REKLAMA

Planeta płonie, a to dopiero początek. Sami sobie to zrobiliśmy

To nie jest po prostu kolejny zły rok, tylko nowa norma ryzyka. Pożary już teraz biją rekordy, a nadchodzi miesiącami wzmacniający się El Niño. Najgorsze jest to, że sami sobie to zrobiliśmy.

Planeta robi się łatwopalna. To ostrzeżenie
REKLAMA

Tylko od stycznia do końca kwietnia na całym świecie spłonęło ponad 150 mln hektarów terenów. Jest to absolutny rekord dla tego okresu – wynik o 20 proc. wyższy od dotychczasowego, najbardziej tragicznego pod tym względem początku roku. Najbardziej ucierpiały do tej pory Afryka i Azja, jednak naukowcy alarmują, że najtrudniejszy sprawdzian dopiero przed nami. Lato na półkuli północnej jeszcze na dobre się nie zaczęło, a jednocześnie przybiera na sile zjawisko El Niño, które potrafi drastycznie podnieść temperatury i wywołać dotkliwe susze w kluczowych regionach globu.

REKLAMA

Rekord w cztery miesiące to sygnał, że sezon pożarów się przesuwa

W dywagacjach o pożarach łatwo ulec złudzeniu, że to po prostu naturalna kolej rzeczy – ogień stanowi przecież integralną część wielu ekosystemów. I choć to prawda, to w obecnej sytuacji główny niepokój budzi bezprecedensowe tempo i skala żywiołu już na samym początku roku. Spłonięcie ponad 150 mln hektarów w zaledwie cztery miesiące dowodzi, że sezon pożarowy startuje znacznie szybciej i uderza z dużo większą agresją. Co gorsza, dzieje się to jeszcze zanim nadejdą najgorętsze, obarczone największym ryzykiem letnie tygodnie w Ameryce Północnej, Europie i północnej Azji.

Pamiętajmy, że możliwości służb, zasoby lotnicze i dostępność sprzętu gaśniczego są przecież mocno ograniczone. Kiedy pożary wybuchają falami w wielu miejscach na świecie jednocześnie, drastycznie rośnie ryzyko, że system reagowania kryzysowego po prostu załamie się pod ciężarem wyzwań logistycznych, a nie tylko ze względu na ekstremalne warunki pogodowe.

REKLAMA

Rekord napędzany huśtawką między mokrym i suchym

Największy udział w tegorocznym, tragicznym bilansie przypada na Afrykę. Tylko do końca kwietnia spłonęło tam około 85 mln hektarów, co stanowi wynik o 23 proc. wyższy od dotychczasowego rekordu dla tego okresu. Za ten stan rzeczy odpowiada mechanizm, który choć może i brzmi banalnie, to działa niezwykle bezlitośnie. Wyjątkowo wilgotny sezon wegetacyjny doprowadził do bujnego rozrostu traw i potężnego nagromadzenia biomasy. Kiedy po nim gwałtownie nadeszły upalne i suche tygodnie, cała ta wysuszona roślinność błyskawicznie zamieniła się w doskonałe paliwo dla ognia.

REKLAMA

To nadprodukcja roślinności, która w normalnych warunkach częściowo by zgniła albo została zjedzona, a w warunkach suszy staje się łatwopalnym dywanem. Wystarczy iskra (naturalna lub wywołana przez człowieka) i ogień biegnie szybko, bo na sawannach i w suchych ekosystemach trawiastych płomień ma świetne warunki do rozprzestrzeniania.

Ogromna część spalonych obszarów w Afryce to nie zawsze płonący las w wyobrażeniu rodem z Amazonii. To bardzo często rozległe pożary sawann i traw, które bywają elementem cyklu ekologicznego. Jednak rekordowa skala i tak niesie koszty w jakości powietrza, w emisjach oraz wpływie na lokalne społeczności i infrastrukturę.

REKLAMA

Nie dużo lepiej jest w Azji. Odnotowano tam ok. 44 mln hektarów spalonych od stycznia do kwietnia, czyli niemal 40 proc. ponad rekord z 2014 r. Najmocniej ucierpiały m.in. Indie, Mjanma, Tajlandia i Laos, a problem w regionie jest zwykle sumą kilku czynników naraz: wysokich temperatur, okresowych susz, rolniczych wypaleń, pożarów lasów oraz ognia na terenach granicznych, gdzie egzekwowanie zakazów i szybka reakcja bywają trudniejsze.

W Azji Południowo-Wschodniej dochodzi jeszcze kwestia dymu transgranicznego. Pożary w jednym kraju potrafią pogarszać jakość powietrza w sąsiednich państwach na setki kilometrów. A jeśli sezon zaczyna się wcześnie, to rośnie ryzyko, że okno dymowe potrwa dłużej i stanie się bardziej kosztowne społecznie.

REKLAMA

El Niño wkracza do gry. Nie jako jedyny winowajca, lecz potężny katalizator

Choć El Niño jest w pełni naturalnym elementem ziemskiego systemu klimatycznego, to współcześnie oddziałuje na już i tak mocno rozgrzaną planetę. Działa on jak bezlitosny wzmacniacz i wyzwalacz – skoro globalne temperatury i tak od dawna przewyższają te sprzed dekad, dodatkowy impuls z jego strony potrafi jeszcze bardziej je wywindować, zaburzyć układ stref opadów i drastycznie spotęgować ryzyko suszy na terenach znajdujących się na krawędzi wytrzymałości.

REKLAMA

Zgodnie z prognozami zjawisko to ma zacząć przybierać na sile od połowy 2026 r., a jego pierwsze reperkusje możemy odczuć już w nadchodzących miesiącach. Ma to absolutnie kluczowe znaczenie w kontekście zagrożenia pożarowego dla regionów, które dopiero wkraczają w swój szczytowy gorący sezon – mowa tu przede wszystkim o Australii, Kanadzie, części USA oraz o wyjątkowo narażonej Amazonii.

REKLAMA

Ujmując rzecz w uproszczeniu, El Niño nie wywołuje pożarów z niczego. Zmienia jednak dramatycznie całe tło środowiskowe. Potrafi obniżyć wilgotność powietrza, zahamować deszcze, znacznie wydłużyć okresy suszy i podkręcić fale upałów. To właśnie ta niszczycielska kombinacja sprawia, że dotychczasowy krajobraz niepostrzeżenie zamienia się w gigantyczny magazyn wysoce łatwopalnego paliwa.

I gdzie tu odpowiedzialność człowieka?

Każdy pożar ma swój początkowy punkt zapłonu. Może to być uderzenie pioruna, zerwana linia energetyczna, rzucony w trawę niedopałek, iskra z maszyny czy też celowe wypalanie. Jednak to nie sama iskra decyduje o tym, czy skończy się na niegroźnym incydencie, czy powstanie gigantyczna, niszczycielska ściana ognia.

O skali żywiołu przesądzają warunki środowiskowe, a te coraz częściej kształtowane są przez działalność człowieka. Zmiany klimatyczne drastycznie zwiększają prawdopodobieństwo wystąpienia ekstremalnych upałów, przyspieszają wysychanie szaty roślinnej i niebezpiecznie wydłużają okna pogodowe, w których przyroda jest najbardziej podatna na uderzenie żywiołu.

REKLAMA

Nie bez znaczenia pozostaje również to, jak zmieniamy krajobraz. Powszechne wylesianie, dzielenie zwartych kompleksów leśnych na mniejsze fragmenty, masowe osuszanie mokradeł i nieustanna ekspansja terenów rolniczych sprawiają, że po prostu przybywa miejsc, w których ogień ma niezwykle ułatwiony start.

Przeczytaj także:

REKLAMA

Kiedy sezony pożarowe rozpoczynają się wcześniej i trawią coraz rozleglejsze obszary, do atmosfery uwalniane są potężne ilości dymu i gazów cieplarnianych. To z kolei napędza bezlitosny mechanizm błędnego koła – rosnące emisje wzmacniają globalne ocieplenie, co w konsekwencji stwarza jeszcze dogodniejsze warunki do wybuchu kolejnych pożarów.

REKLAMA
REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-05-14T18:12:22+02:00
Aktualizacja: 2026-05-14T17:47:16+02:00
Aktualizacja: 2026-05-14T15:24:35+02:00
Aktualizacja: 2026-05-14T12:27:39+02:00
Aktualizacja: 2026-05-14T11:34:42+02:00
Aktualizacja: 2026-05-14T10:32:49+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA