Biznes  / Artykuł

Zacznij zapominać o wędlinach z Lidla czy jogurtach z Biedronki. Premier zamierza walczyć z markami własnymi

Premier Morawiecki wyszedł niedawno z postulatem ograniczenia sprzedaży marek własnych w sklepach działających w Polsce. Pomysł, który podoba się zapewne części rolników, jest krytykowany w zasadzie przez...wszystkich poza nimi.

„Chcemy zaproponować ustawę, która będzie w sposób obligatoryjny i realny – nie tak jak te regulacje, które dzisiaj obowiązują – obniżała możliwości sprzedaży na półkach czy sprzedaży przez sieci wielkopowierzchniowe, (…) produktów pod ich własną marką” – powiedział szef rządu podczas debaty na Europejskim Forum Rolniczym.

Analizując słowa Morawieckiego warto brać poprawkę na kontekst – słowa te zostały wypowiedziane z myślą o zdobyciu rolniczego audytorium. Co więc szef Rady Ministrów miał obiecać? Jaka widownia, takie postulaty i teorie. Kropka.

Jeżeli mielibyśmy jednak na serio zastanawiać się, czy PiS będzie chciał wprowadzić ten pomysł w życie, warto zwrócić uwagę na kilka faktów.

W teorii postulat Morawieckiego nie brzmi tak tragicznie.

Siłą producentów jest marka, jeżeli dyskont każe im dostarczać towar a potem nakleja na niego swoje logo, bije to w rozpoznawalność dostawcy. Ergo – traci on swoją pozycję przetargową w przyszłych rozmowach ze sklepem. Jeżeli dyskonty byłyby ciemną siłą chcącą zniszczyć polskie rolnictwo, wszystko trzymałoby się kupy, ale...

Ale tak nie jest. Ba, kojarzycie „Ryneczek Lidla”? Niemiecki dyskont wpakował mnóstwo pieniędzy w reklamy, starając się pokazać twarze swoich dostawców i dać do zrozumienia klientom, że kupując w Lidlu, kupujesz polskie warzywa. Jedno z promowanych przez sieć gospodarstw chwaliło się, że po rozpoczęciu współpracy zwiększyło zatrudnienie, pobudowało zakłady i ruszyły z eksportem na rynki europejskie.

Problem bowiem w tym, że premier (swoim zwyczajem zresztą) potraktował zagraniczne dyskonty jak niszczycielską siłę, nie zwracając uwagi, że poza różnymi patologiami, wprowadzają na polski rynek również duży kapitał, który niejednego przedsiębiorcę postawił na nogi.

Nic dziwnego, że pomysł premiera jest łajany ze wszystkich stron.

W rozmowie z „Wiadomościami Handlowymi” Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji zauważyła, że wprowadzenie dalszych ograniczeń na marki własne najbardziej uderzy w małych i słabych producentów i przetwórców. Ci nie mają bowiem środków, by marketingowo przebić się do świadomości konsumentów

Marki własne, te w najniższym pułapie cenowym, trafiają do najbiedniejszej części społeczeństwa. Ograniczenie możliwości private label uderzyłoby zatem w najbiedniejszych Polaków – dorzuciła.

Najzabawniejsze wydaje się jednak to, że plan Morawieckiego rykoszetem uderzyłby także w polskie sklepy. Marki własne na półkach ustawiają też placówki zrzeszone w spółdzielni Społem (prezes Jaśkowski już zdążył zaprotestować) czy markety pod szyldem Stokrotka.

Z ograniczeniami w sprzedaży marek własnych skończyłoby się zapewne tak, jak z zakazem handlu w niedziele. Rząd chce rzucać kłody pod nogi potentatom, ci jednak znajdą sposoby, by odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Na końcu poszkodowanymi zostają więc najmniejsi gracze, w których interesie politycy rzekomo stawali.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst