Tech  / Felieton

To może być jeden z najpiękniejszych dni w roku. Ty zadecydujesz

6:00 rano. Ze snu budzi mnie subtelny, specjalnie dobrany dźwięk budzika w smartfonie. Wiem, że nie muszę jeszcze wstawać, ale w takim razie muszę sięgnąć po telefon i włączyć drzemkę. A skoro już wziąłem go do ręki, to przy okazji sprawdzę powiadomienia, maile, Twittera, Facebooka… STOP.

Dzisiaj, mimo właściwego święta, jest już trochę za późno, żeby zacząć ten poranek jeszcze raz, ale - na potrzeby tekstu - załóżmy, że jednak jest to możliwe. Cofnijmy czas, dokonajmy jednej zmiany i zobaczmy jak mógłby wyglądać tylko odrobinę inny, ale jednak pod wieloma względami lepszy dzień.

Jedyna zmiana? Wyłączyć telefon i wrzucić go do szuflady. Na 24 godziny.

6:30 rano. Wiedziałem, że mogę pospać tę chwilę dłużej, bo nie ukradnie mi jej pełen nowości i informacji smartfon. Z łóżka zrywa mnie dźwięk podobny do tego, jaki wydaje cofająca ciężarówka i doskonale wiem, że nie mam tu już zbyt wiele do roboty. Nie zalegam z telefonem w ręce, nie tracę czasu - po prostu wstaję, wychodzę, zamykam za sobą drzwi do sypialni.

I mimo że wstałem później niż zwykle, wiem, że do komputera i tak usiądę wcześniej. Powód jest prosty - przy praktycznie każdej porannej czynności oszczędzam dziesiątki sekund, jeśli nawet nie całe minuty. Nie staram się utrzymać telefonu w zasięgu wzroku w trakcie mycia zębów czy krojenia chleba. Nie rozpraszają mnie kolejne powiadomienia, które i tak na niewiele by się zdały, niezależnie od tego, jak pilne by nie były. W końcu i tak nic nie zrobię bez komputera.

Nawet poranny spacer z psem jest jakby inny. Nie mam w ogóle lęku o to, że coś przegapię, ba, mam wręcz uspokajającą świadomość, że jeśli ktoś ma do mnie jakąś sprawę, to nie zepsuje czy nie skróci mi spaceru, a po prostu poczeka na swoją kolej - aż uruchomię komputer. Ja do tego czasu będę mógł pocieszyć się widokiem otoczenia, którego - trzymając wzrok wlepiony w mały ekran smartfona - praktycznie nie znam.

Siadam do komputera i wszystko jest prawie tak, jak normalnie.

Tu 100 powiadomień z jednego źródła, tu 50 z innego, gdzie indziej jeszcze tyle, że nie ma innego wyjścia, niż kliknąć „Oznacz wszystkie jako przeczytane”. Dzień jak każdy inny.

Jednak nie do końca. Zerwała się bowiem smycz, która łączy z komputerem i Internetem niezależnie od tego, gdzie się znajduję. Teraz, w dniu bez telefonu, to ja decyduję o tym, kiedy faktycznie jestem dostępny. W granicach rozsądku, ale jednak odzyskuję władzę nad własnym czasem. Wstaję, odchodzę kilka metrów - jestem nie do „złapania”. Mam te 5, 10 czy 15 minut prawdziwego czasu dla siebie. Nikomu nic się nie stanie, jak odpiszę mu z takim drobnym opóźnieniem. Ba, nikt pewnie nawet nie zauważy mojej chwilowej nieobecności.

Jedną, prostą decyzją uzyskałem stan chyba najbardziej zbliżony do „rzucenia wszystkiego i pojechania w Bieszczady”. Tak, dalej jestem przez większą cześć dnia zależny od Internetu, dalej to właśnie w nim ma miejsce większość mojego aktualnego życia, ale wystarczy jeden ruch, najzwyklejsze wstanie z krzesła i odejście, aby dać sobie dodatkowy, potrzebny oddech.

Jest to dla mnie tym łatwiejsze, przyjemniejsze i bardziej naturalne, że życie bez telefonu było dla mnie przez długi czas całkowicie naturalne. Nie z wyboru, a dlatego, że kiedy byłem młodszy, nawet nie smartfony, a zwykłe „komórki” były zbyt drogie, zbędne, trudno dostępne i niewygodne. Jakoś trzeba sobie było bez nich radzić i wiecie co? Dało się. Czasem trochę trudniej niż obecnie, ale było to wykonalne. Pod niektórymi względami było może nawet lepiej, niż teraz.

Ciekawe, jak taki „detoks” sprawdziłby się w przypadku osoby, dla której telefon komórkowy jest czymś absolutnie naturalnym. Który ze smartfonem, Internetem i innymi, podobnymi formami komunikacji miał kontakt od najmłodszych lat. Ciekawe, czy byłby w ogóle możliwy.

Na takich rozmyślaniach upływa mi prawie cały dzień pracy. Spokojniejszy niż każdy inny, bo z „bezsmyczowymi” przerwami i pozbawiony natrętnych telefonów z banków czy od operatorów. Kto chciał - skomunikował się ze mną w odpowiedni sposób, każdy dostał odpowiedź, a każdy problem został rozwiązany tak samo szybko, jak gdybym miał telefon. Nie czuję zmęczenia - czuję natomiast, że czeka mnie jeszcze długi, przyjemny dzień.

Oczywiście, korzystając z ładnej pogody, warto jak najszybciej oderwać się na dobre od komputera. W końcu zawsze mogłoby kusić, żeby posiedzieć przy nim jeszcze chwilę - przecież kiedy go wyłączę, stracę kontakt ze światem. Ale nic to, czas pobiegać.

Początkowo jest trochę dziwnie - w końcu skoro nie mam ze sobą telefonu, nie mam też odtwarzacza muzyki, a do takiego biegania nie jestem przyzwyczajony. Po kilkunastu minutach wsłuchiwania się we własny, ciężki oddech i odgłos butów uderzających o asfalt przychodzi jednak olśnienie - tak też może być przyjemnie! Zamiast wsłuchiwać się w muzykę i zamykać na świat zewnętrzny, obserwuję i słucham tego, co dzieje się dookoła. Trasa, którą przebiegałem już dziesiątki razy, wydaje się być zupełnie inna. Ciekawsza, pełna szczegółów, pełna życia.

Odchodzi także jeden z najpoważniejszych problemów związanych z bieganiem z telefonem - niemal nieprzerwany masaż prawego ramienia, na którym zawieszony jest pokrowiec ze smartfonem. Tak, wiem, można go wyciszyć, wyłączyć powiadomienia, tylko nie dość, że to dodatkowa zabawa, to jeszcze po co mi tak naprawdę telefon, skoro i tak nikt się ze mną nie skontaktuje?

Poza tym istnieje jeszcze ryzyko, że gdzieś, gdzie musiałbym się zatrzymać, np. na światłach, nie wytrzymałbym i zerknął na telefon.

Może chciałbym się gdzieś zatrzymać i zrobić zdjęcie. Po co mi to?

Wracam więc w końcu do domu, zupełnie nie nękany powiadomieniami. Ogarniam się i przy okazji synchronizacji danych z zegarka biegowego z komputerem sprawdzam, czy nic ważnego mnie nie ominęło. Odpowiedź jest prosta - nie. Coś przeczytam, na coś odpiszę, ale nie było tam nic, co powinno mi przeszkadzać w relaksie. Kończę, wyłączam komputer. Znowu cisza.

Inteligentni ludzie podobno się nie nudzą, ale cóż, zaoszczędziłem w trakcie dnia tyle czasu na ciągłym sprawdzaniu telefonu, że mam go właściwie w nadmiarze. W ogóle nie brakuje mi kontaktu ze smartfonem, za to dochodzę do wniosku, że przydałoby się trochę posprzątać w domu.

Muszę jednak zdążyć z tym względnie szybko, bo na 19 jestem umówiony w mieście. I znów kolejna wada i zaleta wyłączonego telefonu. Z jednej strony nie mogę napisać, że się spóźnię, ale z drugiej… wiem, że powinien się szybciej ogarnąć i wyjść odpowiednio wcześniej. Nie mam już magicznego środka na odkładanie terminu spotkania, na słynne „już jadę, będę za 15 minut, sorry”. Po prostu muszę być na czas i już.

Wszystko udaje się tak, jak zaplanowano. Nikt nie czeka na nikogo dłużej niż 3-4 minuty, a w trakcie spotkania nikt nerwowo nie zerka cały czas na telefon. Jest nawet trochę tak, jakby udało się cofnąć w czasie o dobrych kilka lat. Na aktualną datę wskazują jedynie ludzie siedzący przy innych stolikach - prawie każdy ma telefon wyłożony na stół, a jeśli nie, to na 90% trzyma go właśnie w ręce. Smutne.

Droga powrotna do domu i szybkie zakupy. Lista, jakby mogło być inaczej - analogowa, spisuje się dobrze, choć jej forma wymusza odpowiednie przygotowanie i przemyślenie. W końcu nie mając telefonu nie kupię niczego, co przypomni się innym domownikom w ostatniej chwili. Trudno, kupi się najwyżej następnym razem.

To samo w sumie tyczy się np. spontanicznych odwiedzin czy wypadów do miasta, choć na tyle nie leży to w moim guście, że zupełnie mi to nie przeszkadza.

Kilkanaście minut jazdy do celu upływa tak samo spokojnie, jak cały dzień. Nie obawiam się, że ktoś nagle zadzwoni czy napisze z jakąś sprawą, którą i tak jadąc autem nie będę mógł się zająć. Sprawdzę w domu, czy ktoś czegoś nie chciał i tyle - postaram się odpisać kiedy będę mógł, zamiast tworzyć wiadomości pt. „odpiszę za 20 minut”.

Skoro jednak jutro znowu trzeba wstać wcześnie, na dłuższą wieczorną sesję przy komputerze nie ma szans. Czas wskoczyć do łóżka, nastawić budzik i, nie, nie sprawdzić co się dzieje w świecie. Poczytać książkę. Zwykłą, papierową, albo cyfrową, wyświetlaną na sporym ekranie czytnika ebooków. Wiem, że nikt mi tej przyjemności nie przerwie jakąś absurdalną, w 99% przypadków zupełnie nieistotną o tej porze wiadomością. Wiem, że skoro innym zdarza się nie szanować godzin wieczornych, muszę zadbać o to samo. Wiem też, że tekst na papierze czy czytniku nie zmęczy moich oczu tak, jak podświetlony ekran smartfonu. Zasypiam.

Oczywiście powyższy tekst jest miejscami ubarwiony - nie wszystko zawsze wychodzi tak idealnie, jak w powyższej historyjce.

Niekoniecznie jest też ona dokładnym zapisem jednego, konkretnego dnia - jest raczej nagromadzeniem tego, co… faktycznie ma miejsce w moim przypadku, kiedy postanawiam na dobre odłączyć się nie tylko od smartfonu, wyłączając w nim transmisję danych, ale także od reszty zgiełku, jaki generuje ta część mniej smart. Tak, ta historyjka jest w wielu miejscach prawdziwa, a do tego zaczyna się powtarzać coraz częściej.

I najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie dość, że ja przez większą część tygodnia mam święty spokój (jednocześnie nie zaniedbując obowiązków służbowych czy domowych), to jeszcze mało kto z zewnątrz zorientował się, że praktycznie przestałem korzystać z telefonu. A wystarczyło mi do tego uświadomienie sobie, że większość treści, którymi jestem na co dzień bombardowany z sieci i przy których spędzam długie godziny, nie jest w rzeczywistości ani pilna, ani faktycznie ważna.

Warto więc, przynajmniej od czasu do czasu, rozważyć właśnie taki ruch. Może z okazji dzisiejszego dnia bez telefonu, a może w jakiś inny dzień. Niech to nawet będzie sobota albo niedziela.

* Zdjęcie: Shutterstock

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst