Grający mebel to HIT. Sprawdziłem tani głośnik, którego nie musisz chować
Sprawdziłem płaski głośnik imitujący stylową ozdobę ścienną. Przekonajcie się, jak ten zielony panel o mocy 20 W urozmaici wasz wieczór.

Czy można kupić mebel, który jakoś gra? Po kilku tygodniach spędzonych z zielonym głośnikiem SOLSKYDD mogę odpowiedzieć: tak. I wbrew pozorom nie jest to obelga, ale niezwykle trafne podsumowanie tego, czym ten szwedzki sprzęt jest w praktyce.
To urządzenie, które od pierwszej sekundy udaje element wystroju, a dopiero w drugiej kolejności przypomina nam, że w jego wnętrzu siedzi całkiem konkretna elektronika.

Patrząc na niego w salonie, widzę raczej płaski, tekstylny krążek niż klasyczny „sprzęt audio”, który zazwyczaj trzeba upychać gdzieś pod telewizorem lub chować za zasłoną. Średnica 29 cm (są dostępne wersje 19 i 45 cm) i dość głęboka obudowa sprawiają, że zawieszony na ścianie wygląda trochę jak dekoracyjny talerz, a postawiony na półce - jak nowoczesny, designerski panel, który przez czysty przypadek dostał kabel zasilający. I wszystko za 249 zł. To prawdopodobnie pierwszy głośnik w moim domu, którego naprawdę nie mam najmniejszej ochoty chować przed wzrokiem gości.

Co kryje się pod tekstylnym materiałem?
Od strony czysto technicznej SOLSKYDD nie jest wydmuszką. Wewnątrz tej niepozornej obudowy pracuje 4‑calowy woofer połączony z 1‑calowym głośnikiem wysokotonowym. Całość zasilana jest wzmacniaczem o mocy 20 W.
Producent deklaruje pasmo przenoszenia od 55 do 20 000 Hz. To pełen zakres, jakiego oczekujemy od kompaktowego głośnika do mieszkania, a nie tylko tanie, plastikowe puknięcia znane z głośniczków wbudowanych w telefony.

Dla mnie kluczowe pozostaje to nietypowe połączenie: na zewnątrz sprzęt wygląda jak ładna dekoracja wyjęta prosto z katalogu wnętrzarskiego, ale w swojej specyfikacji wcale nie wstydzi się stanąć w jednym rzędzie ze zwykłymi, mocnymi głośnikami Bluetooth.
Banalna łączność, przydatne EQ i Spotify Tap
Podłączenie i codzienna obsługa tego urządzenia są wręcz banalne. Parowanie przez Bluetooth trwa zaledwie ułamek sekundy, a kiedy mam ochotę na nieco bardziej tradycyjne i stabilne rozwiązania, mogę bez problemu sięgnąć po wejście AUX lub złącze optyczne, wpinając głośnik prosto w monitor czy telewizor w salonie.

Do mojej dyspozycji oddano również trzy wbudowane tryby EQ, które jednym, szybkim przełączeniem zmieniają charakter brzmienia - od spokojniejszego, zredukowanego basu, po wyraźniejsze „podbicie” dolnych rejestrów, idealne do wieczornego grania w tle.
Bardzo fajnym, wygodnym dodatkiem jest funkcja Spotify Tap: wciskam jeden fizyczny przycisk na obudowie i natychmiast wracam do muzyki, którą przerwałem wcześniej, bez konieczności sięgania po telefon i grzebania w aplikacjach.
Jak to właściwie gra na co dzień?
Przejdźmy do najważniejszego: jak to gra? Zaskakująco daje radę jak na coś, co ma w pierwszej kolejności udawać uroczy element wystroju. 4-calowy przetwornik niskotonowy potrafi przepchnąć zdumiewająco dużo powietrza.

Bas jest tu obecny i ociepla całą scenę. Daje mocne poczucie, że w salonie naprawdę coś gra, a dźwięk ma swój ciężar, w przeciwieństwie do płaskiego cykania ze zwykłych, przenośnych głośniczków.
Wokale są z kolei wystarczające do komfortowego słuchania merytorycznych podcastów. 1-calowy głośnik wysokotonowy zestrojono bardzo zachowawczo - góra pasma nie syczy, nie kłuje i zupełnie nie męczy uszu.
Bolesny lag - uwaga na seriale i filmy
Zanim jednak przejdziemy dalej, muszę w tym miejscu stanowczo dopisać jedną, niesamowicie ważną, a dla niektórych przeważającą o zakupie rzecz: lag. Jeśli planujecie oglądać z tym głośnikiem jakiekolwiek wideo po Bluetooth, ostrzegam - występuje tu potężne i mocno zauważalne opóźnienie.

Nieważne, czy mówimy o parowaniu z nowym Maciem, świeżym telewizorem ze Smart TV, czy laptopem z Windowsem. Lag po połączeniu bezprzewodowym wynosi od około 0,3 do 0,6 sekundy. Sprawia to, że dźwięk brutalnie mija się z ruchem warg aktorów na ekranie. W serialach i filmach takie rozjechanie ścieżki audio po prostu potwornie męczy i całkowicie zabiera przyjemność z seansu.
Dlatego jeśli myślicie o korzystaniu z SOLSKYDD jak z jedynego i głównego głośnika do telewizora lub domowego kina, po Bluetooth zdecydowanie tego nie polecam. Chcąc zniwelować ten uciążliwy efekt, jesteście wręcz skazani na podłączenie go kablem, wykorzystując wspomniane wcześniej wejścia AUX lub optyczne.
Sprawdzian w różnych gatunkach muzycznych

Jeśli rozłożymy brzmienie na czynniki pierwsze, SOLSKYDD pokazuje swój specyficzny, domowy charakter. Okej radzi sobie z muzyką pop, elektroniką czy lżejszym jazzem, gdzie miękki, lekko pogrubiony bas nadaje utworom przyjemnego klimatu. Dobrze wypada też przy muzyce akustycznej - gitary brzmią naturalnie, a głosy wokalistów wybijają się na pierwszy plan.
Schody zaczynają się dopiero przy bardzo gęstych, skomplikowanych aranżacjach rockowych lub metalowych. Przy szybkim tempie i wielu nałożonych na siebie instrumentach, głośnik potrafi delikatnie gubić separację, a dźwięk staje się lekko zbity. Nie jest to sprzęt o analitycznym zacięciu, który pozwoli ci wyłapać każde pociągnięcie smyczka w orkiestrze - on stawia na rozrywkę i relaks.
Wizja ekosystemu i nieuniknione kompromisy
Najbardziej w tym wszystkim podoba mi się wizja wielu takich mebli, które grają rozsianych po jednym mieszkaniu. Głośniki SOLSKYDD można bez problemu sparować w pełnoprawne stereo, a także spiąć w jeden, duży system multi‑speaker. Pozwala to zbudować bardzo prostą, ale niezwykle efektywną sieć grających paneli w różnych pomieszczeniach.

Zamiast jednego, szpecącego pudła w salonie, możesz mieć kilka dyskretnych punktów dźwięku, które naturalnie wpisują się w przestrzeń, budując świetną, otaczającą scenę dźwiękową bez dudnienia z jednego kąta pokoju.
Oczywiście, ten genialny pomysł ma również swoje wyraźne granice. To absolutnie nie jest sprzęt, który ma zburzyć ściany sąsiadom. Trzeba go od początku traktować jako sprytne, muzykalne dopełnienie wnętrza, a nie jako zastępstwo dla wielkiego, dobrego zestawu stereo stworzonego dla wytrawnych audiofilów.
Werdykt: czy warto zaprosić go do domu?
Dlatego na postawione na samym wstępie pytanie - czy można kupić mebel, który przy okazji gra - odpowiadam z pełnym przekonaniem: tak, i ten mebel nazywa się SOLSKYDD. Jak to ostatecznie gra? Gra okej - nie jakoś zaskakująco, nie niesamowicie - ale jest po prostu nieźle. Wydając 249 zł, masz bardzo ładny mebel, z którego przy okazji z przyjemnością posłuchasz muzyki.
To kwintesencja prostoty użytkowania: żadnych dodatkowych aplikacji, żadnych problemów z konfiguracją sieci czy kontami.
To po prostu miły mebel, który zagra sensownie i naturalnie wtopi się w twoje mieszkanie, a jeśli na jakimkolwiek etapie potrzebowałbyś pomocy z obsługą przycisków, w zestawie znajdziesz też szczegółową instrukcję. Warto tylko mieć z tyłu głowy opóźnienia Bluetooth i zaopatrzyć się w kabel, jeśli planujesz urządzać z nim maratony filmowe.



















