"To maraton, nie sprint". Ekspertka tłumaczy problem z dzisiejszym internetem

Patronat medialny: TikTok

Nasze emocje oraz błędy poznawcze ułatwiają twórcom manipulowanie opinią publiczną. Jak opanować odruch potwierdzenia, by odzyskać kontrolę nad waszym cyfrowym światem?

Nasze emocje oraz błędy poznawcze ułatwiają twórcom manipulowanie opinią publiczną. Jak opanować odruch potwierdzenia, by odzyskać kontrolę nad waszym cyfrowym światem?

17 maja obchodzimy Światowy Dzień Społeczeństwa Informacyjnego. To odpowiedni moment, by sprawdzić, jak radzimy sobie z natłokiem cyfrowych wiadomości. Europejski ranking umiejętności medialnych (czyli Media Literacy Index) wskazuje, że Polska zajmuje w tym zestawieniu dopiero 20. pozycję. Zbyt łatwo wierzymy w sensacyjne nagłówki i często brakuje nam nawyku, by sprawnie odróżniać fakty od krzykliwych opinii.

Żyjemy w środowisku, w którym uwaga jest bardzo cenną walutą. W takich warunkach umiejętność weryfikacji źródeł i zwykłego zatrzymania się przed kliknięciem przycisku udostępniania staje się jedną z najważniejszych kompetencji. To codzienna, praktyczna obrona przed informacyjnym szumem.

Właśnie z tego powodu wystartowała kampania edukacyjna „Włącz krytyczne myślenie”, którą Spider's Web realizuje wspólnie z TikTokiem, Stowarzyszeniem Pravda oraz Fundacją Academicon. Naszym głównym założeniem jest pokazanie, że sprawdzone narzędzia do analizy informacji można z powodzeniem zastosować podczas codziennego przeglądania mediów społecznościowych, budując tym samym większą odporność na manipulację.

O mechanizmach, które sprawiają, że tak łatwo dajemy się nabrać w sieci, oraz o prostych sposobach na odzyskanie kontroli nad własnym feedem, rozmawiałem z Magdą Grochocką - fact-checkerką, redaktorką ds. wpływu, edukatorką w Stowarzyszeniu Pravda.

Czytanie newsów z głową to dziś niesamowicie ważna umiejętność. Patrząc na najnowsze badania, jak polscy internauci radzą sobie ze zrozumieniem informacji w sieci w porównaniu do innych krajów?

Magda Grochocka: Według Media Literacy Index 2026 opublikowanego przez Open Society Institute w Sofii, Polska radzi sobie całkiem nieźle. Zajmujemy 20. miejsce wśród 41 krajów europejskich z wynikiem 54 punktów, awansując o 2 pozycje względem 2023 r. 

Magda Grochocka - fact-checkerka, redaktorka ds. wpływu, edukatorka w Stowarzyszeniu Pravda

Nad nami plasują się przede wszystkim kraje nordyckie oraz Estonia, które łączą wysoką wolność mediów, jakość edukacji i zaufanie społeczne. 

W podobnym miejscu rankingu co Polska znaleźli się Francja, Słowenia oraz Luksemburg, a tuż za nami Włochy. Jesteśmy więc wśród krajów szeroko pojętego "zachodu". 

Gdzie Polska traci punkty? Głównie na wolności mediów oraz na niskim zaufaniu interpersonalnym - czyli tym, na ile ludzie ufają innym ludziom wokół nich. Raport wskazuje, że niskie zaufanie idzie w parze z podatnością na dezinformację: jeśli z góry zakładam, że ludzie kłamią i mają ukryte zamiary, jestem znacznie bardziej skłonny uwierzyć w alternatywne narracje.

Kraje nordyckie mają tu strukturalnie wysokie zaufanie społeczne, co przekłada się na większą odporność na manipulację. W Polsce, podobnie jak w większości krajów Europy Środkowo-Wschodniej, ten kapitał społeczny jest historycznie niższy. Nie mówiąc już o braku zaufania do instytucji i mediów.

Recepta według raportu jest prosta w teorii, trudna w praktyce: systemowa edukacja medialna od najmłodszych lat, tak jak robi to Finlandia od przedszkola. 

No właśnie - w rankingach wiedzy o mediach wygrywają kraje północne. Jakie dokładnie pomysły moglibyśmy od nich wziąć, żeby lepiej bronić się w Polsce przed wymyślonymi wiadomościami?

Nie istnieje jeden gotowy przepis, nie ma jednego złotego środka i wiele zależy od lokalnego kontekstu, ale jest kilka konkretnych wskazówek. 

Pierwsza i najważniejsza lekcja z Finlandii to edukacja medialna od przedszkola - nie jako osobny przedmiot, ale jako element całego systemu nauczania i szerszej kultury społecznej. Finowie rozwijają tę strategię od wielu lat i dopiero teraz widać jej pełne efekty. Nie da się tego skopiować z dnia na dzień. 

Druga rzecz to uczenie psychologicznych mechanizmów dezinformacji, czyli tłumaczenie ludziom, jak działają np. efekt potwierdzenia (szukamy informacji, które zgadzają się z tym, w co już wierzymy), myślenie spiskowe czy manipulacja emocjami. Wielu ludzi w ogóle nie zdaje sobie sprawy z istnienia tych mechanizmów, a właśnie na nich opierają się algorytmy mediów społecznościowych i kampanie dezinformacyjne. 

Trzecia kwestia to połączenie edukacji z regulacjami, ale tu należy być ostrożnym. Zbyt restrykcyjne regulacje mogą ograniczać wolność słowa, zbyt luźne pozwalają platformom działać bez żadnej odpowiedzialności. Równowaga jest trudna, ale konieczna. 

Nauka o mediach w Polsce często opiera się na fundacjach i stowarzyszeniach. Jakie są teraz największe problemy do rozwiązania, jeśli chcemy to zmienić i wprowadzić wiedzę o mediach do szkół? Może na stałe?

Pierwszy problem to brak przygotowanych nauczycieli. Nawet gdybyśmy jutro wpisali edukację medialną do programu jako oddzielny przedmiot, to ciężko stwierdzić, kto miałby takie zajęcia prowadzić. Co prawda edukacja medialna ma wejść do szkół jako moduł z języka polskiego, pytanie tylko, czy to wystarczy w takim zakresie.

Jest też kwestia polityczna - edukacja medialna powinna być częścią szerszej kultury demokratycznej, a nie projektem jednej partii czy kadencji. U nas byłby to prawdopodobnie temat mocno polaryzujący, bo każda ze stron sama chciałaby definiować, co jest “rzetelną informacją” a co “dezinformacją”. Najlepsze podejście to budowanie tej edukacji możliwie ponad podziałami politycznymi, jako element bezpieczeństwa państwa, nie jako projekt ideologiczny. W Polsce taki konsensus byłby trudny, ale nie niemożliwy.

Kolejna sprawa to tempo zmian kontra tempo systemu. Dezinformacja ewoluuje błyskawicznie - dziś to deepfake'i i generatywna AI, za rok coś nowego. A podstawa programowa zmienia się latami.

Ale tu właśnie tkwi sedno dobrego podejścia do tego tematu: jeśli zamiast uczyć rozpoznawania konkretnych zagrożeń, uczymy samego procesu krytycznego myślenia - zadawania pytań o źródło, motywację, kontekst - to dajemy ludziom narzędzie, które działa niezależnie od tego, co przyniesie przyszłość. Krytyczne myślenie pozostaje zawsze skuteczne, bo nie jest przywiązane do konkretnego zagrożenia, tylko do nawyku weryfikacji.

I właśnie taki cel ma kampania "Włącz krytyczne myślenie" zainicjowana przez TikTok Polska, w której uczestniczymy - budowanie tego nawyku w kontekście treści pojawiających się w mediach społecznościowych i szerzej w internecie, tam gdzie dezinformacja dociera do ludzi najszybciej i najskuteczniej.

Żyjemy w świecie, gdzie tempo dyktują duże portale i media społecznościowe. Z jakimi brakami w wiedzy u zwykłych użytkowników internetu spotykacie się najczęściej w waszej pracy?

Problemem na pewno jest niezrozumienie tego, jak działają algorytmy. Oczywiście nikt tego tak do końca nie wie, nawet fact-checkerzy, ale warto pamiętać, że to, co widzimy na swoim feedzie, nie jest przypadkowe ani obiektywne, tylko dobrane pod nasze wcześniejsze zachowania, żeby maksymalizować zaangażowanie. A zaangażowanie najskuteczniej budują emocje, szczególnie złość i strach. To oznacza, że algorytmy z definicji faworyzują treści kontrowersyjne i polaryzujące, niekoniecznie prawdziwe.

Drugi brak to nieumiejętność weryfikacji źródeł. Nie chodzi nawet o skomplikowane narzędzia fact-checkingowe, tylko o taki odruch zatrzymania się przed udostępnieniem czegoś i zadania sobie pytania "skąd to pochodzi i kto za tym stoi".

Trzeci, bardzo powszechny problem to mylenie popularności z wiarygodnością. Jeśli coś ma milion wyświetleń i setki komentarzy, to ludzie intuicyjnie uznają to za prawdziwe. Tymczasem wiralowość treści i jej prawdziwość to dwie zupełnie różne rzeczy.

Czwarty to przecenianie dowodów anegdotycznych - pojedyncze przypadki i osobiste historie są traktowane jako równoważne badaniom czy danym statystycznym. W środowisku mediów społecznościowych jest to szczególnie niebezpieczne, bo wydaje nam się, że jak nawet kilkaset osób coś potwierdzi w komentarzach na bazie własnych doświadczeń, to coś w tym musi być. 

I wreszcie nieświadomość własnych mechanizmów psychologicznych. Nie wiemy, że szukamy informacji potwierdzających to, w co już wierzymy. Nie wiemy, że emocje wyłączają nam krytyczną ocenę treści. A właśnie na tej nieświadomości żeruje dezinformacja.

Budowanie odporności całego społeczeństwa brzmi jak trudny i długi projekt. Od jakich prostych kroków powinniśmy zacząć już dzisiaj, żeby internauci lepiej radzili sobie ze sprawdzaniem faktów?

Zgadza się, to maraton, nie sprint. Ale są rzeczy, które każdy może zrobić już dziś, bo jednak wszyscy tworzymy ten medialny ekosystem i jesteśmy odpowiedzialni za to, co się tam pojawia i w jaki sposób na to reagujemy.

Najprostsza zasada to zatrzymaj się przed udostępnieniem. Sekundowa pauza i pytanie "czy ja to sprawdziłem?" robi ogromną różnicę. Duża część dezinformacji rozchodzi się nie dlatego, że ludzie chcą kłamać, ale dlatego, że działają na autopilocie.

Druga rzecz to sprawdzanie źródła, nie tylko treści. Nie pytamy tylko "czy to prawda?", ale "kto to napisał, kiedy i po co?". Strona internetowa bez redakcji, bez danych kontaktowych, założona tydzień temu, to już sygnał ostrzegawczy, niezależnie od tego, co publikuje.

Trzecia praktyczna umiejętność to wyszukiwanie odwrotne obrazków. Ogromna część dezinformacji opiera się na prawdziwych zdjęciach wyrwanych z kontekstu - np. zdjęcie z powodzi sprzed pięciu lat podpisane jako "dziś". Google Images czy TinEye pozwalają to zweryfikować w kilkanaście sekund.

Czwarta rzecz, często pomijana: sprawdzajmy, co piszą inne źródła. Jeśli ważna informacja jest prawdziwa, napisze o niej więcej niż jeden portal. Jeśli znajdziesz ją tylko w jednym miejscu, to coś tu może być nie tak. 

I wreszcie rzecz najtrudniejsza, ale kluczowa: uczmy się rozpoznawać własne emocje podczas czytania. Jeśli jakaś informacja wywołuje w tobie silną złość, strach albo triumf, to właśnie ten moment, w którym krytyczne myślenie jest najbardziej potrzebne. 

Wielu użytkowników sieci uważa, że świetnie radzi sobie z kłamstwami, ale statystyki pokazują coś zupełnie innego. Skąd bierze się ta różnica między tym, co o sobie myślimy, a faktyczną umiejętnością czytania ze zrozumieniem?

Ta różnica ma kilka warstw.

Pierwsza to tzw. efekt trzeciej osoby - hipoteza, że mamy tendencję do postrzegania siebie jako mniej podatnych na dezinformację niż inni. W praktyce oznacza to, że większość ludzi jest przekonana, że "oni by się nie nabrali", co oczywiście nie może być prawdą dla wszystkich jednocześnie.

Druga warstwa to efekt potwierdzenia - nasz mózg automatycznie szuka informacji zgodnych z tym, w co już wierzymy, i odrzuca sprzeczne. Robimy to nieświadomie, więc subiektywnie czujemy, że "weryfikujemy", podczas gdy w rzeczywistości często tylko potwierdzamy własne poglądy. 

Trzecia kwestia to przecenianie własnego świadomego myślenia. Wyobrażamy sobie siebie jako czytelnika skupionego i krytycznego, ale w praktyce scrollujemy szybko, jesteśmy zmęczeni i zalani bodźcami. W tym stanie wszyscy jesteśmy znacznie bardziej podatni niż w chwili spokojnej refleksji.

Dlatego edukacja medialna powinna się opierać na budowaniu nie tylko wiedzy, ale też nawyku, bo wiedza o dezinformacji nie chroni automatycznie przed dezinformacją. Chroni przed nią wyćwiczony odruch zatrzymania się.

Fake newsy, fejki i tak dalej ciągle się zmieniają oraz rozwijają. Jakie nowe zjawiska i metody oszukiwania w sieci są teraz największym wyzwaniem dla osób, które uczą o mediach w naszym kraju?

Największe wyzwanie to bez wątpienia generatywna AI. To nowy czynnik, który zwielokrotnia skalę dezinformacji. Chodzi nie tylko o teksty, ale o realistyczne obrazy, audio i wideo. Deepfake'i przestały być domeną specjalistów, dziś każdy może wygenerować przekonujący fałszywy materiał w kilka minut.

Drugie zjawisko to kognitywna wojna. To na przykład integralny element rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Jej metody przenikają do codziennego obiegu informacji. To nie są już pojedyncze fake newsy, ale skoordynowane kampanie budowane przez długi czas, które mają kształtować całe narracje i podważać zaufanie do instytucji.

Jest też kwestia zmęczenia informacyjnego. Ludzie są tak przytłoczeni ilością treści, że zamiast weryfikować, zaczynają unikać wiadomości w ogóle. Raport, o którym wspominałam wcześniej, zresztą pokazuje, że im niższy poziom kompetencji medialnych w danym kraju, tym wyższy odsetek osób unikających newsów.

I coś ważnego dla dość narażonych grup społecznych: jak powinniśmy rozmawiać o fact-checkingu ze starszymi osobami, a jak z młodzieżą, która wiedzę o świecie czerpie w dużej mierze z krótkich filmików na portalach społecznościowych czy grup tekstowych?

To ważne rozróżnienie, bo te dwie grupy mają zupełnie inne punkty wyjścia.

Co do seniorów, to muszę sprostować jedną rzecz, bo nowy raport NASK obala popularny stereotyp, że to oni są najbardziej "naiwnymi" odbiorcami treści: to osoby 60+ wykazują najwyższą odporność na narracje spiskowe. Najbardziej podatne są natomiast grupy młodszych dorosłych, szczególnie przedział 30–39 lat oraz 18–29 lat. W rozmowie z seniorami warto więc zaczynać od szacunku i docenienia ich krytycznego podejścia, a nie od założenia, że trzeba ich "nauczyć od zera". Praktyczne wyzwanie to raczej konkretne narzędzia - jak sprawdzić źródło, jak zrobić odwrotne wyszukiwanie obrazka - podane w przystępny sposób.

Młodzież i młodzi dorośli to paradoksalnie trudniejszy przypadek. Wysoka biegłość techniczna nie zawsze idzie tu w parze z krytycznym myśleniem. Krótkie formaty wideo spłaszczają złożone tematy do emocjonalnego przekazu bez kontekstu. Musimy więc uczyć młodych podstawowej umiejętności skupienia uwagi i analizowania treści, a nie tylko konsumowania ich, ale wciąż w formacie, który ich zaangażuje - czyli jednak trochę używając języka i form, które oni po prostu lubią. 

Wspólny mianownik dla obu grup jest ten sam: nie straszenie dezinformacją, ale budowanie nawyku zatrzymania się i weryfikacji, pokazanie, jakie są narzędzia i na jakie rzeczy warto zwracać uwagę. 

Mówiąc o młodzieży: często mówi się o braku odpowiednich narzędzi na lekcjach. Jak według was powinna wyglądać nowoczesna nauka o mediach w szkołach, żeby dawała uczniom przydatne umiejętności, a nie tylko nudną teorię?

To temat, który jest mi bardzo bliski, bo sama prowadzę z ramienia Stowarzyszenia Pravda lekcje edukacji medialnej w podstawówkach i nasz program opiera się właśnie na warsztatach. Chcemy, żeby uczeń ćwiczył, a nie tylko słuchał.

Nowoczesna nauka o mediach powinna być przede wszystkim oparta na praktyce i przykładach bliskich rzeczywistości uczniów - prawdziwych albo bardzo realistycznych. Bierzemy konkretny materiał z TikToka czy Instagrama, pokazujemy go graficznie w formie posta i analizujemy razem. Uczniowie muszą ćwiczyć na treściach ze swojego realnego środowiska informacyjnego, nie na wymyślonych przykładach z podręcznika.

Drugi element to uczenie procesu, nie listy zasad. Zamiast "oto pięć cech fake newsa" - "oto jak myśleć, gdy coś czytasz". Pytania, które warto zadawać sobie automatycznie: kto to napisał, kiedy, po co, co chce osiągnąć, co pominął.

Trzecia rzecz to wiedza o algorytmach i psychologii, żeby uczniowie rozumieli, dlaczego pewne treści do nich docierają, jak działa efekt potwierdzenia, dlaczego emocjonalne treści są wiralowe. To uodparnia na manipulację znacznie skuteczniej niż znajomość definicji dezinformacji.

I wreszcie rzecz najszersza, ale według mnie kluczowa - chodzi o zaszczepienie zwykłej ciekawości świata. Pokazanie dzieciakom, dlaczego warto wiedzieć, co się dzieje w gospodarce, w polityce, w nauce, dlaczego kryzys klimatyczny wygląda tak jak wygląda. Nie samo wykształcenie, ale właśnie wiedza faktograficzna chroni przed dezinformacją. A tej wiedzy i umiejętności krytycznego myślenia nie zbuduje się bez ciekawości, która pcha nas właśnie do dociekania, drążenia, analizowania, pozyskiwania informacji. 

Patrząc na to wszystko z szerszej perspektywy: jaka jedna zmiana w naszym codziennym przeglądaniu sieci miałaby największy wpływ na poprawę bezpieczeństwa nas wszystkich?

Gdybym miała wskazać jedną rzecz, to chyba nawyk zadawania sobie pytania: "co ta treść ma na celu?"

Nie chodzi o skomplikowane narzędzia fact-checkingowe ani o godziny spędzone na weryfikacji, tylko o chwilę refleksji przed udostępnieniem lub uwierzeniem w coś.

To pytanie działa lepiej niż samo sprawdzanie faktów, bo dezinformacja rzadko jest po prostu błędem. Zazwyczaj ma kogoś rozgniewać, przestraszyć, skłócić, zmobilizować albo coś sprzedać. I co ważne, działa również wtedy, gdy treść jest technicznie prawdziwa, ale zmanipulowana - prawdziwe zdjęcie w fałszywym kontekście, prawdziwa statystyka wyrwana z szerszego obrazu, prawdziwy cytat bez reszty wypowiedzi.

To jedno pytanie naturalnie uruchamia cały łańcuch kolejnych: kto to napisał, do kogo to kieruje, jakie emocje chce wywołać, co pomija. To właśnie ten proces krytycznego myślenia. 

Jako organizacja, która weryfikuje wiadomości, sprawdzacie mnóstwo faktów, ale nie dacie rady sprawdzić całego internetu. Dlaczego tak ważne jest, żeby każdy z nas potrafił sam oceniać, co jest prawdą, a co kłamstwem?

No to już w zasadzie trochę odpowiedzieliście na pytanie - żadna organizacja nie ma takich mocy przerobowych, żeby monitorować i weryfikować wszystko, co się pojawia w internecie. Dodatkowo dezinformacja nie czeka. Fake news wyrządza największe szkody w pierwszych godzinach, zanim ktokolwiek zdąży go obalić.

Ale jest jeszcze głębszy powód. Fact-checking z zewnątrz ma ograniczoną skuteczność, bo ludzie często odrzucają sprostowania, jeśli przeczą temu, w co już wierzą. Dlatego jeśli sami będziemy mieli w sobie takiego wewnętrznego weryfikatora, to przyczyniamy się do budowania systemu odporności społecznej na dezinformację. 

To trochę jak ze szczepionkami: fact-checking działa jak leczenie - jest niezbędny, ale reaguje już po fakcie, gdy dezinformacja zdążyła się rozejść. Edukacja medialna i krytyczne myślenie działają jak szczepionka - budują odporność zanim jeszcze dojdzie do kontaktu z fałszywą informacją.

Walcząc o naszą uwagę, twórcy chętnie korzystają z mocnych słów. Jakie sygnały ostrzegawcze w języku czytanych tekstów powinny dać nam znać, że ktoś próbuje wzbudzić w was emocje, zamiast podawać suche fakty?

Sygnałów ostrzegawczych w języku jest kilka i warto je znać.

Pierwszy to absolutyzacja, czyli słowa takie jak "zawsze", "nigdy", "wszyscy", "nikt", "jedyna prawda". Rzeczywistość rzadko jest tak czarno-biała, a tekst, który ją tak przedstawia, zazwyczaj coś upraszcza lub pomija.

Drugi to język zagrożenia i pilności, np. "natychmiast", "zanim będzie za późno", "tego nie chcą, żebyś wiedział". To klasyczne narzędzia wyłączające refleksję i wymuszające szybką reakcję emocjonalną. 

Trzeci sygnał to etykietowanie i dehumanizacja, czyli sytuacja, w której zamiast opisywać zachowania czy poglądy, tekst przypisuje ludziom cechy jako grupie. 

Ale tu chcę zaznaczyć coś ważnego: nie chodzi o wyeliminowanie emocji z komunikacji. Emocje są częścią nas i uczciwie mówiąc, to żadna informacja nie jest całkowicie wolna od punktu widzenia autora. Dobry tekst może być jednocześnie emocjonalny i rzetelny. Można pisać o krzywdzie z gniewem i mówić prawdę. Można wprost rozróżniać fakty od opinii, podawać źródła i nie rezygnować przy tym z emocji, pod warunkiem, że nie są one narzędziem zastępującym rzetelną argumentację. 

Chodzi o świadomość i czujność, żeby kiedy poczujemy silną emocję podczas czytania, zamiast natychmiast jej ulec, zadać sobie pytanie: czy ta emocja jest odpowiedzią na fakty, czy została we mnie celowo wywołana bez podania konkretów i źródeł?

Patronat medialny: TikTok
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-05-22T15:41:02+02:00
Aktualizacja: 2026-05-22T15:20:59+02:00
Aktualizacja: 2026-05-22T15:03:37+02:00
Aktualizacja: 2026-05-22T12:51:36+02:00
Aktualizacja: 2026-05-22T11:39:48+02:00
Aktualizacja: 2026-05-22T10:11:42+02:00
Aktualizacja: 2026-05-22T09:22:25+02:00