Tech  / Recenzja

Aż trudno uwierzyć, że kosztuje tylko 3099 zł. Asus VivoBook S14 z procesorem Ryzen wyznacza standardy w swojej klasie - recenzja

To naprawdę odświeżające, że w końcu na pytanie „jaki lekki laptop do 3000 zł kupić?” nie trzeba już bezradnie rozkładać rąk, sugerując dołożenie chociaż 500 zł.

Jeszcze nie tak dawno temu za 3000 zł można było kupić sensowny 15-calowy laptop, ale 13/14-calowy? Nigdy w życiu.

Tymczasem nowy Asus VivoBook S14 kosztuje nieco ponad 3000 zł (w testowanej konfiguracji 3099 zł) i im dłużej z niego korzystałem, tym trudniej było mi uwierzyć, że nie mam do czynienia ze sprzętem za co najmniej 1000 zł więcej.

Asus VivoBook S14 M433IA umiejętnie kamufluje swoją cenę.

Asus VivoBook S14 Ryzen

Przy pierwszym kontakcie można o nim powiedzieć wszystko, ale nie to, że jest „tani”. Obudowa została wykonana z aluminium i może się poszczycić sztywnością, której spodziewałbym się bardziej po droższych ZenBookach niż po niedrogim VivoBooku.

Pulpit roboczy również nie ugina się pod naciskiem, tak samo jak klapa, dostępna w kilku intensywnych kolorach. Najładniejszy z puli jest chyba fiolet, ale testowany, czerwony wariant również prezentuje się ciekawie. Cieszy fakt, że nie jest to kolejny nudny, szaro/czarny kawałek metalu.

Całość jest też bardzo lekka i kompaktowa. Obudowa ma tylko 15,9 mm grubości, a po otwarciu klapy sprawia wrażenie jeszcze smuklejszej dzięki zawiasowi Ergo Lift, który gwarantuje lepsze chłodzenie i układa klawiaturę pod ergonomicznym kątem. Konstrukcja waży zaledwie 1,4 kg i - co ogromnie mnie cieszy - do zestawu dołączona jest malutka, leciutka, jednoczęściowa ładowarka. Nie jakieś wielkie, dwuczęściowe monstrum, powodujące wieczną plątaninę kabli w plecaku.

Między elegancko oszlifowanymi krawędziami pulpitu roboczego znajdziemy bardzo bogaty zestaw portów: trzy porty USB-A, port USB-C, port HDMI 1.4, czytnik kart microSD oraz złącze słuchawkowe.

Szkoda jedynie, że wśród tych portów tylko jedno duże USB-A jest szybkim portem USB 3.1 gen. 1 - pozostałe dwa duże USB to stare porty USB 2.0, które nadadzą się może do podpięcia myszki, ale na pewno nie do transferu danych.

Skoro o łączności mowa, to trzeba też wspomnieć, że VivoBook S14 wyposażony jest w super-szybkie Wi-Fi 6 oraz moduł Bluetooth 5.0.

A wracając do jakości wykonania, jedyny „zgrzyt”, jaki można odczuć, patrząc na VivoBooka S14, to dość tanio wyglądająca plastikowa ramka wokół ekranu. Jest ona smukła na krawędziach, ale w dotyku sprawia kiepskie wrażenie, zaś „podbródek” ekranu można nieco wcisnąć palcem. Nie ma co jednak narzekać, w tej klasie to standard, gdzieś trzeba ciąć koszty.

Kosztów nie cięto na szczęście na klawiaturze. Ta jest fantastyczna, chyba tylko nieco droższy Lenovo ThinkBook ma w tej klasie lepsze klawisze. Klawisze są szerokie, podświetlane, o płytkim, ale satysfakcjonującym skoku. Nie miałbym najmniejszego problemu, by pracować na takiej klawiaturze na co dzień. Nie rozumiem tylko tego akcentu kolorystycznego dookoła klawisza Enter, ale TikToka też nie rozumiem, więc może po prostu urodziłem się na to o kilka lat za wcześnie.

Z gładzikiem nie jest już tak różowo, choć nadal lepiej niż w większości laptopów w tym segmencie. Płytka jest perfekcyjnie responsywna, doskonale rozpoznaje gesty Windows Precision, ale sprawia dość luźne wrażenie pod palcami i jest dość chybotliwa.

Testowany przeze mnie egzemplarz miał na płytce dotykowej szybki czytnik linii papilarnych, ale dostępne są też warianty z wirtualnym blokiem numerycznym NumPad 2.0. Można też nadal kupić poprzednią generację, wyposażoną w ekran ScreenPad zamiast klasycznej płytki dotykowej.

Czytaj również:

Na koniec tego opisu wizualnych właściwości nowego VivoBooka S14 M433IA zostawiłem ekran, co do którego nawet po dwóch tygodniach testów nie mogę sobie wyrobić jednoznacznej opinii.

  • Ma 14” przekątnej w obudowie 13-calowego laptopa - to na plus.
  • Ma więcej niż przyzwoite kąty widzenia - to na plus.
  • Pokrywa 100 proc. przestrzeni barw sRGB - to zdecydowanie na plus.
  • Jest matowy - to na plus.

Z drugiej jednak strony…

  • Jest dość ciemny - to na minus.
  • Brakuje mu kontrastu - to również na minus.
  • Widać wyraźny wyciek światła przy dolnej ramce - to na minus, choć może być to kwestia konkretnego egzemplarza.

Podejrzewam, że dla 90 proc. potencjalnych nabywców plusy wyświetlacza znacząco przeważą minusy. Pewnie, chciałoby się, żeby miał rozdzielczość wyższą niż Full HD i nieco wyższe proporcje niż 16:9, ale trzeba pamiętać, że mówimy o laptopie za 3000 zł. W tym kontekście chyba nie ma na co narzekać.

Ryzen czy nie Ryzen - oto jest pytanie.

Nowy Asus VivoBook S14 ma coś, czego nie miała poprzednia generacja VivoBooków - nowe procesory AMD na pokładzie. Dostępny jest zarówno wariant z AMD Ryzen 5 4700U, jak i z 4500U - jak mój egzemplarz testowy.

Do spółki z nowym procesorem AMD mamy tu 8 GB RAM-u i 512 GB miejsca na dane, co również jest niespotykaną wartością w tym segmencie. Standardem (nawet w znacznie droższych laptopach) nadal pozostaje 256 GB. Droższy wariant może mieć nawet 16 GB RAM i 1 TB SSD.

Konfiguracja, którą testowałem, będzie jednak najbardziej odpowiednia dla znakomitej większości nabywców. W zastosowaniach typowo szkolno-biurowych ten komputer ani na chwilę nie zwalnia i trudno się dziwić - nowe układy AMD to prawdziwe demony wydajności, a Ryzen 5 4500U jest (zależnie od testu) nawet o 20 proc. szybszy od Intel Core i5-10210U, którego znajdziemy w alternatywnej, o 200 zł droższej wersji VivoBooka S14.

I tutaj rodzi się podstawowe pytanie - czy warto dopłacać do Intela? Czy może lepiej sięgnąć po wariant z nowszym, teoretycznie lepszym procesorem AMD?

Układ AMD bez dwóch zdań jest o wiele wydajniejszy. Ten sześciordzeniowy procesor w zasadzie nie ma sobie równych, jeśli chodzi o stosunek ceny do wydajności i w zasadzie w każdym zastosowaniu zmiata Intel Core i5 jak niechciany pyłek na ubraniu. Lightroom, Photoshop, Figma, InDesign - programy, które zwykle kiepsko znoszą niskonapięciowe procesory, tutaj nie będą miały najmniejszego problemu. Sam bez żadnej trudności obrabiałem na VivoBooku S14 pliki RAW ważące ponad 100 MB i w żadnym momencie nie dało się odczuć spadków wydajności, choć oczywiście wentylatory musiały ostro pracować, by ten stan rzeczy utrzymać.

Muszę jednak rozczarować tych, którzy mogą mieć nadzieję, że zintegrowany układ graficzny AMD Radeon RX Vega 6 wystarczy także do nowych gier. Nie wystarczy. Ok, może w Simsy, Fifę czy innego Counter Strike’a zagramy na średnich detalach w 30 FPS-ach, ale na płynną rozgrywkę w nowych tytułach nie ma co liczyć. VivoBook S14 powinien za to zadowolić miłośników starszych/mniej wymagających produkcji. Sam np. bez żadnego problemu grałem na nim w The Elder Scrolls V: Skyrim na średnich ustawieniach w Full HD, uzyskując grubo powyżej 30 FPS-ów. O dziwo, po obniżeniu ustawień możliwa była też względnie płynna rozgrywka w GTA V.

Jakie są więc minusy układu Ryzen w tym laptopie? Są dwa zasadnicze: kultura pracy i czas pracy na jednym ładowaniu.

ASUS VivoBook S14 M433IA pracuje bezgłośnie tylko podczas najbardziej niewymagających zadań. Przeglądanie internetu i pisanie tekstów w Wordzie przy jednoczesnym słuchaniu muzyki ze Spotify nie pobudza wentylatorów do pracy. Wystarczy jednak tylko włączyć odtwarzanie wideo na YouTubie albo otworzyć Adobe Lightroom, by wiatraki zaczęły się kręcić w wysoką intensywnością. Przez większość czasu zaś wiatraki pracują z umiarkowaną intensywnością, ale wystarczającą, by było je słychać.

Większa moc procesora przełożyła się też niestety na krótszy czas pracy z dala od gniazdka. Koledzy, którzy przetestowali wariant z Intel Core i5-10210U, wskazują na 8-9 godzin na jednym ładowaniu. Ja z egzemplarza z Ryzenem 5 4500U wycisnąłem najwyżej 7 i to przy dość oszczędnym użytku. Podczas normalnej pracy po około 6 godzinach laptop przechodził w tryb oszczędzania energii.

Wybierając między Intelem a AMD trzeba mieć te kompromisy na względzie. W zamian za nieco krótszy czas pracy i nieco bardziej donośne działanie akumulatorów otrzymujemy znacząco wyższą wydajność, i tu już każdy musi sobie odpowiedzieć sam, co jest dla niego ważniejsze.

Czy ASUS VivoBook S14 M433IA ma wady?

Oczywiście, choć muszę przyznać, że przy tak rozsądnej cenie są one w zasadzie bez większego znaczenia.

Wspominałem o plastikowej ramce wokół ekranu i chybotliwym touchpadzie. Dorzuciłbym jeszcze do tej listy wad obecność USB 2.0 i może obecność slotu microSD zamiast pełnowymiarowego SD, które jest o wiele częściej stosowanym standardem.

Największą wadą VivoBooka S14 są jednak głośniki, które… są. I tyle. Sygnowane przez Harmana Kardona przetworniki grają głośno i dość szczegółowo, ale dobywający się z nich dźwięk jest płaski, a na wyższych poziomach głośności potrafi brzydko przesterować.

Żałuję też, że mamy tu czytnik linii papilarnych zamiast kamerki na podczerwień Windows Hello. Jej obecność może i nieznacznie podniosłaby cenę, ale to rozwiązanie o wiele szybsze i wygodniejsze od jakiegokolwiek czytnika linii papilarnych. Choć kto wie - może ukaże się jeszcze wariant laptopa z tym rozwiązaniem, zważywszy na fakt, iż poprzednik je posiadał.

Poza tymi drobiazgami nie mam uwag.

ASUS VivoBook S14 M433IA to fantastyczny sprzęt w swojej klasie, nie waham się nawet powiedzieć, że dla większości nabywców dopłata do czegokolwiek lepszego nie będzie miała żadnego sensu. To kapitalny sprzęt do szkoły, do pracy biurowej, dla każdego, kto potrzebuje lekkiej i przenośnej maszyny na co dzień, którą - w razie potrzeby - można też w domu podłączyć do monitora i nadal cieszyć się szybką pracą.

Jeśli ktoś zapyta o ultramobilny laptop za 3000 zł, Asus VivoBook S14 ma moją pełną rekomendację.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst