Battlefield 6 mnie wścieka. EA wciska grę-usługę i wywala się na twarz
Battlefield 6 zaliczył najlepszy start w historii serii. Jednak teraz miliony graczy zostały na lodzie, bo Electronic Arts nie potrafi dowieźć własnego, znanego od tygodni planu.

Plan był prosty: po Bożym Narodzeniu oraz Sylwestrze gracze finiszują pierwszy sezon Battlefield 6, a twórcy wykładają na stół sezon numer dwa. W nim ze dwie-trzy nowe mapy, nowy pojazd, kilka broni oraz kontener zbędnej zawartości: skórki, naklejki, tytuły. Klasyka klasyki, jeśli chodzi o sieciowe strzelaniny w modelu gra-usługa.
Jednak teraz twórcy Battlefield 6 informują, że – upsik – nie wyrobią się z terminami znanymi od dłuższego czasu. Te kilka milionów osób, które kupiło strzelaninę na premierę, nie dostanie nowej zawartości, bo w Battlefield Studios mają problem z utrzymaniem własnych planów i założeń. Twórcy oficjalnie informują o kilkutygodniowym opóźnieniu, tłumacząc się dbaniem o jakość nowych elementów.
Ironia polega na tym, że gracze nie chcieli, aby Battlefield 6 był grą-usługą. To EA ma takie parcie.
Wielu fanów Battlefielda woli klasyczny model płatnych dodatków, obecny w serii do czasów Battlefielda V. Płaciło się wtedy co kilka miesięcy za nowy pakiet map, broni i pojazdów, co wymuszało na wydawcy odpowiednią dbałość o jakość DLC. W rezultacie w ciągu roku Battlefield rósł o 15 - 20 map. Czyli drastycznie więcej, niż od trzech odsłon oferuje się fanom za darmo.
Problem z płatnymi dodatkami był taki, że, cóż, były płatne. Co za tym idzie, nie każdy posiadacz bazowego Battlefielda kupował DLC. Powodowało to rozbicie społeczności oraz utrudniało budowanie pełnych serwerów na mapach z dodatków. Szczególnie dotkliwie czułem to w czasach BF1 (swoją drogą wciąż cudowny), gdzie DLC były palce lizać, ale mapy świeciły pustkami.

Aby nie rozdrabniać społeczności, Battlefield przeszedł na finansowy model gra-usługa. W nim nowe elementy takie jak mapy, bronie oraz pojazdy są oferowane za darmo, wszystkim graczom, a zyski ze sprzedaży DLC zastępowane są zyskami ze sprzedaży elementów kosmetycznych: mundurów, malowań maszyn, malowań broni, przypinek, tytułów oraz masy innych rakotwórczych elementów.
Gra-usługa to model stosowany przez zdecydowaną większość producentów sieciowych strzelanin, wliczając w to serię Call of Duty. O ile jednak twórcy CoD-a czują się w tej formule naprawdę nieźle, tak ŻADEN BATTLEFIELD W HISTORII nie realizował modelu gra-usługa w poprawny sposób. Nowa zawartość dla poprzednich odsłon była produkowana zbyt wolno i w zbyt małej liczbie. Z Battlefield 6 miało być inaczej.
Battlefield 6 miał udowodnić, że EA potrafi w gry-usługi. No i Elektronicy wyłożyli się na twarz.
BF6 to pierwsza odsłona od lat notująca tak świetne wyniki. Szósteczka osiągnęła coś, co jeszcze dwa lata temu wydawało się niemożliwe: pobiła Call of Duty pod względem popularności. Każdy rozsądny człowiek przypuszczałby więc, że kierownictwo EA stanie na rzęsach, aby zapewnić dochodowej produkcji odpowiednie wsparcie: kadrowe, zasobowe, finansowe i przerobowe. Tymczasem jeb na twarz.
Ktoś może napisać: - Ej Szymon, ale to tylko kilka tygodni obsuwy. Weź dotknij trawy - tyle tylko, że mówimy o absolutnie kluczowych kilku tygodniach. Właśnie teraz liczba aktywnych graczy BF6 na Steam spada grubo poniżej 70 tysięcy, podczas gdy rekord jednoczesnych logowań wynosi… 700 tysięcy. Dziesięć razy więcej. Jasne, każda gra wytraca użytkowników po premierze, ale tempo dla BF6 jest alarmujące. Battlefield 6 dał się przegonić takim grom jak Marvel Rivals, Baldur’s Gate 3, Path of Exile 2 czy Rust.
EA wykłada się w kluczowym momencie budowania relacji użytkownik-usługa. Dokładnie w chwili formowania się społeczności z prawdziwego zdarzenia. To nie jest drobne potknięcie przy dwunastym sezonie. To porażka w najwrażliwszym momencie. Zamiast napinać mięśnie, Battlefield Studios pokazuje miękkie podbrzusze, rozczarowując graczy.

EA robi doskonały prezent dla Call of Duty. Lepszego w Activision nie mogli sobie wymarzyć.
Call of Duty: Black Ops 7 to najmniej pożądana odsłona w historii serii i trudno się dziwić. Wygląda generycznie, a fatalna kampania fabularna w dużym stopniu wpłynęła na ogólny wizerunek shootera. Dlatego ekipa odpowiedzialna za CoD pracuje w dwójnasób, walcząc o uwagę użytkowników. Uwijają się jak w ukropie i to zaczyna przynosić efekty.
Black Ops 7 kompletnie mi nie leży pod względem stylu, designu oraz intensywności starć, ale jedno muszę oddać – multiplayer jest dobrze rozwijany. Postawieni pod ścianą, twórcy CoD-a faktycznie słuchają graczy i wprowadzają oczekiwane rozwiązania. Takie podejście sprawia, że liczba aktywnych użytkowników BO7 od miesiąca utrzymuje się na podobnym poziomie. W tym samym czasie ruch na serwerach Battlefielda ostro pikuje.
Jednocześnie komunikacja EA kompletnie zawodzi, a rozdźwięk między twórcami i społecznością się powiększa. Ci pierwsi wspominają, że debiutancki sezon Battlefield 6 był upchany zawartością, podczas gdy dla tych drugich był co najwyżej znośny. Dwie mapy, nowy pojazd, nowa broń… słabo, zwłaszcza jak na trzy miesiące. W tym samym czasie DLC dla poprzednich odsłon wprowadzało dwa razy tyle map, trzy razy tyle maszyn i odczuwalnie więcej broni. Nie wspominając o nowych frakcjach i stronach konfliktu.
EA, DICE, Battlefield Studios… weźcie się ogarnijcie.







































