1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Towar eksportowy Izraela: cyberbroń. Pegasus to tylko wierzchołek góry lodowej

Ich przodkowie studiowali Torę i Talmud. Dzisiaj elity Izraela specjalizują się w rozwijaniu technologii, szczególnie tych związanych z inwigilacją. Do tego stopnia, że państwo zaczęło opierać na nich swoją dyplomację. Ale skrzydła Pegasusa, zamiast wznieść, narobiły Izraelowi sporych kłopotów.

Towar eksportowy Izraela: cyberbroń. Pegasus to tylko wierzchołek góry lodowej

8200 – to liczba kluczowa dla współczesnego Izraela. Numer oznaczający specjalną jednostkę IDF (Israeli Defence Force) stał się synonimem nie tylko tego, jak nowoczesne są same siły wojskowe tego państwa, ale przede wszystkim jak powiązanie technologii z wojskowością może stać się podstawą biznesowego sukcesu całej gospodarki.

Do niedawna elitarna Jednostka 8200, która zajmuje się wywiadem i kontrwywiadem elektronicznym, była tajna. Jej członkowie nie wypowiadali się publicznie. Weterani, którzy z niej wyszli i założyli własne firmy, nie chwalili się tym doświadczeniem. Jednak to, jak w Izraelu rozrósł się biznes technologiczny związany z cyberbezpieczeństwem, spowodowało, że dziś o Jednostce 8200 wiedzą już wszyscy. Co więcej, przez ostatnie lata stała się ona wręcz powodem do narodowej dumy. Nic dziwnego – według danych z 2018 r. aż 80 proc. założycieli 700 izraelskich firm zajmujących się cyberbezpieczeństwem przeszło przez ten właśnie oddział.

Niv Carmi, Shalev Hulio i Omri Lavie to ludzie, którzy założyli NSO Group. Inicjały ich imion tworzą nazwę firmy. Wszyscy oczywiście też wywodzą się z Jednostki 8200. Najsłynniejszy produkt NSO, czyli Pegasus, był jeszcze kilka lat temu dowodem na to, jak mocny jest Izrael w zaawansowanych technologiach nadzoru.

Dziś jednak globalny skandal z Pegasusem skierował oczy całego świata na „izraelski naród startupowców”. Zamiast zachwytów zaczął on budzić coraz więcej obaw o to, czy technologie tworzone przez byłych wojskowych nie stały się w rękach kolejnych autorytarnych lub wręcz dyktatorskich reżimów bronią, której zasięg będzie trudny do opanowania. Szczególnie że cyberbroni tworzonej w Izraelu jest coraz więcej, tak samo jak chętnych do jej kupowania.

A przecież jeszcze niedawno Izrael miał wizerunek kraju, który dzięki technologiom zbudował gospodarkę na miarę nowej Doliny Krzemowej. 

Naród wybrany do tworzenia startupów

Na skraju pustyni Negew mieści się miasto Beer Szewa. Według Biblii to właśnie tutaj Abraham ok. 6 tysięcy lat temu wykopał istniejącą do dzisiaj studnię i zawarł porozumienie z królem Abimelekiem. Dolina ta była wówczas bogata w wodę, a miasto już wtedy nowoczesne: z oddzielnymi dzielnicami wojskowymi, handlowymi i mieszkalnymi.

Ale niekoniecznie ta historia stoi za tym, czym jest dzisiejsza Beer Szewa. Większe znaczenie miał upadek komunizmu w Europie i wielka fala migracji z byłego ZSRR, która na początku lat 90. zaczęła napływać do Izraela. Do Beer Szewy przybyło wtedy 70 tys. migrantów, czyli niemal drugie tyle, ile ówcześnie mieszkańców liczyło to miasto. Nie tylko zaczęło ono szybko rosnąć. Przede wszystkim czekał je naukowy impuls, bo wśród przybyłych było sporo naukowców, inżynierów i ludzi techniki.

Beer Szewa w Izraelu. Fot. S1001 / Shutterstock

W pierwszej dekadzie XXI wieku burmistrz Beer Szewy wyczuł w tym ogromną szansę dla miasta i postanowił całkiem zmienić jego wizerunek. Zaczął ściągać kolejne firmy związanych z przemysłem high-tech, telekomunikacją i nauką. Tak powstał na obrzeżach Beer Szewy Zaawansowany Park Technologiczny, który skupia izraelski sektor cyberbezpieczeństwa, nanotechnologii, telekomunikacji. Były premier Binjamin Netanjahu zapowiadał wręcz, że miasto ma się stać stolicą światowego cyberbezpieczeństwa.

Nie są to wcale zapowiedzi na wyrost. Izrael już pokazał, że w sektorze technologii ma więcej niż tylko ambicje. To w tym kraju powstał pierwszy pendrive (opracowany przez Dova Morana, Amira Bana i Orona Ogdana w 1998 roku). To z Izraela wywodzi się pierwszy telefon Motoroli, pierwsze złącze USB, pierwszy firewall. Nic dziwnego więc, że na Izraelczyków zaczęło się mówić „start-up nation” – naród startupowców.

Termin ten spopularyzowali blisko dekadę temu Dan Senor związany z Harvard Business School i Saul Singer, redaktor m.in. w „Jerusalem Post” (obaj pracowali dla rządu amerykańskiego), pisząc klasyczną już dziś książkę „Naród start-upów: historia cudu gospodarczego Izraela”. Senor i Singer przekonują w niej, że sektor technologiczny ich ojczyzny rozwija się w nieprzeciętnym tempie, a jej biznes cyberbezpieczeństwa jest jednym z najlepszych na świecie.

I mają rację. Izraelski ekosystem startupowy jest praktycznie drugi na świecie po oryginalnej Dolinie Krzemowej. Z blisko 100 jednorożcami (czyli techfirmami o wycenie powyżej 1 mld dolarów) jest na poziomie całej Unii Europejskiej, która ma niemal 50 razy więcej mieszkańców.

Sektor technologiczny wyraźnie przekłada się na gospodarkę całego państwa. Resort finansów właśnie podsumował, że eksport „usług” (to termin, który obejmuje izraelskie usługi technologiczne, takie jak cyberbezpieczeństwo i sztuczna inteligencja) po raz pierwszy przeważył wartość eksportu towarów. A ten usług programistycznych i badawczo-rozwojowych wzrósł rok do roku odpowiednio o 25 i 15 proc.

Palestyńskie cyfrowe laboratorium

Jak to się stało, że mały – dziś ma ledwie nieco ponad 9 mln obywateli – i wciąż młodziutki Izrael stał się taką potęgą w cyberbiznesie? Ma to dużo wspólnego z historią i skomplikowanym położeniem geograficznym. Kiedy w 1948 r. powstawało to państwo, liczyło ledwie 806 tys. mieszkańców. Rozrastało się w ogromnej mierze dzięki kolejnym falom migracji.

Ale według wspomnianych Senora i Singera właśnie początkowa słabość Izraela stoi za jego obecnym technologicznym sukcesem. Dodatkowym impulsem stała się trudna sytuacja międzynarodowa. W sytuacji stałego zagrożenia służba wojskowa w Siłach Obronnych Izraela (IDF) jest obowiązkowa, co okazało się kuźnią kadr i impulsem rozwojowym dla całego państwa.

Kadeci w wojsku izraelskim. Fot. Olesya Baron / Shutterstock

Jonathan Klinger, izraelski prawnik ds. cyberprawa działający jako doradca prawny dla kilku firm high-tech i start-upów, zapytany przez nas o to, skąd wziął się tak silny rozwój techbiznesu w Izraelu, wskazuje bez wahania: kraj jest po prostu otoczony wrogami i dodatkowo wciąż tli się konflikt palestyński. Z tego powodu Izrael wypracował specyficzne metody bronienia się przed zagrożeniami. – Nie chodzi tylko o środki typowo militarne. Właściwie już od samego powstania tego państwa stawiało ono mocno także na rozwój technik elektronicznych i nadzoru powiązanego z kwestiami bezpieczeństwa – mówi SW+ ekspert.

Od dekad najważniejsza doktryna obronna Izraela głosi, że kluczowe jest by mieć na kazdym polu "zasadniczą przewagę nad sąsiadami i nieprzyjaciółmi”. Nie jest zresztą szczególną tajemnicą, że dziś Izraelczycy – choć najbardziej widowiskową technologią obronną przez nich opracowaną pozostaje słynna antyrakietowa „żelazna kopuła” – bardziej niż ataku zbrojnego obawiają się irańskiego programu zbrojeń rakietowych i nuklearnych oraz ataków w cyberprzestrzeni.

Dlatego właśnie w powszechnej służbie wojskowej tak ważne są jednostki wyspecjalizowane w wywiadzie czy właśnie technologiach. Rola technologii w obronności zaczęła szczególnie silnie rosnąć od wojny sześciodniowej w 1967 roku.

– Na okupowanych terytoriach Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu mieszka niemal tak duża liczba ludności, co w samym Izraelu. Ok. 6 mln ludzi, którzy żyją pod ogromnym nadzorem w imię zapewnienia względnego bezpieczeństwa. Co ważne, metody, jakie są wobec nich stosowane, są bardzo podobne do metod, jakie wcześniej stosowały inne niedemokratyczne reżimy – mówi Klinger.

Ekspert porównuje poziom tego nadzoru do krajów komunistycznych z ich rozbudowanymi służbami specjalnymi liczonymi w setkach tysięcy pracowników i współpracowników do śledzenia wszystkich obywateli. Izrael zatrudnia technologie.

Faktycznie trwająca od dziesięcioleci izraelska okupacja Zachodniego Brzegu, Gazy i wschodniej Jerozolimy stała się więc w pewnym sensie uzasadnieniem do prowadzenia na żywo wielkiego laboratorium do testowania technologii nadzoru i inwigilacji. Na porządku dziennym jest choćby stosowane oprogramowanie do rozpoznawania twarzy Palestyńczyków.

Kuźnia jednorożców

I tu wracamy do Jednostki 8200. Skoro przechodziły przez nią kolejne pokolenia młodych, utalentowanych programistów i inżynierów, to po odbyciu służby wojskowej oczywiste było, że część z nich skieruje swoje kroki ku technologicznemu sektorowi związanemu z obronnością.

Pięć lat temu Privacy International, organizacja pozarządowa badająca rządową inwigilację, opublikowała raport na temat globalnej branży nadzoru. Grupa zidentyfikowała 27 izraelskich firm specjalizujących się w produkcji narzędzi i usług inwigilacyjnych. I już wtedy był to najwyższy wskaźnik na liczbę mieszkańców spośród wszystkich krajów na świecie. Weterani z Jednostki 8200 założyli lub zajmowali wysokie stanowiska w co najmniej ośmiu spośród tych 27 firm. A to nie koniec. Tylko we właśnie zakończonym 2021 roku doszło kolejnych 13 „jednorożców” z tej branży.

Żołnierz IDF opowiada o systemie satelitarnym zwiedzającym targi w Holon. Fot. Dmitriy Feldman Svarshik / Shutterstock

Doświadczenia z własnego podwórka Izraela niespodziewanie po atakach z 11 września stały się rozchwytywane na całym świecie. Kolejne państwa zaczęły odkrywać, że technologie cyfrowe są niezbędne do zapewnienia bezpieczeństwa wewnętrznego. Szczególnie że wraz z rozwojem technologii zaczęły rozprzestrzeniać się szyfrowane komunikatory: od Signala do WhatsAppa czy Telegrama.

Agencje wywiadowcze nie mogły już tak łatwo namierzać terrorystów, rozpracowywać przestępczości zorganizowanej. Na wagę złota stało się więc to, co już oferowały izraelskie firmy. Takiego złota, że według „Calcalist” roczne dochody z eksportu najbardziej ofensywnych usług do inwigilacji technologicznej mają w Izraelu przekraczać już miliard dolarów.

Pogromcy El Chapo

Jednym z największych sukcesów tej branży było właśnie NSO Group. Shalev Hulio, jeden z jej ojców założycieli, opowiadał, że pomysł na biznes pojawił się po tym, jak zadzwonił człowiek z pewnego europejskiego wywiadu. Chciał dowiedzieć się, czy faktycznie Izraelczycy dysponują know-how, które pozwala uzyskać dostęp do telefonów innych użytkowników. „To dlaczego nie sprzedajecie tego służbom?” – miał zapytać przedstawiciel europejskiej agencji.

A więc zaczęli to robić. NSO powstało dekadę temu i niemal od razu znalazło fundusze na rozkręcenie badań. 1,8 mln dolarów za 30 proc. udziałów wyłożyła grupa inwestycyjna związana z funduszem venture capital Genesis Partners. Już dwa lata później młodziutka spółka podpisała wart 20 mln dolarów kontrakt z rządem Meksyku – oficjalnie do walki z mafią narkotykową.

Program pozwala zdalnie i bez konieczności, by ofiara klikała w zainfekowany link, przejąć dostęp do smartfona. To okazało się kluczowe w wielkiej kampanii dwukrotnego namierzania osławionego meksykańskiego narkotykowego barona Joaquína Archivaldo Guzmána Loera, szerzej znanego jako El Chapo.

Zatrzymany w 2016 roku w Meksyku El Chapo. Fot. Octavio Hoyos / Shutterstock

Sukces był faktycznie spektakularny. Jednak jak ujawniło dochodzenie „New York Times”, równolegle produkt NSO był w Meksyku używany do atakowania dziennikarzy i działaczy na rzecz praw człowieka. Zaczęły się pojawiać kolejne kontrowersje m.in. z Panamy, gdzie kontrakt na zakup Pegasusa stał się przedmiotem śledztwa antykorupcyjnego.

Wszelkie krytyczne głosy nie przeszkadzały NSO Group w biznesowych sukcesach. W 2014 roku amerykańska firma private equity Francisco Partners kupiła NSO Group za 130 milionów dolarów. Podobnie jak Palantir Petera Thiela, NSO Group szybko stała się jedną ze sztandarowych firm technologicznych nowej ery inwigilacji cybernetycznej. Łącząc duży prywatny kapitał i wywiadowcze kontakty wynikające z doświadczeń swoich szefów, osiągnęła wyjątkowo potężną siłę. Przede wszystkim jednak pomocne i dla NSO, i dla innych biznesów związanych z cyberbezpieczeństwem okazało się wsparcie samego rządu Izraela.

Dyplomacja na skrzydłach Pegasusa

Zresztą działało to w obie strony. Szybko okazało się, że Izrael nie tylko zarabia na inwigilacyjnej odnodze swej cyfrowej gospodarki, ale przede wszystkim może wykorzystywać ją jako soft power do budowania relacji zagranicznych. Szpiegowski biznes stał się tak ważny dla funkcjonowania Izraela, że kraj zaczął go wykorzystywać do prowadzenia polityki międzynarodowej ochrzczonej mianem spy tech diplomacy. Równolegle sektor high-tech otworzył przed Izraelem nowe możliwości na arenie międzynarodowej. Wszystkie niemal koncerny IT świata mają swoje przedstawicielstwa w Izraelu i Beer Szewie. Nowoczesny syjonizm ma dziś twarz cybersyjonizmu.

Eitay Mack, izraelski prawnik i aktywista, który nagłaśnia nieprawidłowości związane z tymi biznesami, w podcaście Techstorie mówi wręcz o „dyplomacji Pegasusa”. – Dyplomacja oparta na Pegasusie zastąpiła tą opartą na sprzedaży karabinów Uzi. Dzięki temu można prowadzić interesy, które cały czas pozostają w cieniu. Gdy sprzedajesz izraelskie karabiny do krajów arabskich, ktoś zauważy je na ulicy. W przypadku Pegasusa nie ma takiego ryzyka – podkreśla ekspert.

Dlatego też trudniejsze niż w przypadku handlu konwencjonalną bronią stało się odnalezienie śladów dyplomacji Pegasusa.

Jeszcze z czasów afery Watergate dziennikarze całego świata kierują się zasadą follow the money, czyli podążaj za pieniędzmi, śledź przepływy finansowe, sprawdź, kto zarobił. W przypadku izraelskiej spy tech diplomacy jednak lepiej sprawdza się inna rada: follow the pictures of Netanyahu. Śledztwo przeprowadzone przez izraelską gazetę „Haaretz” wykazało, że po wizytach ówczesnego premiera Benjamina Netanjahu w kolejnych państwach lub spotkaniach z głowami tych państw – Meksyku, Węgier, Polski, Indii, Rwanda, Azerbejdżanu – kupowały one Pegasusa.

„Rynki dyktują, co działa, ja nie dyktuję… jedynym miejscem, w którym faktycznie interweniowałem… jest cyberbezpieczeństwo” – mówił Netanjahu podczas konferencji prasowej na Węgrzech w 2017 roku. Wtedy mało kto zwrócił na te słowa uwagę. Dziś ich znaczenie jest znacznie głębsze, bo dzięki m.in. śledztwu Citizen Lab, fakturom ujawnionym przez NIK oraz materiałom TVN24 wiemy, że w Polsce doszło do zakupu Pegasusa właśnie po spotkaniu Netanjahu z premier Beatą Szydło w 2017 roku na szczycie V4.

19.07.2017, Budapeszt, Węgry. Spotkanie premierów państw Grupy Wyszehradzkiej w Budapeszcie z udziałem premier Beaty Szydło. Fot. P. Tracz / KPRM

Marc Owen Jones, profesor studiów nad Środkowym Wschodem na Hamad bin Khalifa University, w rozmowie z telewizją Al Jaazera mówił wręcz, że technologie nadzoru stały się walutą w dyplomatycznych kontaktach z innymi państwami. – To izraelskie władze przekonują, że nikt nie oferuje produktów równie dobrych na równie dobrych warunkach. Tym właśnie jest spy tech diplomacy, metodą na kształtowanie relacji międzynarodowych na podstawie przewagi, jaką daje poszukiwana na świecie technologia – mówił ekspert.

Dopiero kolejne eksperckie i dziennikarskie śledztwa z ostatnich lat zaczęły ujawniać ciemne oblicza tej dyplomacji. A konkretnie to, gdzie sprzedawano specjalistyczne narzędzia do inwigilacji i jak kupujący z nich skorzystali. Konsorcjum 17 redakcji – w tym brytyjskiego dziennika „The Guardian”, francuskiego „Le Monde”, amerykańskiego „The Washington Post” – przeprowadziło dziennikarskie śledztwo analizujące listę 50 tys. numerów telefonów, które klienci NSO Group mogli wybrać do nadzorowania poprzez Pegasusa. Okazało się, że były na niej telefony co najmniej 180 dziennikarzy, 600 polityków i 85 działaczy na rzecz praw człowieka. Fizycznie przebadano 67 urządzeń i odkryto, że 37 z nich było albo zinfiltrowanych przez Pegasusa, albo próbowano się do nich włamać. Dwa z tych telefonów należały do bliskich saudyjskiego dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego. Krytyczny wobec władz w Rijadzie Chaszodżdżi został w 2018 r. zamordowany w konsulacie Arabii Saudyjskiej w Stambule.

W Polsce zaś dzięki informacjom od Apple, który zdecydował się na pozew przeciwko NSO i w efekcie powiadamia swoich użytkowników o złamaniu zabezpieczeń ich telefonów, wiemy o przynajmniej trzech przypadkach użycia Pegasusa do działań politycznych. Inwigilowano tym oprogramowaniem mecenasa Romana Giertycha, prokurator Ewę Wrzosek i senatora Krzysztofa Brejzę.

Oprócz Apple na pozew przeciwko NSO szykuje się Meta (czyli Facebook). Firma Zuckerberga twierdzi, że technologia NSO naruszyła ustawę o oszustwach i nadużyciach komputerowych, atakując konta 1400 użytkowników WhatsApp (w tym prawników, dziennikarzy i obrońców praw człowieka) w celu zebrania informacji na ich temat.

Skandale wokół NSO są tak poważne, że wreszcie w listopadzie firma trafiła na czarną listę amerykańskiego rządu. Ale nie ona jedna. Latem roku Citizen Lab we współpracy z Microsoftem wykrył złośliwe domeny tworzone przez izraelską firmę Candiru (jej nazwa pochodzi od słodkowodnej ryby pasożytniczej, której zdarza się wpływać do dróg moczowych ssaków), podszywające się pod witryny organizacji pozarządowych i portali informacyjnych. Były one wykorzystywane przez klientów Candiru jako narzędzia szpiegowskie.

W grudniu Facebook po sześciu miesiącach śledztwa zablokował siedem firm, które według niego wykorzystywały media społecznościowe do zbierania informacji, w tym poprzez manipulowanie ludźmi w celu ujawnienia informacji, a nawet zhakowania ich urządzeń. Celami byli dziennikarze, dysydenci, krytycy autorytarnych reżimów, rodziny członków opozycji, obrońcy praw człowieka, celebryci, a nawet zwykli ludzie. W sumie Facebook twierdzi, że zlikwidował ok. 1500 kont, które były częścią operacji „nadzoru do wynajęcia”.

Wśród tych siedmiu firm aż pięć pochodzi z Izraela: Cognyte, Cobwebs Technologies, Black Cube i Bluehawk CI. Szósta to pochodząca z Macedonii Cytrox, ma jedną z siedzib w Izraelu, a jej produkt nazwany Predator jest właśnie analizowany przez Citizen Lab. Ostatnią firmą jest zaś niepodana z nazwy firma z Chin zajmująca się inwigilacją mniejszości Ujgurów.

Ból głowy rządu

Na czarną listę administracji USA trafiło więc obok NSO także wspomniane Candiru. Dodatkowo płynie zmasowana krytyka praktycznie z całego świata. Sojusznicy Izraela, tacy jak Francja, domagają się odpowiedzi, czy Pegasus był używany w ich granicach. Wszystko to wywołało pierwsze tak poważne rysy na „narodzie startupowców”. I pytania o odpowiedzialność rządu tego państwa za to, gdzie trafia i co potrafi cyberbroń.

Oficjalna wykładnia jest taka, że prywatne firmy w Izraelu mogą swobodnie eksportować technologie obronne. Ale w przypadku ofensywnej lub nawet potencjalnie ofensywnej broni, w tym broni cybernetycznej, muszą uzyskać specjalną licencję eksportową od rządu. Szczegóły izraelskich przepisów dotyczących tych licencji są jednak tajemnicą państwową. Nie podlegają nadzorowi parlamentarnemu, a organizacje pozarządowe i dziennikarze muszą walczyć o skrawki informacji na ten temat.

To odbija się dziś mocno niekorzystnie na wizerunku Izraela. Krytyka coraz mocniej skręca właśnie w stronę już nie tylko samych firm, a rządu Naftalego Bennetta.

Skandal NSO „psuje nasze imię”, potwierdził w niedawnym wywiadzie dla „The Times of Israel” sam prof. Isaac Ben-Israel, który w latach 90. był szefem badań wojskowych i rozwoju w armii izraelskiej, a po zakończeniu kariery wojskowej współtworzył izraelskie National Cyber ​​Bureau. Ben-Israel ocenia, że z całego eksportu izraelskich produktów i usług w zakresie cyberbezpieczeństwa produkty NSO i Candiru to naprawdę tylko „mały procent”. – Niestety w oczach opinii publicznej jest to nieistotne, ponieważ ludzie zwykle nie rozróżniają defensywnych i ofensywnych narzędzi cyberbezpieczeństwa. W rezultacie szkody dla reputacji Izraela są ogromne – mówił Ben-Israel. I dodawał: – O ile wiem, choć nie jestem częścią NSO, we wszystkich przypadkach dostali licencję eksportową. Więc jeśli jest jakiś problem, to być może rząd zbyt łatwo dał im licencję. Problem więc nie dotyczy NSO, ale rządu.

Pegasus, narzędzie od NSO Group. Fot. mundissima

Podobnie widzi to Jonathan Klinger: – Firmy z tej branży uważały, że skoro sprzedają rządom, to będą one korzystać z oprogramowania tylko do celów, do jakich zostało ono stworzone, czyli walki z przestępczością i z terroryzmem. A że jest to biznes, więc sprzedawały do wszystkich tych państw, gdzie miały rządowe pozwolenie. Co więcej, rząd używał tego handlu do budowy lepszych relacji choćby z Sudanem czy Arabią Saudyjską – mówi ekspert. Jak podkreśla, problemem okazało się to, że nie było wyraźnych, odgórnych ograniczeń. – Choćby w rodzaju wskazania: sprzedawajcie tylko do Państw Pięciorga Oczu lub do tych mających jasno określone zasady przestrzegania praw człowieka – mówi Klinger.

Dlatego jeszcze w listopadzie, według dziennika „Haaretz”, Shalev Hulio z NSO w tajnym liście wezwał rząd izraelski, aby stanął w obronie jego firmy, powołując się na wieloletnią współpracę między firmą a wojskiem. I rząd Izraela faktycznie próbował lobbować w USA za usunięciem NSO z czarnej listy. Bezskutecznie.

Zamiast tego więc NSO dostało oficjalnie naganę od rządu. To właśnie jej efektem jest decyzja o tym, by licencji na Pegasusa nie przedłużać krajom – w tym Polsce – które używały go niezgodnie z przeznaczeniem. Ale to nie zamknęło to sprawy. Wręcz przeciwnie – jak podaje Bloomberg, NSO podobno rozpatruje zarówno całkowite zamknięcie operacji Pegasus, jak i odsprzedanie biznesu amerykańskiemu funduszowi.

Dyktatury płacą lepiej

John Scott-Railton, ekspert z Citizen Lab, z którym rozmawiało SW+, przestrzega jednak, by w tej globalnej krytyce nie skupiać się tylko na jednej firmie czy jednym państwie. – NSO Group jest teraz w bardzo trudnej pozycji, bo rząd Izraela próbuje odcinać się od decyzji tej firmy. Trzeba obserwować, czy faktycznie Izrael podejmie poważniejsze działania w celu zmniejszenia szkodliwości wywoływanej przez ten biznes. Ale nie tylko z tego państwa pochodzą firmy sprzedające narzędzia do inwigilacji. Kluczowe jest to, byśmy zrozumieli, że jesteśmy w tym momencie dziejowym, w którym zaczynamy rozumieć szkodliwość tego inwigilacyjnego przemysłu. I byśmy docenili wagę międzynarodowych norm i ram prawnych – także tych krajowych – w ograniczaniu samowoli – mówi analityk.

Prezentacja Izraelskiego wojska na wystawie w Dubaju w 2021 r. Fot. Arnold O. A. Pinto / Shutterstock

– Takiej kontroli nie wypracujemy jednak w przeciągu kilku dni. To kwestia lat i kwestia nie tylko Izraela. Dziś łatwo jest nam ukrócić działania NSO. Ale przecież za chwilę pojawią się firmy z jeszcze bardziej zaawansowanymi technologiami z Rosji czy Północnej Korei, nad którymi w ogóle nie będzie nadzoru – ostrzega Klinger. I dodaje: – Dyktatury przecież płacą lepiej niż kraje demokratyczne.

Najlepiej jednak o tym, jak bardzo jest to lukratywny biznes i jak świat liczy na izraelskie spółki, świadczą świeże dane opublikowane na początku tego roku w raporcie „IVC-Meitar Israel Tech Review”. W ciągu 2021 r. izraelskie firmy technologiczne pozyskały aż 25,6 mld dolarów inwestycji. Dla porównania rok wcześniej było to 10,3 mld dol.

Zdjęcie główne – fot. Novikov Aleksey / Shutterstock