka, a po niej niechybnie lato w parze z jesienią. I popatrz, Bożenko, znowu będziemy narzekać na powolny styczeń. Pewnie ten z 2027 będzie wlókł się bardziej.
Jest w tym jakieś poczucie utracenia kontroli nad czasem. Albo mamy wrażenie, że jest za szybki, nieuchwytny i niedający się okiełznać. Albo wręcz przeciwnie, znęcający się nad nami, rozkoszujący się w swoim ślimaczym tempie. A może w każdym takim wrażeniu kryje się zachęta, aby jednak znowu złapać za lejce i nie dać się wodzić za nos?







































