Robot w Polsce przegania dziki, a świat się zachwyca. Szkoda, nie powinien
Ktoś skomentował, że robot przepędzający dziki z ulic Warszawy to dowód na to, że Polska żyje w przyszłości. Mam jednak wrażenie, że podróż w czasie odbyliśmy w przeciwnym kierunku.

Robot Edward Warchocki bije rekordy popularności w polskim internecie. A to odwiedza posłów w Sejmie, a to pojawia się na meczu lub jest gościem popularnego telewizyjnego programu. Teraz furorę robi filmik, na którym widać, jak robot przegania dziki.
Zapewne zestresowane zwierzęta uciekają w popłochu. Na jednym z nagrań widać, że dziki nie bardzo wiedzą co robić, są niemal przyparte do muru. Robot na szczęście nie zdążył do nich podbiec.
Ktoś skomentował, że Polska żyje w przyszłości: oto robot dba o porządek i przepędza dziką zwierzynę. Mam jednak wrażenie, że to sceny jak z dawnych, niechlubnych czasów. Nie chcę generalizować czy niepotrzebnie obrażać przodków, ale takie podejście do zwierząt nie ma w sobie nic, czego moglibyśmy oczekiwać od człowieka współczesnego.
Zamiast empatii głupia rozrywka polegająca na radości z cudzej krzywdy
Owszem, znajdziemy więcej przykładów na bardziej okrutne traktowanie zwierząt przez człowieka. Tu jednak jedynym celem jest prymitywna zabawa.
W każdym miejskim poradniku czytamy, żeby nie zbliżać się do dzików. "Dzięki temu chronisz siebie przed ewentualnym atakiem oraz zwierzę przed stresem" – apelowano w Sopocie. Obawiam się, że autorzy nagrania wręcz liczyli, że dzik może zaatakuje robota. Nagranie tylko zyskałoby na sensacyjności, a pewne środowiska ucieszyłyby się z rzekomego dowodu na to, że dziki w mieście są agresywne. Cóż, w tym przypadku jeśli nawet by były, to nie bez powodu.
Unikaj gwałtownych ruchów, hałasu i krzyków. Spokój i opanowanie pozwolą uniknąć niepotrzebnego stresu u zwierzęcia i zmniejszą ryzyko konfrontacji.
Nie wiemy, gdzie przerażone zwierzęta mogły zbiec i jak zareagowałyby na widok człowieka. Być może mogłyby wbiec pod jadący samochód. Zresztą nie trzeba kreślić takich scenariuszy, bo sam pomysł gonitwy jest przejawem skrajnej nieodpowiedzialności i braku empatii. Bez względu na to, o jaką istotę chodzi.
Dziki w mieście to już nie goście
Obecność dzików na polskich osiedlach wywołuje wiele emocji. Niektórzy uważają, że trzeba pogodzić się z takim sąsiedztwem. Dzika zwierzyna wkracza do miast, bo nie ma wyjścia – przepędzamy ją z lasów, pól i łąk. To my zabieramy jej teren do życia, nie odwrotnie.
Druga strona widzi tylko konsekwencje takiego stanu rzeczy i chce przed zwierzyną się bronić. Nierzadko sięgając po najprostsze, a przy tym okrutne metody. To nic, że nieskuteczne, jak zwraca uwagę wielu naukowców.
Ostatnio w mediach głośno było o zastrzeleniu dzików w Warszawie. Ciała wrzucane były do pojemników na śmieci. "W związku z naszymi ostatnimi działaniami na Bemowie i Mokotowie przepraszamy za sytuację, w której zostali Państwo narażeni na widok usypiania dzików w przestrzeni publicznej. Zdajemy sobie sprawę, że było to doświadczenie trudne i niepokojące" – przyznano na profilu Lasy Miejskie Warszawa.
To co widać z mojej perspektywy, to bezprawne zabijanie dzików w mieście. Żeby bowiem zabić zwierzę w takich okolicznościach musi być spełniony warunek realnego zagrożenia życia i zdrowia ludzi. Dzik idący po podwórku takim zagrożeniem nie jest. Żeby dzik był faktycznie niebezpieczny musi zajść kilka okoliczności. W Polsce każdego dnia 80-100 osób zostaje pogryzionych przez psy, poważny atak dzika zdarza się co kilka miesięcy. (…) O ile zabijanie dzików poza miastem w ramach polowania czy odstrzału sanitarnego jest legalne (choć kontrowersyjne, o czym wiele razy pisałem), o tyle zabijanie ich mieście nie jest polowaniem, a legalne może być tylko w szczególnych sytuacjach zagrożenia życia i zdrowia ludzi - musi być to dokładnie uzasadnione. Tymczasem to, co robi się w Warszawie, ale też w innych miastach to "wolna amerykanka" – zwraca uwagę na facebokowym profilu Robert Maślak.
- Miasto nie należy wyłącznie do człowieka. Jeżeli nie uwzględnimy potrzeb zwierząt w planowaniu przestrzennym - nie zabezpieczymy odpadów, nie zachowamy korytarzy ekologicznych, nie pozostawimy ostoi - konflikty będą narastać – apelowała w rozmowie z PAP prof. Dagny Krauze-Gryz.
W Gdyni zauważono, że bardzo istotne jest to, aby tereny miejskie stały się nieatrakcyjne dla dzików, a jednocześnie trzeba sprawić, by obszary pozamiejskie były dla nich odpowiednie. Rozwiązaniem są więc np. specjalne rośliny albo kosze na śmieci, do których zwierzęta nie mają dostępu. Wtedy nie mogą dostać się do pożywienia.
- Nikt się nie zastanawia nad przyczynami, które sami generujemy, a potem jest tylko konstatacja, że dzików jest "za dużo", "są złe", "agresywne" i "trzeba je zabić" - zwraca uwagę w rozmowie z PAP dr hab. Jakub Gryz, prof. Instytutu Badawczego Leśnictwa.
Dziki więc nie mają łatwego życia. Szkoda, że ludzie dostali nowe narzędzie, aby jeszcze bardziej im je uprzykrzyć.



















