Pamiętacie modę na rezygnowanie z telewizora? Coś mi przypomina
Gdy ponad 15 lat temu ktoś powiedział, że nie ma telewizora, patrzono na niego jak na dziwo nie z tego świata. Dziś takiej reakcji nie wywołałoby wyznanie o braku smartfonu czy konta na Facebooku.

Moi rodzice zrezygnowali z telewizora zanim to było modne. Dzięki temu duży, kineskopowy odbiornik wylądował w moich czterech ścianach. Nie pamiętam jednak, kiedy dokładnie to się stało. Finał Ligii Mistrzów pomiędzy Barceloną a Arsenalem w 2006 r. oglądałem jeszcze w dużym pokoju. Albo może znowu w dużym pokoju? Rodzice na wieść o moich pierwszych wagarach zapomnieli o przestrodze mówiącej o tym, co dzieje się z tymi, którzy najpierw dają, a potem zabierają, więc karą za zerwanie się z lekcji było przeniesienie wielkiego ekranu na jakiś czas z powrotem do salonu. Surowe posunięcie, choć czas miał pokazać, że nieskuteczne.
Tak jak nie pamiętam konkretnych dat, tak nie pamiętam też motywacji rodziców. Raczej nie był to wielki manifest, ideologiczne wyznanie ani nawet bunt spowodowany tym, co leciało w telewizji, a czego w niej z kolei brakowało. Najwyraźniej rodzice po prostu byli zmęczeni gadającym ekranem. Nie potrafię przywołać w pamięci, czy telewizor grał u nas non stop, czy włączało się go z konkretnego powodu – filmu, serialu albo wiadomości. Zapewne wolałem nie drążyć, by czasami nie odwieść ich od pomysłu rezygnacji z telewizora, na czym przecież skwapliwie skorzystałem. Pewnie dlatego też irytowały mnie zdziwienia ludzi na wieść o tym, że rodzice nie oglądają telewizji, ba, w ogóle nie mają odbiornika. "Przestańcie się wypytywać, bo jeszcze pomyślą, że to rzeczywiście zbyt pochopna i niepotrzebna decyzja" – tak mogłem myśleć.
W 2009 r. był to już trend ogólnopolski, o czym świadczyć może artykuł opublikowanym w "Plus minus". Polska rezygnowała, ale nie cała. Zjawisko wciąż wydawało się na tyle dziwne, że osoby odchodzące od telewizorów zestawiono z "kloszardami" (!) i odkrytym w 2008 r. "dzikim plemieniem znad Amazonii". Oni, owszem, z wiadomych przyczyn nie mogą śledzić, co dzieje się w telewizji. Odmawiać sobie tego z własnej nieprzymuszonej woli? "Czy to tylko chwilowa moda? Snobizm?" – pytał autor, dostrzegając, że "w wielu domach telewizor staje się kłopotliwym, zbędnym rekwizytem".
Taki ruch był wówczas przede wszystkim domeną osób znanych. Z oglądania telewizji pod koniec pierwszej dekady XXI w. rezygnowali dziennikarze, politycy, artyści, architekci czy informatycy. Wypisanie się z tej rozrywki oznaczało, że na spotkaniach nie rozpoznawało się sławnych ludzi, znanych z tego, że są znani. Zabawna anegdota, ale pokazująca, kto pozwalał sobie na komfort nie bycia na bieżąco.
Nie wiem, kto jest bohaterem telenoweli "Na Wspólnej", nie wiem, kto występuje w "Klanie". Ale nie przeszkadza mi to w życiu – mówił Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego, który telewizora nie miał od 11 lat.
Rzeczywiście, brzmiało to trochę jak snobizm
Jeden z prawników przyznawał, że zamiast oglądać sport w telewizji, jego rodzina woli biegać albo grać w tenisa. Kiedy Polska B zanosiła się śmiechem oglądając kabarety lub też wzruszając się przy 578 odcinku rodzimej telenoweli, Polska A czytała i słuchała muzyki, rzecz jasna poważnej. Klasowy podział był jasny. Ci lepiej usytuowani mogli przestać oglądać, bo mieli czas i środki na inne rozrywki. Rezygnacja z telewizji była fanaberią, ale i przywilejem, na który nie wszyscy mogli sobie pozwolić.
Odchodzenie od telewizji motywowane było także dobrostanem najmłodszych. Bogusława Mazurkiewicz, psycholog i psychoterapeuta specjalista od leczenia uzależnień z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, w rozmowie z gazetą wyjaśniała, że "problem nie leży w telewizorze, tylko w sposobie jego wykorzystania".
Jeśli rodzice pokażą, że jest to narzędzie, którym można się posłużyć i mądrze je wykorzystać, nie ma problemu. (…) Wszystko zależy od tego, co rodzic oferuje w zamian. Jakie narzędzia wykorzysta, by dziecku pokazać świat – tłumaczyła.
Brzmi zadziwiająco znajomo, prawda?
W 2026 r. wystarczy wyjąć telewizor i podstawić smartfon, a wszystko będzie się zgadzało. Dalej można tak bronić przekazywanie telefonów nawet najmłodszym. Wystarczy odpowiednia edukacja. Inne urządzenia, inne problemy, ale te same rozwiązania i sugestie. Gorzej, że dalej jesteśmy bezradni. A może nawet jeszcze bardziej. Wiara w to, że wystarczy ostrzec i uświadomić, jakie zagrożenia czyhają, raczej nie pomoże. Tym bardziej że sami dorośli są w tym współczesnym świecie mocno pogubieni. Przesiadywanie przed telewizorem do 2:00 to pikuś przy tym, w jakie dziury można wpaść zagłębiając się w YouTube'a, TikToka czy nawet komentarze na Facebooku. A to początek listy pułapek.
Mimo wszystko podobieństwa rzucają się w oczy. W tekście z 2009 r. za przykład służyły osoby, które zrezygnowały z kablówki, ale postawiły na własną kolekcję filmów na DVD. To samo dzieje się przecież dzisiaj. Streaming kusi bogactwem, ale szybko okazuje się, że nie ma tego, co akurat chcielibyśmy obejrzeć. Nawet jeżeli nasz ulubiony serial jest w ofercie, to nie ma gwarancji, że tak samo będzie za pół roku. Tradycyjny nośnik znowu jest receptą.
Niby kręcimy się w kółko, ale pocieszające jest, że uświadomienie problemu w przypadku smartfonów, mediów społecznościowych czy big techów zajęło nam jednak nieco mniej czasu. W 2009 r. odejście od telewizji przedstawiane było nadal jako fanaberia, a przecież telewizja była z nami już tak długo. Argumenty były racjonalne, ale reagowano ze zdziwieniem. Podobny szok wywołałoby odcięcie się od ciepłej wody czy lodówki albo piekarnika. Pewnie, można – ale po co? Może przespano moment, kiedy należało powiedzieć: "stop, zastanówmy się, czy to nam za bardzo nie szkodzi". Takie głosy musiały być, ale się nie przebiły i w 2009 r. moda na brak telewizora była po prostu ciekawostką. Czyżbyśmy tego błędu teraz nie popełnili i zareagowaliśmy w porę, wciskając przycisk alarmowy?
W 2010 r. "Fakt" w sensacyjnym tonie donosił, że raper Mrozu nie ma odbiornika
Ta sama gazeta dwa lata później relacjonowała, że telewizji nie ogląda również aktorka Małgorzata Kożuchowska. Nieposiadanie telewizora było dziwne nawet w 2018 r. – od tego wrocławska "Wyborcza" zaczęła sylwetkę zwycięzcy MasterChefa z Wrocławia. W tym samym roku przedstawiano postać Adama Bieleckiego, a brak telewizora był takim samym dziwem, co chodzenie na szczudłach. Może nawet większym, bo właśnie ten fakt wymieniono w tytule jako pierwszy. Szczudła można zrozumieć, ale serio, gość nie ogląda telewizji? Nieźle!
Kiedy dziś powiedzielibyśmy, że ktoś nie ma smartfonu albo nie posiada konta w mediach społecznościowych, reakcją może i byłoby zdziwienie. Mimo wszystko jednak delikatne – wzruszenie ramionami, ale nie łapanie się za głowę i krzyczenie do innych, by natychmiast przybiegli zobaczyć dziwaka, przybysza z innej nietelewizyjnej planety.
Za to nie zabrakłoby też takich, którzy stwierdziliby, że to całkiem rozsądna decyzja i sami się zastanawiają, czy nie skasować konta albo robić zdjęcia aparatem, a nie telefonem – byle tylko uciec od ekranu.
Gdyby kilkanaście lat temu ktoś odważyłby się nieśmiało zasugerować, że dzieci powinny mieć dostęp do telewizora dopiero wtedy, gdy skończą np. 15 lat, mało kto traktowałby go poważnie. Tymczasem dziś w Polsce panuje powszechna zgoda w opinii, że dzieci spędzają w social mediach zdecydowanie za dużo czasu i że państwo powinno w końcu coś z tym zrobić.
Owszem, dawniej też narzekano, że młodych nie da się odciągnąć od odbiorników – "siedzisz tyle przed tym telewizorem, że sobie wzrok popsujesz" – i panowała pewnie powszechna zgoda, że inne zajęcia byłyby bardziej pożądane, ale ze śmiechem politowania przyjęto by np. propozycję listy kanałów zakazanych dla młodzieży. Wiadomo, że były ograniczenia i niektórych programów czy filmów młodzi nie powinni oglądać, ale wszystko zależało od rodziców.
Dziś zakaz mediów społecznościowych jest rozważany, bo mamy narzędzia, by móc go wdrożyć i egzekwować – nie zawsze doskonałe, ale jednak istnieją. Nie dałoby się zablokować nadawania programu, bo na ekran patrzy młody. Choćby z tego powodu trudno porównywać te dwie sytuacje, ale samo podejście społeczeństwa pokazuje, jak wiele się zmieniło.
Tylko czym skończyło się to wielkie odejście od telewizji?
Niedawno pisaliśmy na łamach Spider's Web o raporcie, z którego wynika, że Polacy w grudniu 2025 r. oglądali telewizję średnio przez 4 godz. 7 min dziennie. To tradycyjna telewizja odpowiada za 81,6 proc. udziału oglądalności. Oczywiście, że zmieniła się forma spędzania czasu przed ekranem – "mam telewizor, ale telewizji nie oglądam" – ale mimo wszystko stary gigant dalej ma się dobrze.
Niewykluczone, że prawnik, artysta czy informatyk z 2009 r., do dziś nie ma telewizora w swoim domu. Kiedy wszyscy trzymali kciuki za Kacpra Tomasiaka wlepiając się w transmisję, on dalej wzruszał się słuchając muzyki klasycznej albo kończył mecz tenisa. A może chociaż zaczynał nowy sezon serialu oglądając go na tablecie.
Niewykluczone jednak, że moda na rezygnacje z telewizji jest pewną przestrogą i formą ostrzeżenia. Rewolucja jak zawsze pożera własne dzieci – do krytykowanych dużych ekranów doszły te mniejsze i wpływają nas ze znacznie większą siłą. Co zostanie z exodusu z platform społecznościowych, z odkładania telefonów na półkę, włączania trybu samolotowego nawet wtedy, gdy nigdzie się nie leci?







































