Foto / Felieton

Miesiąc z małą matrycą, czyli jak Olympus OM-D E-M1 MKII przekonał mnie do systemu Micro 4/3

Miesiąc temu sądziłem, że przesiadka z pełnej klatki na Micro 4/3 w ogóle nie wchodzi w grę. A potem w moje ręce trafił najpierw Lumix G9, a tuż po nim Olympus OM-D E-M1 MKII.

Ten pierwszy zmienił całą moją percepcję aparatów z małą matrycą. Ten drugi zaś utwierdził w przekonaniu, że jeśli dziś miałbym zamienić na coś moje Nikony, to właśnie na system Micro 4/3.

Mały kontekst – na co dzień jestem zadowolonym (przeważnie) użytkownikiem Nikona D610. Nie jest to aparat idealny, ale do moich zastosowań przez większość czasu więcej niż wystarczający. W sprawniejszych rękach, jak np. ręce mojej fotografującej żony i w połączeniu z dobrymi obiektywami potrafi wyprodukować naprawdę cudowne rezultaty.

Przez 75 proc. czasu ani myślę o zmianie systemu. Jednak pozostałe 25 proc. coraz częściej i coraz głośniej każe poważnie rozważyć, czy aby nie nadszedł czas na zmianę bandery, pod którą pływam na tym fotograficznym okręcie. Te 25 proc. to w głównej mierze wideo, do którego Nikony najzwyczajniej w świecie się nie nadają.

Tworzenie treści wideo nie jest oczywiście niewykonalne. Ba, większość filmów na Spider’s Web TV powstała na Nikonie D750 Marcina Połowianiuka. Jednak w porównaniu z tym, co oferują inne systemy, wideo w Nikonie to masochizm. A jeśli potrzebujemy do tego sprawnego autofocusu (np. do vlogowania), Nikon po prostu nie ma racji bytu.

Marcin zamienił już swoją lustrzankę na bezlusterkowca Sony, więc pomyślałem, że ja też przyjrzę się alternatywom i rozważę potencjalną przesiadkę.

Wtedy w ogóle nie brałem pod uwagę możliwości zmiany na Lumiksa czy Olympusa. Bo przecież to, że szukam aparatu hybrydowego, z dobrym wideo, wcale nie znaczy, że chcę się godzić na niższą jakość zdjęć niż ta, do której przywykłem. W mojej głowie system Micro 4/3 nie był w stanie mi zapewnić chociażby porównywalnej jakości fotograficznej do tego, czego oczekuję od swoich aparatów. Jakże się myliłem!

Gdy przyjechał do mnie Lumix G9, byłem w szoku.

Pełną recenzję aparatu znajdziecie tutaj. Tak, może w tej chwili ma on jeszcze kilka bolączek wieku dziecięcego, ale to kapitalny aparat, który swoimi możliwościami w niczym nie ustępuje najdroższym i największym lustrzankom na rynku, a do tego oferuje lepsze możliwości wideo od dowolnej z nich. Kosztuje też połowę tego, co Sony A7rIII, czyli de facto jedyny pełnoklatkowy bezlusterkowiec o podobnych możliwościach.

Lumix G9 zaskoczył mnie komfortem obsługi, responsywnością, ale przede wszystkim – jakością obrazka. Przez długi czas fotografowałem Nikonem D7100 z matrycą APS-C i chociaż w Lumiksie matryca była jeszcze mniejsza, to właśnie Lumix G9 produkował znacznie ładniejsze zdjęcia.

Wtedy pierwszy raz pomyślałem „kurczę, może ten system Micro 4/3 jednak miałby sens?”.

Od pełnego zachwytu Lumiksem G9 dzieliły mnie jednak obiektywy. To pewnie kwestia tego, jakie szkła przyjechały do mnie na testy. 12-60 f/2.8-4 oraz 25 mm f/1.4 – delikatnie rzecz ujmując – nie zrobiły na mnie wrażenia. Nie do końca polubiłem się też z reprodukcją kolorów G-dziewiątki, choć tutaj znowu: wpływ na to mogły mieć nienajlepsze obiektywy.

Równolegle do Lumiksa G9 testowałem jednak drugi aparat. I chociaż Lumix G9 jest obiektywnie lepszym korpusem, to Olympus OM-D E-M1 MKII na dobre przekonał mnie do Micro 4/3.

Olympus OM-D E-M1 MKII, czyli fotograficzna nirwana.

Dopiero Olympus OM-D EM1 MKII mnie zachwycił. Znacie to uczucie, że jakiś sprzęt, jakieś narzędzie idealnie do was pasuje? To właśnie czułem biorąc do ręki flagowego Olympusa. Od razu „zaiskrzyło”.

Olympus kupił mnie tym, czym nie udało się mnie przekonać Lumiksowi – kolorami i obiektywami. Wraz z korpusem przyjechały do mnie dwa szkła z serii PRO, 12-40 f/2.8 i 25 mm f/1.2. I muszę przyznać, że nigdy nie korzystałem z lepszych obiektywów, szczególnie biorąc pod uwagę ich gabaryty.

Obiektywy z serii PRO nie należą do najmniejszych w portfolio firmy. Są jednak doskonale wykonane, uszczelnione, rewelacyjnie optycznie, a do tego mają kilka ciekawych tricków w zanadrzu, jak system manualnego ostrzenia na pierścieniu typu push-pull, czy zintegrowane osłony obiektywów. Do tego jak na to, czym są, nie mogę powiedzieć, żeby były przesadnie drogie – kosztują średnio 6 tys. zł.

Innymi słowy – Olympus ma w swoim portfolio nie tylko korpus o ogromnych możliwościach, ale też obiektywy, które pozwalają wykorzystać pełnię jego potencjału. I to w znacznie niższej cenie i o mniejszych gabarytach niż pełnoklatkowe szkła zbliżonej jakości.

Dzięki obiektywom i rezultatom produkowanym przez OM-D E-M1 MKII mogłem Olympusowi wybaczyć niektóre jego niedoskonałości – przede wszystkim naprawdę kiepskie przyciski, zarówno pod względem rozmieszczenia, jak i jakości (co dziwne, bo pozostałe elementy korpusu wykonane są wzorowo).

Olympus OM-D E-M1 MKII zaskoczył mnie też w kwestii wideo.

Oczywiście między flagowym Olympusem a Lumiksem G9 zieje przepaść, jeśli chodzi o wideo. Lumix G9 jest tutaj lepszy pod każdym względem i z tym nie sposób polemizować. Zaskoczyło mnie jednak to, że Olympus jest… dostatecznie dobry. Ma wszystko, czego potrzebowałbym do tworzenia wideo.

Obrazek jest śliczny. Autofocus nieco powolny, ale skuteczny. No i ta stabilizacja matrycy… Olympus swoją stabilizacją bije na głowę rywali. Dodajmy do tego wywijany ekran i nie potrafię znaleźć żadnego „przeciw”, by nie pochwalić Olympusa OM-D E-M1 MKII za jego możliwości wideograficzne do zastosowań, których potrzebuję.

Teraz jest też najlepszy moment na zakup flagowego Olympusa.

Dodatkowy plusik podczas tych testów w rok od premiery Olympus zebrał za cenę. Gdy zaczynałem testy, kosztował on jeszcze ogromne pieniądze – 8700 zł za sam korpus. Jednak w chwili gdy piszę ten tekst, możemy go kupić już za 7500 zł, a nawet nieco mniej, jeśli załapiemy się na promocję. Choć nie jest to najnowszy aparat na rynku, ośmielę się powiedzieć, że wcale się nie zestarzał i wciąż stanowi doskonały wybór dla tych, którzy szukają flagowego korpusu systemu Micro 4/3 i chcą czegoś bardziej eleganckiego, niż nieco toporny wizualnie Lumix G9 czy GH-5.

Przystępując do testów aparatów Micro 4/3 miałem kilka obaw. Konkretnie trzy.

  • Praca na wysokim ISO, w kiepskich warunkach oświetleniowych.

Tutaj nie przeskoczymy fizyki. Micro 4/3 zawsze będzie sobie gorzej radzić od pełnej klatki czy nawet APS-C w kiepskich warunkach oświetleniowych. Ta obawa była więc uzasadniona i potwierdziła się w rzeczywistości, ale… nie tak drastycznie, jak oczekiwałem.

Dopóki trzymałem się max. ISO 1600, obrazek był praktycznie nierozróżnialny względem pełnej klatki. Dopiero przy czułościach sięgających ISO 3200 różnicę faktycznie dało się odczuć, no a przy ISO 6400 efekty z Micro 4/3 są raczej nieużywalne. Tyle tylko, że… pełnej klatki też praktycznie nie używam z tak wysokim ISO, bo również widać znaczącą degradację jakości obrazka.

  • Głębia ostrości.

Ileż to się nasłuchałem, że „głębia ostrości na Micro 4/3 nie jest taka sama, jak na pełnej klatce”!

I pewnie, że nie jest. Jeśli do profesjonalnego korpusu zapniemy ciemne obiektywy-zabawki, to jasne, że uzyskanie pożądanej głębi ostrości będzie trudne, jeśli nie niemożliwe. Jednak w połączeniu z profesjonalnymi szkłami zarówno Lumix G9 jak i Olympus OM-D E-M1 MKII potrafiły uchwycić głębię ostrości, jakiej spodziewałbym się tylko po pełnej klatce. Szczególnie na przysłonach poniżej f/1.8, aczkolwiek f/2.8 w obiektywie 12-40 mm również okazywało się wystarczające w większości przypadków.

  • Jakość obrazka.

Jeszcze więcej, niż o głębi ostrości, nasłuchałem się o tym, jakie to słabej jakości zdjęcia wychodzą z Micro 4/3. I… tak, Micro 4/3 odstaje jakością od pełnej klatki. Ot, fizyka. Nie odstaje jednak na tyle, bym potrafił uznać to za wadę. Ba, Micro 4/3 ma do tego swój specyficzny urok.

Zdjęcia zrobione małą matrycą wyglądają po prostu inaczej. Mają swój charakter. Udało mi się to potwierdzić nie tylko swoimi ograniczonymi zdolnościami fotograficznymi, ale także przyglądając się pracom najlepszych fotografów używających systemu Micro 4/3.

Wystarczy rzut oka na prace ambasadorów Lumix Luminary czy Olympus Visionary, by zrozumieć, że to nie rozmiar matrycy determinuje jakość fotografii. Niezależnie od tematyki – czy to portret, sport, pejzaż, czy dzika przyroda – system Micro 4/3 potrafi wyprodukować fenomenalne zdjęcia, o ile oczywiście jest dzierżony przez odpowiednie dłonie.

Miesiąc z Micro 4/3 – co na plus?

Największym plusem, jaki dostrzegłem w czasie spędzonym z Panasonikiem Lumix G9 i Olympusem OM-D E-M1 MKII to stosunek rozmiaru do możliwości.

Miałem u siebie dwa naprawdę niewielkie korpusy, o wiele mniejsze i lżejsze od mojej lustrzanki, które znacząco przewyższały ją możliwościami. Pod każdym względem. Pewnie, wiele jest bezlusterkowców jeszcze mniejszych i lżejszych od topowych aparatów Micro 4/3 (szczególnie gdy będziemy ich używać z malutkimi obiektywami), ale jak na w pełni profesjonalne aparaty Olympus i Lumix to naprawdę leciutkie i poręczne konstrukcje.

Dzięki temu fotografuje się nimi po prostu… przyjemniej. Nawet realizując materiały komercyjne czułem, że raczej bawię się aparatem, niż pracuję. Do tego dopiero te testy uświadomiły mi, jak bardzo męczę się fotografując lustrzanką. Tutaj po kilkugodzinnej sesji w ogóle nie czułem zmęczenia.

Pozytywna jest także cena systemu Micro 4/3. Oczywiście, obiektywnie 7300/7500 zł za korpus to mnóstwo pieniędzy, zwłaszcza biorąc pod uwagę niewielkie rozmiary matrycy. Jednak zestawiając flagowego Panasonica i Olympusa z konkurencją, wyraźnie widać, że za pełnoklatkowe aparaty o zbliżonych możliwościach musielibyśmy zapłacić co najmniej dwa razy więcej. Nie mówiąc o cenach obiektywów.

Solidny zestaw Micro 4/3 można zbudować już za równowartość samego korpusu takiego jak Sony A7rIII czy Canon 5d mkIV.

Miesiąc z Micro 4/3 – co na minus?

Tym, co powstrzymuje mnie od jednoznacznego powiedzenia „tak, przesiadam się!” jest mimo wszystko praca przy niskim świetle. Przez 90 proc. czasu nie stanowi to dla mnie problemu, jednak pozostałe 10 proc. to targi i konferencje – czyli istotne, kluczowe wręcz wydarzenia, z których zawsze chcemy przywozić materiały jak najwyższej jakości. I na których zawsze, ale to zawsze, oświetlenie jest fatalne.

Boję się, że w takiej sytuacji Micro 4/3 po prostu sobie nie poradzi. A jaki byłby sens kupować aparat z tego systemu, skoro na kluczowe wyjazdy, gdzie bardzo zależy mi na jak najlżejszym plecaku, i tak musiałbym pakować pełnoklatkowy aparat „na wszelki wypadek”? Micro 4/3 nieszczególnie nadaje się też do fotografii koncertowej, z którą chciałbym się w swoim czasie zmierzyć i kolejny raz – kupno drugiego systemu ze świadomością, że często musiałbym używać pierwszego, mija się dla mnie z celem.

Przyznaję jednak, że przez ten miesiąc nie miałem możliwości sprawdzenia testowanych aparatów w warunkach prawdziwie bojowych. Kto wie, może uda mi się jeszcze zabrać aparat Micro 4/3 na jakieś targi i tam samodzielnie zweryfikować, czy ten system byłby w stanie dotrzymać mi kroku na branżowych wydarzeniach.

Lumix G9 i Olympus OM-D E-M1 MKII utwierdziły mnie w jednym – pora pożegnać lustrzankę.

Ten miesiąc uświadomił mi problemy, których w ogóle nie czułem, że mam. Dopiero teraz, odesławszy obydwa aparaty i wróciwszy do prywatnego Nikona czuję, jak wiele tracę nadal fotografując lustrzanką.

Brakuje mi EVF. Brakuje fotografowania w trybie Live View. Brakuje odwracanego ekranu. Brakuje lekkości i poręczności. Brakuje możliwości wideo. Brakuje „tego czegoś”, czyli amalgamatu wszystkich pozytywów Micro 4/3, przez które po raz pierwszy w życiu fotografowałem nie tylko z zawodowej powinności, a dla czystej przyjemności.

Miałem w przeszłości styczność z bezlusterkowcami, także tymi z najwyższej półki. Ale nie licząc dwukrotnie droższego Sony A7rIII, żaden nie przekonał mnie do tej pory do porzucenia lustrzanek. Kto by pomyślał, że przekonają mnie dwa aparaty, których do niedawna jeszcze w ogóle nie brałem pod uwagę.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst