Tech  / Recenzja

Przykro mi, nie tym razem. Samsung Galaxy Note 20 - recenzja

Testując Samsunga Galaxy Note 20 po raz pierwszy musiałem zadać pytanie nie „dla kogo?”, ale „dlaczego?”

Miałem w rękach każdego Galaxy Note’a: od pierwszej generacji, poprzez legendarną „czwórkę”, feralną „siódemkę” aż po ubiegłorocznego „małego” Note’a 10. Z nielicznymi wyjątkami za każdym razem kontakt z Galaxy Note’em był jednym wielkim splotem ochów i achów. Nawet ubiegłoroczny Note 10, ten mniejszy, zachwycał mnie swoimi możliwościami w mniejszym i tańszym opakowaniu od „dużego” Note’a 10 Plus.

Gdyby w tym roku przypadło mi w udziale przetestować Samsunga Galaxy Note 20 Ultra, pewnie - podobnie jak Marcin Połowianiuk - nie szczędziłbym mu pochwał.

Tym razem przypadło mi jednak w udziale przetestować mniejszego Samsunga Galaxy Note 20. I chociaż subiektywnie bardzo polubiłem ten smartfon, wspaniale mi się z niego korzystało i obiektywnie jest to po prostu dobry sprzęt, tak nie potrafię znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego w ogóle powstał.

Zacznijmy od pochwał. Co Galaxy Note 20 robi dobrze?

Przede wszystkim - dobrze wygląda. Trafiła mi się na testy wersja matowo-szara. Mniej krzykliwa i wyrazista od nowego, miedzianego koloru Note’a, ale za to subtelna, nieco industrialna i bardzo elegancka. Matowe plecki niemal w ogóle nie zbierają odcisków palców i brudu, i choć są plastikowe (do czego jeszcze wrócimy), tak sprawiają w dotyku dość solidne wrażenie. Bliżej im do poliwęglanowych Lumii sprzed lat niż do plastikowych smartfonów za 500 zł. W mojej ocenie to najładniejszy smartfon Samsunga od dawna, ładniejszy nawet od dużego Note’a 20 Ultra, gdyż wyspa z aparatami nie jest tu aż tak prominentna, a obwódki aparatów nie przypominają talerzyków deserowych.

Samsung Galaxy Note 20

Pomimo sporych gabarytów (161,6 x 75,2 x 8,3 mm) i słusznej masy (192 g) telefon fantastycznie leży w dłoni. W dużej mierze zawdzięcza to zaokrąglonym krawędziom na pleckach, które ułatwiają pewny chwyt, a także temu, że krzywizny nie znajdziemy na ekranie.

W przeciwieństwie do Note’a 20 Ultra tutaj ekran jest płaski jak w Galaxy S20. I bardzo dobrze! Nie zdarzają się tu przypadkowe dotknięcia ani uciekające napisy na Netfliksie, jak ma to miejsce w przypadku innych smartfonów z zakrzywionymi wyświetlaczami.

Tutaj ekran Super AMOLED o przekątnej 6,7” i rozdzielczości 2400 x 1080 px nie ma co prawda krzywizny, ale ma za to fenomenalną jakość, do której Samsung przyzwyczaił nas już w poprzednich latach. To jeden z najładniejszych wyświetlaczy na rynku, choć ma niższą rozdzielczość od droższego Note’a 20 Ultra czy Samsungów Galaxy S20. Kąty widzenia są doskonałe, kolory nasycone w odpowiednim stopniu, ekran wygląda niemal jak naklejka na szkle. Coś pięknego.

Samsung w końcu usprawnił też działanie swojego ultrafonicznego czytnika linii papilarnych pod ekranem. To rozwiązanie w Galaxy S10, Note 10, a nawet serii Galaxy S20, działało naprawdę źle; była to jedna z największych irytacji w Samsungu Galaxy S20 Ultra, który odblokowywał się za pierwszym podejściem w mniej niż połowie przypadków. Tutaj jest zupełnie inaczej - czytnik od razu rozpoznaje palec, jeśli tylko ten nie jest wilgotny. Czytnik umieszczono też w idealnym miejscu, nieco powyżej dolnej części wyświetlacza, by łatwo było weń trafić kciukiem.

Wyświetlacz jest oflankowany przez kapitalnie grające głośniki stereo. Nie są one aż tak dobre jak w Note 20 Ultra czy S20 Ultra, ani nie tak dobre jak w iPhone’ach 11 Pro/Pro Max (brakuje im nieco basu, brzmią dość sucho), ale i tak wyprzedzają całą resztę androidowej stawki.

Nie sposób też zarzucić Note’owi 20 czegokolwiek, jeśli chodzi o płynność działania. Samsung Galaxy Note 20 gra w pierwszej lidze smartfonowej wydajności. Procesor Exynos 990, choć teoretycznie wolniejszy od porównywalnego Snapdragona 865, nadal pozostaje demonem prędkości. Sparowany z 8 GB RAM-u i 256 GB miejsca na dane śmiga z idealną płynnością przez cały czas. Próbowałem przeciążyć ten telefon; otwierałem multum aplikacji na raz, pracowałem na dwóch otwartych aplikacjach na podzielonym ekranie, obrabiałem zdjęcia w Lightroomie mobile, grałem w gry - nic nie jest w stanie rzucić tego telefonu na kolana. Wiąże się z tym jednakowoż jeden problem, o którym za chwilę.

Najmocniejszym punktem Galaxy Note’a 20 jest aparat.

Tak, to Note 20 Ultra dzierży palmę pierwszeństwa w portfolio Samsunga, jeśli chodzi o możliwości optyczne, ale Note 20 ustępuje mu tylko nieznacznie.

Największym brakiem względem większego brata jest oczywiście brak matrycy 108 Mpix. Nie jest on bolesny ze względu na gigantyczną rozdzielczość, lecz ze względu na większy fizyczny rozmiar matrycy, który przekłada się na naturalne rozmycie tła. W Galaxy Note 20 główny sensor o rozdzielczości 12 Mpix niestety nie rozmywa tła tak spektakularnie jak 108 Mpix w Note 20 Ultra.

Poza tym jednak jest to dokładnie ten sam układ aparatów jak w Samsungu Galaxy S20 i S20+, i działa on również dokładnie tak samo. Równolegle z Note’em 20 używałem Galaxy S20+ i nie sposób ich odróżnić ani pod względem użytkowym, ani pod względem uzyskiwanych rezultatów.

Za dnia Note 20 prezentuje spektakularne efekty. Zarówno główny aparat 12 Mpix, jak i pomocniczy aparat 12 Mpix z obiektywem ultrawide potrafią uchwycić zapierające dech w piersiach kadry. Fantastycznie wypada też aparat 64 Mpix z obiektywem telefoto, który na trzykrotnym przybliżeniu optycznym oferuje bodajże najwyższą jakość spośród wszystkich sensorów z obiektywami telefoto w smartfonach.

Mamy tu również 30-krotny zoom hybrydowy, ale jego użyteczność jest znikoma. Do 10x obrazek jest używalny. Powyżej może pełnić co najwyżej rolę nieostrej lornetki.

Ultrawide:

Standard:

3x:

10x:

20x:

30x:

Efekty w nocy również są fantastyczne. Na mój prywatny gust - momentami aż nazbyt fantastyczne, bo wiele zdjęć zrobionych po zmroku nawet bez trybu nocnego wyglądają tak, jakby zrobiono je późnym wieczorem. Choć z tym oczywiście można powalczyć samodzielnie dobierając nastawy w trybie profesjonalnym. Pełna automatyka stara się jednak jak najbardziej rozjaśnić zdjęcie.

Spośród tych wszystkich sensorów najmniej spektakularny jest przedni aparat do selfie. Ma tylko 10 Mpix rozdzielczości i dwa tryby pracy: szeroki oraz ultraszeroki. Zdjęcia nim zrobione są poprawne, ale wypadają dość blado na tle nawet tańszych smartfonów z przednimi aparatami o wyższej rozdzielczości.

W wideo Galaxy Note 20 radzi sobie fenomenalnie, podobnie jak jego większy brat. Stabilizacja jest niemal tak dobra, jak w iPhone’ach 11 i 11 Pro, a do tego Samsung naprawdę przyłożył się do jakości nagrywanego audio. Jest tu też funkcja audio-zoom, która podbija natężenie dźwięku, gdy przybliżamy obraz. Wizualne efekty możecie zobaczyć na nagraniu Marcina Połowianiuka z Note’a 20 Ultra:

Obiektywnie rzecz biorąc, Galaxy Note 20 ma kilka wad.

Najbardziej dotkliwą z nich jest czas pracy na jednym ładowaniu. Przy tak potężnych podzespołach, dużym ekranie i tak mocarnych aparatach 4300 mAh to stanowczo za mało, by zapewnić zapas energii na dłuższy czas.

Przez dwa tygodnie testów Galaxy Note 20 regularnie kończył dzień mając góra 10-15 proc. energii, a muszę zaznaczyć, że były to w większości bardzo luźne dni. Smartfon przez większość czasu leżał na biurku, a przed ekranem spędzałem nie więcej niż 3 godziny dziennie. Gdy zdarzyło się, że używałem go jako nawigacji, a potem robiłem nim dużo zdjęć, Galaxy Note 20 stracił 50 proc. naładowania w zaledwie pięć godzin. Zdarzało się też, że już o 19:00 musiałem telefon podłączać do ładowarki, bo poziom naładowania spadał poniżej 20 proc.

Galaxy Note 20 obsługuje na szczęście dość szybkie ładowanie 25 W; można go też ładować bezprzewodowo i on sam może pełnić też rolę ładowarki bezprzewodowej dzięki funkcji Wireless Power Share (którą kilka razy wykorzystałem, by podładować testowanego Galaxy Watcha 3). Trzeba też powiedzieć, że Samsung przyłożył się do optymalizacji oprogramowania i gdy telefon leży nieużywany, niemal nie zużywa energii. Przez noc ubywało mu góra 2 proc.

To jednak nie zmienia faktu, że Galaxy Note 20 ma po prostu za mały akumulator. Przy niezbyt intensywnym użytkowaniu bez trudu uzyskamy cały dzień z dala od gniazdka, ale… to nie jest telefon do niezbyt intensywnego użytkowania, lecz wół roboczy. A co za pożytek z woła roboczego, któremu zabraknie energii przed końcem pracy.

Kolejna obiektywna wada związana jest ze wspomnianą wcześniej wydajnością. Otóż Galaxy Note 20, podobnie jak Note 20 Ultra, strasznie się nagrzewa. Problem widać od razu po wyjęciu urządzenia z pudełka - gdy przenosiłem zawartość innego telefonu przez Smart Switch, Note 20 zrobił się gorący jakbym co najmniej godzinę grał na nim w Fortnite’a. Myślałem, że to jednostkowa sytuacja, ale gdy Marcin Połowianiuk potwierdził, że i jego Note 20 Ultra się nagrzewa, zacząłem zwracać na to baczną uwagę.

Note 20 nie robi się po prostu ciepły. On wręcz parzy w dotyku. Nagrzewa się przy każdym nieco bardziej intensywnym zadaniu, szczególnie podczas korzystania z map i nagrywania wideo. Najbardziej nagrzał się jednak przy próbie używania na nim Android Auto. Po 15 minutach połączenia z samochodem zauważyłem problemy ze stabilnością transmisji. Gdy wziąłem telefon do ręki, okazało się, że jest tak gorący, że dosłownie parzył. I o ile nagrzewanie się ani razu nie spowolniło interfejsu smartfona czy podstawowych aplikacji, tak Android Auto dostawało zadyszki, a przy dłuższym użytkowaniu po prostu się rozłączało. Nie sądzę też, żeby praca w takich temperaturach była zdrowa dla urządzenia i boję się, czy przy regularnym nagrzaniu nie będzie dochodziło do usterek, czy - nie daj Boże - powtórki z Note'a 7.

I zanim ktoś zakrzyknie, że „to wszystko wina Exynosa 990!”, odpowiadam - raczej nie. Samsung Galaxy S20+ o niemal identycznej specyfikacji nie grzeje się nawet w połowie tak bardzo, jak Galaxy Note 20. Nie przeczę, że zastosowanie Snapdragona mogłoby obniżyć temperaturę podzespołów i wydłużyłoby czas pracy urządzenia, ale winę za nagrzewanie się Note’a 20 ponosi nie tylko procesor, ale cała konstrukcja.

Subiektywnie… nie rozumiem, dlaczego ten telefon powstał.

Samsungi Galaxy Note zawsze były tymi „naj”. Były brutalnym pokazem siły Samsunga. Sposobem, by pokazać konkurencji, gdzie jest jej miejsce w szeregu. Gdy ktoś kupował Note’a, dostawał telefon najlepszy we wszystkim.

W zeszłym roku Samsung nieco odszedł od tej tradycji, oferując małego Note’a 10, który jednakże miał sporo sensu - oferował rysik i topową wydajność w mniejszym opakowaniu, co wielu osobom się spodobało. O Galaxy Note 20 nie można powiedzieć tego samego.

Ten telefon wcale nie jest dużo mniejszy od Note’a 20 Ultra. Nadal ma gargantuiczny wyświetlacz, nadal wypycha kieszeń i nadal nie mieści się w większości przegródek na smartfony w samochodach.

Ma też przedziwne braki, jak choćby brak ekranu 120 Hz. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego Samsung postawił na panel Super AMOLED 60 Hz, zamiast zastosować Dynamic AMOLED i dać użytkownikom wybór między 60 a 120 Hz. Nie pokrywa go też nowe szkło Gorilla Glass Victus, lecz starsza generacja szkła.

A skoro o wytrzymałości mowa, to trzeba porozmawiać o tych plastikowych pleckach. Tu jestem rozdarty, bo pamiętam czasy Nokii Lumii i nieco nawet tęsknię do telefonów z poliwęglanowymi obudowami, które nie pękały po upadku z wysokości kolan. Tym niemniej po telefonie za ponad 4000 zł konsument ma prawo oczekiwać zastosowania materiałów premium. A Note 20, choć jest solidny i sprawia dobre wrażenie w dłoni, jest definitywnie „plastikowy”. Od razu po wzięciu do ręki czuć, że plecki nie są szklane. Trzymając w dłoniach Galaxy S20+ i Note’a 20 od razu czuć, który jest bardziej „premium” i nie jest to Note.

Galaxy S20+ jest zresztą największym problemem Note’a 20. Użytkując obok siebie obydwa urządzenia nie znalazłem żadnego powodu, dla którego ktoś mógłby chcieć kupić Note’a 20. Galaxy S20+ można obecnie wyrwać o kilkaset zł taniej od nowego Note’a. Ma on lepszy ekran, większy akumulator, szklaną obudowę, ten sam aparat, a poza tym 1:1 te same możliwości - mnie licząc S-Pena.

A skoro mowa o S-Penie...

...to celowo nie wspominałem o nim wcześniej, bo z roku na rok coraz mniej rozumiem sens jego istnienia. Co dziwne, bo w tym roku S-Pen jest lepszy niż kiedykolwiek. Samsung znacząco zniwelował opóźnienie, co spodoba się szczególnie tym, którzy lubią na swoim Nocie szkicować. Cieszy też fakt, że można S-Penem robić notatki, sterować aparatem czy multimediami. Samsung dodał też w tym roku kilka nowych gestów, dzięki którym poczujemy się jak Harry Potter uczący się Wingardium Leviosa u profesora Flitwicka; niestety zamiast unosić rzeczy w powietrze będziemy co najwyżej głupio wyglądać, bo nowe gesty m.in. zwiększania/zmniejszania głośności działają po prostu marnie.

Pisanie piórkiem na małym ekranie nie jest ani wygodne, ani przesadnie użyteczne, choć rozumiem, że jest wiele osób, dla których piórko to główny argument za zakupem Note’a. Osoby, które regularnie muszą podpisywać dokumenty w biegu albo nanosić uwagi na prezentacje czy dokumenty poza biurem z pewnością docenią rysik S-Pen i możliwości Galaxy Note’a 20 w zakresie jego wykorzystania.

Ośmielę się jednak powiedzieć, że znakomita większość S-Pena nie potrzebuje, a co za tym idzie - nie ma najmniejszego powodu, by wybrać Note’a 20 zamiast Galaxy S20+.

Nie mówiąc już o tym, że na dobrą sprawę nie ma żadnego powodu, by sięgnąć po Note’a 20 zamiast po tańszego o kilkaset zł Note’a 10. Ubiegłoroczny mały Note to nadal fenomenalny telefon, a w obecnej cenie nie zastanawiałbym się nawet sekundy, decydując między jednym a drugim.

Po raz pierwszy nie mogę polecić Samsunga Galaxy Note.

Jeśli chcesz kupić Note’a, kupuj Note’a 20 Ultra. Najlepszego z najlepszych. Absolutne i totalne, wszystkomające monstrum. Zakupu Note’a 20 nie potrafię zaś w żaden sposób usprawiedliwić, no chyba że jakąś ogromną, wybitnie dobrą ofertą u operatora i niską miesięczną ratą.

W każdym innym wypadku zamiast Note’a 20 lepiej jest wybrać Galaxy S20/S20+, a jeśli koniecznie potrzebujesz piórka, to ubiegłoroczny Note 10 i Note 10+ nadal pozostają fenomenalnym wyborem. Kto jednak wie - podobne głosy podnoszą się z różnych stron i może Samsung usłyszy ten feedback i opuści cenę Note’a 20. Za 4349 zł nie mogę go nikomu z czystym sumieniem polecić. Ale w cenie 3500 zł? Czuję, że wtedy rozmowa wyglądałaby zupełnie inaczej.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj Spider's Web w Google News.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst