REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. Technologie
  3. Sprzęt

Mam latarkę w zegarku i nie zawaham się jej użyć. Garmin Fenix 7X - recenzja

Garmin Fenix 7X ma właściwie wszystko, czego można oczekiwać od zegarka sportowego - a nawet więcej, bo producent zdecydował się w bonusie upchnąć w nim jeszcze... latarkę. Tylko czy warto go kupić?

Mam latarkę w zegarku i nie zawaham się jej użyć. Garmin Fenix 7X - recenzja
REKLAMA

Jeśli ktoś jest bardzo niecierpliwy i chce od razu poznać odpowiedź na to pytanie albo właśnie stoi przy kasie z Fenixem i nie wie, czy dobrze wybrał - proszę bardzo:

REKLAMA

Garmin Fenix 7X - czy warto go kupić?

Tak, jeśli potrzebujemy naprawdę świetnie wyglądającego i wyposażonego we właściwie wszystko zegarka sportowo-wyprawowego z fantastycznym akumulatorem i (w końcu) bardzo dobrym GPS (to tak w uproszczeniu), a nasz styl zakupowy można określić jako "sortuj od najdroższych i kup pierwszy wynik z listy".

Niespecjalnie, jeśli mamy np. 945 albo któregoś z Fenixów 6 (najlepiej Pro) i od nowego zegarka oczekujemy zatrzęsienia nowych funkcji.

Nie, jeśli szukamy kompaktowego zegarka sportowego, którego nie czuć na ręce. Albo jeśli chcemy po prostu mieć ładny ekran we współczesnym stylu. Albo nie chcemy płacić pełnej ceny w momencie premiery i nigdzie nam się nie spieszy - w takim wypadku lepiej poczekać.

A teraz wersja dla tych, którzy do podjęcia decyzji potrzebują trochę wiecej informacji.

Fenix 7X - co warto wiedzieć na start?

Garmin Fenix 7X - nawet w pełnym słońcu i bez podświetlenia ekran pozostaje czytelny.

Że - podobnie jak wcześniej w Fenixie 6 - do wyboru są trzy wersje rozmiarowe - Fenix 7S, Fenix 7 i Fenix 7X, z takimi samymi rozmiarami kopert jak poprzednio - odpowiednio 42, 47 i 51 mm. Bez zmian pozostają też przekątne wyświetlaczy (kolejno: 1,2", 1,3" i 1,4"), a także rozdzielczość - 240x240 dla mniejszego modelu, 260x260 dla średniego i 280x280 dla największego. Ten sam jest też rodzaj wyświetlacza (MIP) i porównując 1:1 ekran Fenixa 7X oraz mojego prywatnego 6X, trudno mi było dostrzec jakąś znaczącą różnicę.

Dostępne są też odmiany standardowe, odmiany z szafirowym szkłem na wyświetlaczu i ładowaniem solarnym oraz wersje z ładowaniem solarnym, ale bez szafiru. Czyli nie da się już kupić szafirowego Fenixa bez ładowania solarnego. Ważna informacja - wersje szafirowo-solarne obsługują wielozakresowy GPS, mają 32 GB pamięci (reszta - 16 GB) i wgrane mapy (do reszty trzeba je wgrać samemu, ale są za darmo), a także obudowy wykonane z tytany (stal w reszcie wersji).

Tym, co zmieniło się najbardziej, jest eliminacja serii Pro. W przypadku Fenixa 6 to oznaczenie otrzymywały zegarki wyposażone m.in. w mapy i możliwość odtwarzania muzyki bezpośrednio z zegarka. W serii 7 potrafią to już wszystkie modele, więc wybieramy tylko rozmiar, rodzaj materiału ochronnego na ekranie (Gorilla Glass DX w standardowym wydaniu, Power Glass w wersji Solar, Power Sapphire przy Solarze) i opcjonalne ładowanie solarne. Miły ruch, bo oferować w 2022 r. zegarek sportowy bez wszystkich gadżetów za 3300 zł i więcej to trochę przesada.

Jeśli chodzi o dostępne kombinacje i ceny, to całość prezentuje się mniej więcej tak:

  • Fenix 7 i 7S - ok. 3300 zł
  • Fenix 7 i 7S Solar - ok. 3800 zł
  • Fenix 7X Solar (nie ma wersji bez ładowania solarnego) - 4250 zł
  • Fenix 7S Sapphire Solar - ok. 4250 zł
  • Fenix 7 Sapphire Solar - ok. 4330 zł
  • Fenix 7X Sapphire Solar - ok. 4800 zł

Na testy do mnie trafiła ta ostatnia, wyceniona na prawie 5000 zł odmiana. I oczywiste było, że należy ją zestawić z jeszcze świeżymi wspomnieniami z Garmina Epixa, bo to między tymi dwoma zegarkami pewnie będzie wybierać większość osób, które rozważają zakup w najbliższym czasie.

Czym więc przede wszystkim różnią się Garmin Epix i Garmin Fenix 7X?

Po pierwsze - wyświetlacz.

Garmin Fenix 7X - spoiler alert: nie, ten ekran nijak nie ma się do tego z Epixa, jeśli chodzi o wygląd, rozdzielczość i kolory.

I to jest różnica dość potężna, choć swoje punkty zbieraja tutaj zarówno Fenix, jak i Epix.

Jeśli chodzi o ogólny wygląd i przyjemność z patrzenia na oba te wyświetlacze, to niestety Fenixowa propozycja nie ma szans na utrzymanie się. To właściwie dokładnie ten sam ekran i ten sam system - z miejscami zmienionym UI - z którym mieliśmy do czynienia wcześniej. A to oznacza, że zdecydowanie nie jest piękny, a jego charakter jest czysto użytkowy. Nie ma tutaj pięknych, gładkich linii, nie ma cudownej czerni (w większości przypadków), świetnego kontrastu, atrakcyjnych animacji czy momentami wręcz przesadnie nasyconych kolorów. Jeśli zależy wam na tym - idźcie po Epixa, nie będziecie żałować.

Z drugiej strony - to ten sam ekran, dla którego masa osób od lat wybiera Fenixa zamiast Apple Watcha i innych rywali. Jest zawsze włączony i prawie nie zużywa przy tym energii. Widoczność pozostaje fantastyczna niezależnie od warunków oświetleniowych (choć szafirowy Solar trochę bardziej odbija światło niż mój zwykły 6X) i podświetlenie jest potrzebne właściwie tylko w nocy.

Bonusem w serii 7 jest standardowa dla wszystkich modeli obsługa dotykowa. Domyślnie jest włączona w menu zegarka, natomiast wyłączona dla aktywności sportowych, przy czym te ustawienia można w dowolnej chwili modyfikować. Główne zalety? Cóż... można obsługiwać ekran dotykiem, jeśli ktoś jest przyzwyczajony do takiej formy obsługi. Sam doceniłem właściwie wyłącznie opcję wywoływania konkretnych widgetów (np. pogoda) poprzez długie przytrzymanie odpowiedniego pola na głównym ekranie, co skraca dostęp do określonych informacji o 2-3 kliknięcia.

Ostatecznie jednak zdecydowałem się po pierwszym tygodniu testów zablokować dotyk całkowicie. Może to kwestia przyzwyczajenia, może tego, że jest zimno i i tak w rękawiczkach lepiej korzystać z przycisków, a może tego, że garminowe menu świetnie obsługuje się pięcioma fizycznymi przyciskami bez brudzenia ekranu.

Po drugie: tak, Garmin Fenix 7X ma latarkę.

Nie ma jej żaden inny, mniejszy Fenix, nie ma jej też Epix. I z jednej strony - owszem, to już gadżet, o który nikt nigdy nie prosił i trochę dowód na to, że już w Fenixie 6/6X Garmin upchnął wszystko, co tylko dało się upchnąć sensownego.

Z drugiej strony - ta latarka, umieszczona na szczycie zegarka i składająca się z dwóch białych i jednej czerwonej diody, jest szokująco wręcz dobra i zaskakująco przydatna na co dzień. Bez trudu wykorzystamy ją podczas wieczornych biegów, spacerów czy jazd na rowerze, podczas szukania czegoś w nieoświetlonej szopie czy nawet podczas nocnej wycieczki do łazienki.

W podstawowym trybie pracy możemy ją aktywować z szybkiego menu, więc od jej uruchomienia dzielą nas pojedyncze sekundy. Potem wybieramy jeden z poziomów podświetlenia (lub pozycyjny kolor czerwony), klikamy i już - mamy światło.

Dwie białe diody dają przy tym naprawdę sporo tego światła. W kompletnym mroku, odpowiednio ustawiając zegarek, byłem w stanie bez problemu zobaczyć, co znajduje się ok. 2 m przede mną, a jeszcze dobry metr albo i trochę więcej dalej było delikatnie rozjaśnione. Nie brałbym wprawdzie tej latarki jako podstawowego oświetlenia na nocny bieg po górach, ale i chyba nikt nie wpadł na tak szalony pomysł - to raczej latarka, która pozwoli nam wrócić z ostatnich kilometrów, kiedy zaskoczy nas mrok i do tego nada się świetnie. O ile wytrzymamy z ręką trzymaną tak, żeby oświetlać sobie drogę.

Tutaj moja amatorska próba odtworzenia Blair Witch Project:

Poza ręczną aktywacją latarki można też korzystać z gotowych trybów, które można przypisać do konkretnych trybów treningowych, dodając jeszcze bonusowe parametry. Przykładowo w trybie biegu latarka może migać albo świecić na czerwono, ale tylko po zachodzie słońca - przed nim ta opcja będzie wyłączona.

Najciekawszą opcją jest chyba jednak obietnica dopasowania trybu świecenia do kadencji, a raczej machania rękoma. W jej ramach, gdy mamy rękę wystawioną do przodu, zegarek powinien migać na biało, a kiedy ręka ustawiona jest do tyłu - miga na czerwono.

W praktyce niestety... działa to dość różnie. Czasem faktycznie miganie jest dość zgrane z naszymi ruchami, a czasem nie da się tego określić inaczej niż mianem najczystszego na świecie chaosu.

Tutaj na przykład widać, że zegarek na czerwono mignął dopiero na sam koniec i to wcale nie w momencie, kiedy ręka powędrowała faktycznie do tyłu.

Czy ma to znaczenie? Niespecjalnie, bo już sam miganie na biało - które działa dobrze - jest piekielnie widoczne z daleka i z całą pewnością sprawi, że zostaniemy zauważeni na drodze czy innym chodniku. Ale nie narzekałbym, gdyby opcja ta działała zgodnie z instrukcją.

Trzeba przy tym pamiętać, że używanie latarki w jej najmocniejszym ciągłym trybie, dość mocno zużywa akumulator - nawet naładowany do pełna Fenix 7X straszył, że wytrzyma z takim obciążeniem zaledwie 3 godziny. Serio, na całonocny wypad w góry weźcie porządną czołówkę.

Po trzecie: czas pracy na jednym ładowaniu to po prostu kosmos.

Widzę was, piksele.

Przyznaję się ze wstydem - przez dwa tygodnie testowego użytkowania, z jeżdżeniem na rowerze, bieganiem, wędrówkami po lasach i całkiem intensywnym użytkowaniem jeszcze poza tym, nie udało mi się rozładować Fenixa 7X. Epixa ładowałbym pewnie przez ten czas co najmniej raz, jeśli nie dwa, a może nawet i więcej.

Już same deklaracje Garmina są imponujące, nawet jeśli pominiemy wątek solarny. 28 dni w trybie zegarka z monitorowaniem codziennych funkcji życiowych. 89 godzin (!) w trybie GPS, 63 godziny z automatycznym wyborem najlepszego systemu lokalizacji, 36 godzin w trybie wielopasmowym. W trybie maksymalnego oszczędzania GPS - 213 godzin. W trybie ekspedycji - do 62 dni. A na to wszystko można jeszcze wrzucić pominięty wcześniej Solar, który w takie słoneczne dni jak obecnie, może nam trochę podratować akumulator. Nie jakoś szaleńczo, bo Fenix potrzebuje do pracy jednak więcej energii niż np. Instinct, ale wciąż jest w stanie dorzucić np. 30 godzin w trybie tylko-GPS albo 14 godzin w trybie wielosystemowym. W trybie wielosystemowym i wielopasmowym widać już natomiast, że solarne wspomaganie ma ograniczone możliwości - tutaj zyskamy już maksymalnie dwie godizny.

Dalej przy tym obstaję przy zdaniu, że jeśli nie musimy dopłacać do Solara - nie trzeba tego robić. I bez niego wyniki Fenixów są świetne. Aczkolwiek w przypadku 7X ta rada jest bezwartościowa, bo nie da się zamówić gołej wersji.

Jak spisuje się akumulator w praktyce? Fantastycznie - momentami nawet minimalnie lepiej, niż deklaruje producent, przynajmniej patrząc na suche dane. Przykładowo godzina wędrowania po lesie, z włączoną maksymalną dokładnością lokalizacji i wielopasmowością, sporadycznym korzystaniem z mapy (choć bez aktywnej nawigacji) i pomiarem tętna, zużywała średnio... mniej niż 3 proc. akumulatora, nawet pomimo tego, że słońca tego dnia nie było aż tak wiele.

Podejrzewam, że przy uruchomieniu rejestracji aktywności i zostawieniu zegarka samemu sobie, ten wynik można jeszcze poprawić. Albo wręcz wyłączyć wielopasmowość i cieszyć się tymi 63-77 godzinami bez ładowania.

Nie jestem pewien, czy do tej akurat funkcji warto dopłacać.

Po pierwsze - dość znacząco wpływa na zużycie energii, a co za tym idzie - częstotliwość ładowania. Po drugie - nie zauważyłem, żeby wyniki uzyskiwane w ten sposób były, przynajmniej w moich warunkach testowych, jakoś znacząco lepsze od standardowych trybów albo od tego, co oferował Epix.

Żeby jednak było jasne - Epix (testowany w wersji nie-wielozakresowej) oferował naprawdę fantastyczną dokładność, również w trudniejszych warunkach (wysokie budynki, gęsty las, etc), zdecydowanie lepszą od tego, co oferował np. Fenix 6X Pro. I nie inaczej jest w przypadku Fenixa 7X - po prostu zwykły tryb lokalizacji w nowych Garminach jest na tyle dobry, że nowy tryb "z plusem" nie był w stanie mnie jakoś porwać.

Żeby jednak nie być gołosłownym, tutaj kilka przykładów porównania z innymi sprzętami. Najpierw wpadnijmy do lasu:

Jedno widać już na samym starcie - ślad zapisywany przez Fenixa 7X jest dużo płynniejszy, dużo mniej rwany, ale jednocześnie jest prawdziwy - tj. nie jest sztucznie wygładzany jak np. w systemowej aplikacji sportowej na Apple Watchu. Ślady z 945 czy 6X Pro są dużo bardziej rwane, czasem potrafią przesunąć się wyraźnie z trasy i błądzić odrobinę gdzieś dookoła:

Tutaj też widać, że Fenix 7X wyraźnie trzymał się prostej na tym odcinku ścieżki (która nie pokrywa się ze ścieżką na mapie), natomiast reszta szła trochę tu, trochę tam, żeby dopiero na końcu zgodzić się ze sobą:

I jeszcze jeden przypadek, gdzie widać, jak Fenix 6X robi coś w stylu grzebyka, podczas gdy ślad 7X jest dużo bardziej płynny - ale dalej nie jest sztuczny:

Przebiegnijmy sobie jeszcze może koło stosunkowo wysokich budynków (uwaga, Fenix 7X jest teraz zielony):

I tutaj tylko Fenix 7X zapisał ślad takim, jaki był mniej więcej w rzeczywistości. 6X poleciał przez budynki, podobnie jak zrobił to Huawei Watch GT Runner, a iPhone odstawił jakieś dziwne numery na rogu. 7X - prawie wzorowo.

Na prostej, otwartej przestrzeni wyniki są niemal bez różnicy, więc nie będę marnował miejsca. Przejdźmy do wiaduktów:

Tutaj wygrywa 7X oraz o dziwo Huawei Watch GT Runner. Fenix z kolei uznał, że zostałem samochodem, a iPhone w kieszeni trochę za bardzo bujał sie na wejściu i wyjściu spod wiaduktu.

Pod drugim wiaduktem odbyło się już bez sensacji, ale aż szokujące jest, jak potem 7X trzymał się ścieżki (przynajmniej tej na mapie satelitarnej), podczas gdy reszta była mniej więcej zgodna... do pewnego stopnia.

Oczywiście nie oznacza to, że Fenix 7X jest absolutnie perfekcyjny, jeśli chodzi o lokalizację. Nie jest i potrafi się momentami srogo pomylić, a przynajmniej wskazać coś zupełnie innego niż 2-3 pozostałe urządzenia, co traktuję już jako błąd, a nie jedyne słuszne wskazanie. Z drugiej strony - w większości sytuacji jest po prostu lepszy. I tyle.

Czy to robi wielką różnicę?

Trochę mam tutaj problem, bo z mojego punktu widzenia - niespecjalnie. Lekkie przesunięcia na mapie, które powodują od kilkudziesięciu do 100 m różnicy w całkowitym dystansie na 10 km, nie są czymś, co specjalnie by mi przeszkadzało.

Dużo bardziej w Fenixie 6X i starszych generacjach przeszkadzało mi chociażby to, że przy wbieganiu między wysokie budynki (ich akurat w okolicy nie mam wiele) albo do lasu (tego trochę w okolicy już mam), gwałtownie zaburzane było tempo chwilowe, utrudniając trening czy ocenę wysiłku. W Fenixie 7X tego nie ma, ale... nie było tego też już w Epixie, którego testowałem w wersji nie-wielozakresowej.

Gdybym miał więc sam wybierać - kupiłbym wersję bez multibanda. Tym bardziej, że pewnie docelowo i tak bym wyłączył ten tryb, żeby rzadziej ładować zegarek.

Został nam jeszcze czujnik tętna.

Zapomniałem zrobić pasujące zdjęcie. Trudno.

Przy czym to ten sam Elevate 4, co w innych względnie nowych modelach, więc miejmy to szybko za sobą.

W spokojnych, kontrolowanych warunkach, jest właściwie idealnie - tutaj zestawienie z wzorcowym moim zdaniem OH1:

Na początku wprawdzie przez chwilę oba urządzenia nie mogły się dogadać, ale po mniej więcej 3 minutach były właściwie całkowicie zgodne odnośnie tego, co dzieje się z moim organizmem. Różnice w tętnie wynosiły pojedyncze BPM-y, może z wyjątkiem jednego dołka w okolicach 13-14 minuty, który i tak został bardzo szybko naprostowany.

Sytuacja komplikuje się jednak - i coś podobnego widziałem w poprzednich modelach, choć tym razem jest trochę inaczej - kiedy wrzucimy sobie coś trochę bardziej intensywnego:

Spokojny początek - praktycznie idealnie, Elevate 4 pokazuje dokładnie to samo, co OH1 i HRM Run, czyli pasek na klatkę piersiową. Pierwszy interwał jest super, drugi w porządku, choć z pewnym naddatkiem nad pozostałymi urządzeniami, z kolei trzeci już tak pod koniec nie do końca. Fenix 7X dość wyraźnie przegapia "dołek" o 8-10 BPM i przechodzi do porządku dziennego dopiero na kolejnej małej górce. Tutaj w przybliżeniu:

Na kolejnym, trochę dłuższym interwale, Fenix gubi z kolei "czubek" i wraca do niego dopiero po chwili. Nadrabia natomiast trochę na następnym, bo jest minimalnie bliżej wyniku z pasa do pomiaru tętna niż OH1. Różnice są mikroskopijne, ale niech ma ten punkt.

Nie wiem przy tym, czy to kwestia tego, że większe zegarki magicznie lepiej leżą na mojej raczej drobnej ręce, czy po drodze była jakaś aktualizacja oprogramowania, ale Fenix 7X to jak na razie chyba najlepszy zegarek z Elevate 4, jeśli chodzi o optyczny pomiar tętna. Nie jest idealny, ale jest już na pewno lepiej.

Zresztą i tak nie wiem, czy ma to wielkie znaczenie - jeśli nie pasuje nam optyczny pomiar, to zawsze jest multum opcji zewnętrznych, które w większości nie są zależne od tego, jak zapniemy zegarek, ile mamy włosów na rękach, czy jest zimno czy ciepło, i tak dalej.

Poza tym Fenix 7X to w dużej mierze Epix.

Oczywiście bez ekranu AMOLED i z większym wyświetlaczem (w przypadku X). Wspólne są więc właściwie wszystkie systemowe nowości, takie jak np. Stamina, nowe tryby sportowe, darmowe mapy dla całego świata, trendy dla przewidywanych wyników biegowych, konfiguracja profili i pól danych z poziomu telefonu i tak dalej. Zarówno Epix, jak i Fenix mają też dodatkową obudowę dookoła przycisku Start - i dalej nie jestem jej fanem, ale da się z nią żyć.

Więc jeśli tutaj nie znaleźliście odpowiedzi na swoje pytania, to musicie zerknąć jeszcze do recenzji Epixa. Którą pewnie i tak przeczytacie - w końcu to te dwa modele walczą teraz o miano najlepszego Garmina w historii.

Fenix, Epix czy zostać przy starszym Garminie?

(To jest Garmin Epix)

Jeśli chodzi o mnie, to wybieram bramkę numer 3. Mój Fenix 6X Pro dalej w zupełności mi wystarcza, a właściwie to nawet jest dla mnie kompletnym overkillem. Kupiłem go, bo... chciałem go mieć i tyle. Nawet gdybym został przy 945, to argumentów za przeskokiem na 7X nie ma aż tak wiele. Tak, 7X ma trochę ładniejsze UI, zdecydowanie lepiej zapisuje trasy w trudniejszych warunkach, ma latarkę (szokująco się do niej przyzwyczaiłem) i multum bonusowych fajerwerków w rodzaju Staminy, ale to nadal trochę mało, żeby poczuć jakąś powalającą różnicę.

REKLAMA

W przypadu Epixa trauma związana z powrotem na 6X Pro była trochę większa - ale wiązała się właściwie wyłącznie z jakością ekranu, a nie żadną funkcją sportowo-zdrowotą. Te ostatnie są już na tyle dopasione w starszych Garminach, że mało kto oczekuje więcej. Gdybym więc teraz zgubił 6X Pro i musiał pójść do sklepu, to - podtrzymując swoje wcześniejsze zdanie - poszedłbym po Epixa. Nawet kosztem częstszego (i tak niezbyt częstego) ładowania, braku ładowania solarnego i z ekranem, który wymaga podświetlania, żeby był widoczny w mocniejszym słońcu.

Fenix 7 - a już w szczególności 7X - pozostaje więc dla tych, którzy naprawdę, koniecznie, absolutnie potrzebują fenomenalnego czasu pracy na jednym ładowaniu i są w stanie zrezygnować w zamian za to z ładnego wyświetlacza (ok, ten w 7X jest też minimalnie większy). Chyba że ktoś od zawsze marzył o latarce w zegarku, ale o tym akurat nigdy nie słyszałem...

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA