Gigantyczne erupcje na Słońcu. Wideo mrozi krew w żyłach
Słońce na co dzień kojarzy się z jasną tarczą i spokojnym światłem, ale w tej wersji wygląda jak żywy, bardzo niespokojny organizm.

NASA zmontowała wideo, na którym widać serię wyrzutów masy koronalnej – ogromnych chmur plazmy wystrzeliwujących w przestrzeń. Materiał obejmuje okres od 21 października do 12 listopada 2025 r., a w kadrze pojawiają się też Wenus, Merkury oraz kometa C/2025 A6 (Lemmon).
Co właściwie oglądamy na nagraniu i czemu wygląda to tak dramatycznie?
Na filmie Słońce jest w centrum, a dookoła niego co jakiś czas pojawiają się jasne, rozlewające się struktury. To nie płomień w potocznym sensie, tylko materia wyrzucona z zewnętrznych warstw atmosfery naszej gwiazdy. Wyrzuty masy koronalnej (CME) potrafią rozchodzić się we wszystkich kierunkach, dlatego w tej mozaice widać je jak chmury uciekające od tarczy na boki i do góry kadru.
Wrażenie robi też sama skala. Człowiek ma swoją intuicję z Ziemi: dym, eksplozja, fala uderzeniowa. Tu skala jest dosłownie kosmiczna, ale mechanizm wizualny bardzo podobny: coś gęstszego i jaśniejszego wylatuje w rzadsze otoczenie. Tyle że tym dymem jest plazma – gaz tak gorący, że atomy tracą elektrony, a całość zaczyna mocno reagować na pola magnetyczne. I właśnie magnetyzm jest tu reżyserem całego przedstawienia.
CME po ludzku: czym różni się od rozbłysku?
Łatwo wrzucić wszystko do jednego worka z etykietą erupcje Słońca, ale są dwa różne zjawiska, które często występują razem. Rozbłysk słoneczny to nagły błysk energii – mocne promieniowanie, które do Ziemi dociera szybko (bo to światło i inne formy promieniowania). CME to z kolei wyrzut materii, czyli chmura naładowanych cząstek i splątanych pól magnetycznych, która potrzebuje czasu, by dolecieć do okolic Ziemi.
Kiedy taka chmura jest skierowana w naszą stronę i dobije do Ziemi, zaczyna się ostra gra z magnetosferą, czyli ziemską tarczą zbudowaną z pola magnetycznego. Ta zwykle odgina wiatr słoneczny, ale CME potrafi być dosłownie jak taran: niesie gęstszy strumień naładowanych cząstek i własne pole magnetyczne. Jeśli jego ustawienie jest pechowe (w uproszczeniu: sprzyja mieszaniu się pól), dochodzi do gwałtownego przekazywania energii do ziemskiego otoczenia. To właśnie wtedy rośnie szansa na burzę geomagnetyczną, czyli okres, w którym pole magnetyczne Ziemi zaczyna wyraźnie falować, a prądy indukują się tam, gdzie normalnie ich nie ma.
Efekty potrafią wyglądać przepięknie, np. zorze polarne schodzą niżej niż zwykle, niebo robi się zielone, czerwone albo fioletowe, a zdjęcia z telefonów nagle przypominają pocztówki z Islandii. Ale ten sam mechanizm potrafi być problemem dla technologii. I to ogromnym. W jonosferze pojawiają się zakłócenia, które psują propagację fal radiowych. Nawigacja satelitarna zaczyna pływać, bo sygnał GPS/Galileo przechodzi przez rozchwiane warstwy atmosfery i dostaje opóźnienia, których nie da się łatwo przewidzieć.
Satelity dostają w kość podwójnie. Z jednej strony rośnie ryzyko błędów elektroniki przy zwiększonym promieniowaniu, z drugiej atmosfera na pewnych wysokościach może się lekko napompować i zwiększyć opór, co utrudnia utrzymanie prawidłowej orbity. A na Ziemi największą uwagę zwracają sieci energetyczne, bo burze geomagnetyczne potrafią indukować prądy w długich liniach przesyłowych i przeciążać transformatory.
To samo zjawisko, które daje spektakularne niebo, bywa też testem odporności infrastruktury, bez której dziś nie działa ani internet, ani transport, ani codzienna logistyka.
PUNCH: cztery satelity, jedna mozaika i sztuczne zaćmienie w kosmosie
Ten film nie powstał z jednego teleskopu. PUNCH to zestaw czterech niewielkich satelitów, które pracują jak jeden, wirtualny instrument. Jeden z nich ma kamerę z koronografem. To urządzenie, które zasłania jasną tarczę Słońca, tworząc coś w rodzaju sztucznego zaćmienia i odsłaniając delikatne szczegóły korony. Pozostałe trzy satelity patrzą szerzej, żeby objąć większy obszar wokół Słońca. Potem dane są składane w jedną mozaikę, dzięki czemu da się śledzić zjawiska w sposób bardziej ciągły i panoramiczny.
Klucz tkwi w tym, że korona i świeżo urodzony wiatr słoneczny są piekielnie słabe w porównaniu z jasnością tła i samego Słońca. PUNCH korzysta z pomiaru polaryzacji światła – patrzy nie tylko na to, jak jasno świeci dana struktura, ale też jak ustawione jest rozproszone światło. To pomaga wyciągać z obrazów ślady elektronów rozpraszających promieniowanie i budować bardziej przestrzenny obraz tego, co się dzieje między Słońcem a planetami.
Dlaczego opisywany okres był dla nas szczególny?
Końcówka 2025 r. była głośna nie bez powodu. W listopadzie pojawiły się silne epizody pogody kosmicznej, a prognozy mówiły nawet o warunkach burzy geomagnetycznej klasy G4. W komunikatach zwracano uwagę na serię CME z kolejnych dni oraz na wyjątkowo energetyczny wyrzut powiązany z rozbłyskiem klasy X5.1 z 11 listopada 2025 r. Taki zestaw potrafi podnieść poziom ryzyka dla technologii zależnej od satelitów i sieci energetycznych.
Z tego samego okresu pochodzą materiały pokazujące zorze widziane z orbity: 12 listopada 2025 r. na zdjęciach z ISS widać intensywne kolory, a opis łączy je z CME skojarzonym właśnie z rozbłyskiem X5.1 z dnia wcześniejszego. Krótko mówiąc, ten film PUNCH to nie tylko widowisko, lecz także fragment układanki, która kończy się realnymi zjawiskami nad naszymi głowami.
Przeczytaj także:
Jeśli to nagranie robi wrażenie tak duże niczym zwiastun porządnego filmu katastroficznego, to dlatego, że pokazuje coś, czego zwykle nie widzimy gołym okiem, a mianowicie delikatną, ale ogromną dynamikę materii wokół Słońca. PUNCH jest po to, żeby tę dynamikę oglądać szeroko, regularnie i na tyle precyzyjnie, by lepiej rozumieć, kiedy chmura plazmy leci w stronę Ziemi, a kiedy mija nas bokiem. A my, przy okazji, dostajemy jeden z tych rzadkich materiałów, które jednocześnie uczą i hipnotyzują.



















