Zwykłe radio zmienią w tarczę. Uratuje żołnierzy przed atakiem z powietrza
Osobista walka radioelektroniczna staje się faktem. Żołnierze wyposażeni w radiostacje Falcon IV zyskają potężną tarczę przeciw dronom. Rewolucyjny system połączy dziesiątki urządzeń w jedną sieć zakłócającą.

Niewielkie drony urosły obecnie do rangi jednego z najpoważniejszych zagrożeń dla piechoty, stanowisk dowodzenia, pojazdów oraz zaplecza logistycznego. Wojna na Ukrainie bezlitośnie obnażyła fakt, że tanie bezzałogowce – zarówno te obserwacyjne, jak i uderzeniowe – potrafią generować straty absolutnie nieproporcjonalne do swoich niskich kosztów produkcji. Z perspektywy żołnierza walczącego na pierwszej linii frontu problem jest brutalnie wręcz prosty: wrogi sprzęt potrafi nadlecieć błyskawicznie, na niezwykle niskim pułapie i zaatakować niemal bez jakiegokolwiek ostrzeżenia.
Dotąd obrona przed takim zagrożeniem zwykle wymagała oddzielnych systemów: jammerów, radarów, czujników akustycznych albo wyspecjalizowanych zestawów antydronowych. To oczywiście działa, ale ma ograniczenia. Taki sprzęt kosztuje, zużywa energię, trzeba go rozmieścić, zintegrować i chronić. Skoro żołnierz i tak nosi przy sobie radio, to może właśnie ono stanie się pierwszą warstwą ochrony?
Jak to ma działać?
Sednem rozwiązania proponowanego przez firmę L3Harris jest wykorzystanie możliwości tzw. radia programowalnego. To sprzęt, którego funkcje w dużej mierze wynikają nie z jednej sztywnej elektroniki, ale z oprogramowania. Oznacza to, że ta sama radiostacja może po aktualizacji wykonywać nowe zadania bez dokładania kolejnych modułów sprzętowych.
Falcon IV już dziś potrafi pracować w sieciach taktycznych i skanować eter w ramach fali Wraith, rozwijanej przez L3Harris od 2022 r. Nowa funkcja Wraith Shield ma rozbudować ten zestaw umiejętności. Radio ma od teraz nasłuchiwać pasma, wychwytywać sygnały, identyfikować, które należą do przyjaznej łączności, a które mogą służyć do sterowania wrogim dronem. Gdy taki sygnał zostanie rozpoznany, dane mają zostać przekazane w lokalnej sieci pomiędzy innymi radiami. Następnie grupa radiostacji ma wspólnie emitować zakłócenia na tym samym kanale, utrudniając albo całkowicie zrywając łączność drona z operatorem.
W zależności od tego, jak zaprogramowano bezzałogowiec, skutki mogą być różne. Jedne maszyny po utracie sygnału wrócą do punktu startu, inne zawisną lub zaczną krążyć, a jeszcze inne mogą po prostu spaść. To nie daje stuprocentowej gwarancji zneutralizowania każdego zagrożenia, ale już samo przerwanie sterowania może uratować ludzi i sprzęt.
Elektroniczna bańka ochronna wokół plutonu
Producent mówi wprost o chęci stworzenia osobistej bańki ochronnej walki elektronicznej. Nie chodzi oczywiście o niewidzialną kopułę w sensie fizycznym, ale o obszar, w którym grupa żołnierzy może aktywnie zakłócać kontrolę nad wrogim dronem.
Obecna wersja systemu ma koordynować jednoczesne działanie 40 radiostacji, czyli mniej więcej tyle, ile potrzeba do wyposażenia plutonu piechoty. W planach jest zwiększenie tej liczby do 100 urządzeń. Nie mówimy o pojedynczym jammerze niesionym przez jednego operatora, tylko o rozproszonej osłonie tworzonej przez całą grupę. Zamiast stawiać wszystko na jednym, wyspecjalizowanym systemie, buduje się efekt rozproszony. Jeśli część radioodbiorników zostanie zniszczona, wyłączona albo rozdzielona w terenie, reszta nadal może działać.
Zobacz także:
Biorąc pod uwagę fakt, że na całym świecie w użyciu znajduje się już ponad 100 tys. kompatybilnych radiostacji z rodziny Falcon IV, potencjał wdrożenia tego rozwiązania na dużą skalę jest wręcz gigantyczny. Oczywiście taka technologia z dnia na dzień nie zdoła przekształcić każdego piechura w wykwalifikowanego operatora zaawansowanych systemów antydronowych.
Otwiera jednak bezprecedensową drogę do masowego i relatywnie szybkiego nasycenia jednostek wojskowych podstawową, ale absolutnie kluczową na dzisiejszym polu walki zdolnością do zakłócania wrogich bezzałogowców.



















