REKLAMA

Google zasypany prośbami z Polski. "Chcemy zniknąć z sieci"

Polacy nigdy wcześniej tak masowo nie prosili Google, by przestał o nich pamiętać. W ciągu roku liczba żądań usunięcia danych z wyników wyszukiwania wzrosła o ponad 75 proc., a połowa z nich kończy się faktycznym zniknięciem niewygodnych odnośników.

Firmy, urzędnicy, celebryci. Kto naprawdę czyści dziś swój wizerunek w Google?
REKLAMA

Z najnowszych statystyk wynika, że w ostatnim roku z Polski wysłano do Google około 24,2 tys. żądań usunięcia treści, podczas gdy rok wcześniej było ich 13,8 tys. Tak dynamiczny skok pokazuje, jak szybko rośnie świadomość, że cyfrowy ślad jest kapitałem, ale i obciążeniem, którego w razie potrzeby można próbować się pozbyć.

REKLAMA

Co ważne, mniej więcej co drugi wniosek kończy się sukcesem. Oznacza to, że tysiące linków prowadzących do kompromitujących, fałszywych lub po prostu przestarzałych informacji przestaje pojawiać się w wynikach wyszukiwania. Dane Google ustawiają Polskę na 7. miejscu w UE pod względem liczby takich żądań. Do rekordzistów z Wielkiej Brytanii czy Francji wciąż nam daleko, ale na tle regionu wyraźnie widać, że obawy o prywatność w sieci przestały być niszą dla prawników i aktywistów.

Prawo do bycia zapomnianym daje dziś przeciętnemu internaucie coś, o czym jeszcze dekadę temu można było marzyć, a mianowicie możliwość zażądania usunięcia z wyszukiwarki powiązań z informacjami, które są nieprawdziwe, nieaktualne albo pozbawione solidnej podstawy prawnej.

Wnioskują nie tylko zwykli internauci. Do gry wchodzą firmy i politycy

Ponad 90 proc. polskich żądań kierowanych do Google pochodzi od osób prywatnych. Tu dominują sprawy związane z mediami społecznościowymi, lokalnymi portalami, dawnymi ogłoszeniami czy komentarzami, które po latach żyją własnym życiem, choć dawno przestały być aktualne. Coraz częściej chodzi też o ochronę wizerunku małoletnich – w ostatnich 8. latach zanotowano w Polsce około 2,4 tys. takich spraw.

Reszta wniosków pokazuje jednak, że o cyfrowe zapomnienie walczą nie tylko zwykli użytkownicy. Od 2018 r. z Polski napłynęło blisko 1 tys. żądań od firm, które próbują poradzić sobie z falą szkalujących komentarzy, nieprawdziwych opinii i wpisów uderzających bezpośrednio w ich markę. Kolejne kilkaset wniosków pochodzi od urzędników, przedstawicieli instytucji państwowych i polityków, a także od innych osób publicznych, w tym celebrytów.

To pokazuje ciekawą zmianę mentalności biznesu i klasy politycznej. Jeszcze niedawno dominowało przekonanie, że jedyną drogą walki z oszczerstwami jest długa i kosztowna batalia sądowa. Dziś coraz częściej stawia się na ścieżkę administracyjną: zamiast pozywać wszystkie portale po kolei, lepiej uderzyć w rdzeń internetowego ekosystemu, czyli wyszukiwarkę.

Fala fałszywek i AI, która nigdy nie zapomina

Jak pisze Rzeczpospolita, na rosnącą liczbę wniosków nakłada się zjawisko, które szczególnie wyraźnie widać w Polsce: bezprawne wykorzystywanie wizerunku przedsiębiorców i osób publicznych w fałszywych reklamach inwestycyjnych, pseudo-kryptowalutowych czy cudownych produktach finansowych. Twarze znanych osób, takich jak popularni sportowcy czy znani prezesi, są podpinane pod treści, z którymi nie mają nic wspólnego.

W tym wszystkim dodatkowym zapalnikiem stała się sztuczna inteligencja. Modele generatywne uczą się na tym, co znajdują w sieci, nie odróżniając prawdy od dobrze przygotowanej manipulacji. Raz wprowadzona do obiegu fałszywa narracja o firmie czy człowieku może być potem w nieskończoność powielana i uszlachetniana przez kolejne systemy AI. Eksperci podkreślają, że ochrona prywatności i reputacji w takim świecie przestaje być tylko wymogiem prawa, a staje się fundamentem zaufania w cyfrowej gospodarce.

Dla przedsiębiorców to nie jest już tylko kwestia wizerunkowego kryzysu do ugaszenia za pomocą agencji PR. To element zarządzania ryzykiem na równi z polisą ubezpieczeniową czy audytem bezpieczeństwa. Jedna viralowa fałszywka w połączeniu z agresywnym rozsyłaniem przez algorytmy może w kilka dni przełożyć się na straty rynkowe.

Prawo do bycia zapomnianym bez DSA?

Na tym tle szczególnie mocno wybrzmiewa weto prezydenta Karola Nawrockiego wobec ustawy wdrażającej unijny akt o usługach cyfrowych. DSA miało wprowadzić bardziej przejrzyste zasady odpowiedzialności dużych platform za treści użytkowników, zwiększyć ich obowiązki w zakresie moderacji i raportowania oraz dać użytkownikom dodatkowe narzędzia do walki z nielegalnymi materiałami.

Statystyki z unijnej bazy DSA Transparency Database pokazują, że od uruchomienia systemu we wrześniu 2023 r. platformy zgłosiły już około 3,6 mld decyzji moderacyjnych, od ograniczenia zasięgu po całkowite usunięcie treści. To dowód, że nowe prawo na Zachodzie działa, porządkując choć fragment cyfrowego chaosu.

W Polsce jedynym realnym orężem pozostaje więc w praktyce RODO i prawo do bycia zapomnianym. To cenne narzędzie, ale ma swoje ograniczenia. Działa głównie na poziomie wyszukiwarki, a nie samego źródła nieprawdziwej treści. DSA miało z kolei uporządkować odpowiedzialność po stronie platform i zmusić je do większej przejrzystości.

Rejestr naruszeń i rzecznik praw czytelnika

Na brak pełnego wdrożenia DSA w Polsce próbują odpowiedzieć inicjatywy obywatelskie. Jedną z nich jest projekt rozszerzenia prawa do bycia zapomnianym, firmowany przez Roberta Szustkowskiego. Zakłada on stworzenie rejestru naruszeń praw osobistych oraz powołanie Rzecznika Praw Czytelnika – instytucji, która pomagałaby ofiarom fałszywych publikacji przygotować jednolity wniosek o usunięcie szkodliwych treści.

W zamyśle takie rozwiązanie miałoby wyrównać szanse między zwykłym obywatelem a wielkimi platformami. Chodzi o to, by każdy – niezależnie od zasobności portfela – mógł bronić swojej reputacji bez wieloletnich procesów i kosztownych kancelarii. Projekt ma już rekomendację Komisji Europejskiej, a jego autor prowadzi rozmowy z polskimi urzędami odpowiedzialnymi za sprawiedliwość, cyfryzację i ochronę danych osobowych.

Przeczytaj także:

Jeśli podobne pomysły wejdą w życie, walka z dezinformacją i cyfrowym linczem może w końcu wyjść poza poziom deklaracji. Dziś większość internautów radzi sobie na własną rękę: zgłasza treści, pisze do administratorów, w ostateczności wnosi sprawy do sądu. Statystyki Google pokazują jednak, że ta oddolna samoobrona zamienia się w trend, z którym system prawny będzie musiał się zmierzyć.

REKLAMA

Internet nigdy nie zapomina – to zdanie powtarzane od lat powoli przestaje być niepodważalnym dogmatem. Polacy nauczyli się, że można cofnąć przynajmniej część szkód, domagając się zniknięcia najbardziej dotkliwych śladów z wyszukiwarki. Fala wniosków do Google pokazuje jednak coś więcej niż tylko rosnącą świadomość RODO. To sygnał, że społeczeństwo nie godzi się na to, że raz coś wrzucone do sieci na zawsze w niej pozostaje i oczekuje równowagi między pamięcią internetu a prawem do zapomnienia.

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-02-17T06:31:56+01:00
Aktualizacja: 2026-02-16T20:11:37+01:00
Aktualizacja: 2026-02-16T19:57:45+01:00
Aktualizacja: 2026-02-16T18:33:26+01:00
Aktualizacja: 2026-02-16T18:08:50+01:00
Aktualizacja: 2026-02-16T17:48:45+01:00
Aktualizacja: 2026-02-16T17:17:15+01:00
Aktualizacja: 2026-02-16T14:59:51+01:00
Aktualizacja: 2026-02-16T13:39:42+01:00
Aktualizacja: 2026-02-16T08:48:28+01:00
Aktualizacja: 2026-02-16T07:41:35+01:00
Aktualizacja: 2026-02-16T07:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-16T06:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-15T16:30:00+01:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA