Żegnaj Apple i Google. Zabieram swoje zdjęcia
Po latach korzystania ze zdjęć Google'a i Apple'a uznałem, że czas przejść na swoje. Jak wyszło?

W dużym skrócie: różnie, momentami mocno wyboiście, momentami zaskakująco dobrze. Ale po kolei.
Dlaczego w ogóle porzucać Zdjęcia Apple'a i/lub Google'a?
Napisałbym jakieś wiekopomne, że dla ochrony prywatności albo trochę przyziemniej, że dla oszczędności. Problem w tym, że żadna z tych odpowiedzi nie jest do końca prawdziwa.
Prawdziwa jest natomiast odpowiedź, że zrobiłem to, bo chciałem sprawdzić, czy da się tak funkcjonować i czy jestem w stanie to zrobić. Oraz - na ile jest to trudne i ile to kosztuje.
I co jest tą alternatywą dla zdjęć Google'a i Apple'a?
Immich. Jasne, opcji do wyboru jest całkiem sporo, ale Immich wydawał mi się najbardziej dojrzały, najpopularniejszy i oferował chyba największe społecznościowe wsparcie.
Czyli zakładasz konto, wrzucasz zdjęcia i już?
Nie, absolutnie nie. Immich nie jest alternatywną chmurą na zdjęcia - jest alternatywnym, powiedzmy, systemem przechowywania zdjęć, w którym za chmurę robimy... my. Wszystkie dane pozostają cały czas u nas.
Czyli jak to działa?
W Dockerze. Immich jest aplikacją/usługą, którą uruchamiamy na czymkolwiek, co jest w stanie obsłużyć Dockera.
Czyli potrzebuję domowego serwera?
W pewnym sensie - tak. Potrzebujemy czegoś, co będzie w stanie funkcjonować całą dobę bez przerwy, bo w przeciwnym razie po prostu nie będziemy mieli dostępu do swoich zdjęć. W uproszczeniu - wynosimy swój kawałek serwerach Apple'a czy Google'a do nas do domu.
Brzmi jak coś drogiego i żrącego prąd.
Szczęśliwie - nic z tych rzeczy. W moim przypadku Immich najpierw stał na NAS-ie - który i tak pracował całą dobę - a potem wyniósł się, i wyszło mu to na dobre, na mojego BlackView MP20. Tak, ten mikro-komputer, który wciąga z gniazdka jakieś 7 watów, całkowicie wystarczy - i to nawet z zapasem.

Zapasem pozwalającym na tyle, że - i ani trochę nie przesadzam - równolegle obok Immicha na MP20 działa... 39 innych dockerowych aplikacji. Czyli mój serwer, który sprawił, że wyniosłem się z większości chmurowych usług, mieści się w kieszeni i prawie nie zużywa prądu. Jednocześnie jest absolutnie najważniejszym sprzętem w mojej domowej mini-serwerowni. Poważnie - nie mogę się przestać nim cieszyć.
Trochę to skomplikowanie wszytko brzmi?
Tak i nie. Zdecydowanie całość jest bardziej skomplikowana niż założenie konta w przeglądarce i rozpoczęcie wrzucania zdjęć. Jeśli ktoś chce po prostu wrzucać zdjęcia do sieci i mieć do nich dostęp z każdego urządzenia, to zdecydowanie są inne, łatwiejsze opcje.
Z drugiej strony - to nie jest porażająco trudne. Do wyszystkiego są instrukcje, jest AI - które czasem nawet skutecznie pomoże - są Reddity i podobne. Mogę jednak zagwarantować, że większości osób, szczególnie początkującym, ogarnięcie tego chwilę zajmie. Ale potem satysfakcja jest właściwie gwarantowana.
No dobrze, załóżmy, że odpalone. Jakieś niespodzianki na starcie?
Kilka może być, szczególnie jeśli ktoś dopiero zaczyna tego typu przygodę. Przykładowo - jak to bywa z usługami hostowanymi u siebie w domu, domyślnie... nie są wystawione na świat, bo i tak. Czyli przy domyślnej konfiguracji, jeśli wyjdziemy z naszej sieci domowej, wyjdziemy też z dostępu do Immicha.
U mnie rozwiązaniem były tunele Clouflare, bo a) darmowe (koszt tylko domeny) i b) najłatwiejsze. Ale opcji jest od groma.
Dobra, ale przejdźmy już do aplikacji.
No już, już, ale od technicznych szczegółów nie uciekniemy w dalszej części tekstu. Otóż aplikacja wygląda w wersji przeglądarkowej tak:








I raczej trudno ukrywać, że jest mocno inspirowana w kwestii interfejsu użytkownika wyglądem tych aplikacji, z których użytkownicy mogą chcieć uciec. O ile więc kwestia "postawienia" Immicha zdecydowanie różni się od tego, jak zakładamy nasze Zdjęcia Google'a czy Apple'a, tak już korzystanie z aplikacji jest właściwie identyczne. Może z delikatnym ukłonem w kierunku naśladowania mocniej produktów Google'a.
Mamy tu więc właściwie wszystko, czego moglibyśmy chcieć w aplikacji przechowującej nasze zdjęcia. Albumy, wspomnienia (choć raczej bardzo proste, na podstawie daty), mapki z lokalizacjami zdjęć i heatmapami, rozpoznawanie twarzy (zwierząt też), OCR, opcję udostępniania alubmów czy zdjęć "na zewnątrz", ulubione, proste (bardzo, bardzo, bardzo proste) opcje edycji (głównie przycinania), podstawowe informacje na temat zdjęcia (nazwa, aparat, obiektyw, ustawienia aparatu) i wyszukiwarkę.
Jak dobra jest ta wyszukiwarka?
I tutaj niestety musimy wrócić do kwestii technicznych. Wyszukiwarka jest tak dobra, jak model uczenia maszynowego, który wybierzemy. Ba, musimy nawet zadbać o to, żeby na pewno dany model obsługiwał ten język lub języki, z których będziemy chcieli korzystać przy wyszukiwaniu.
Punkt tutaj dostają więc zewnętrzne usługi, które taki model sam dobiorą i my nie musimy się kompletnie o nic martwić, wliczając w to kwestię mocy przerobowych. Przykładowo, nasz model musimy dodatkowo dopasować do możliwości sprzętu, na którym stoi nasz serwer, żeby go po prostu nie przytłoczyć. Do tego zmiana modelu służącego do wyszukiwania oznacza ponowne przeskanowanie całej biblioteki, co oznacza potencjalnie godziny czekania.
Ale potem - to po prostu działa. Może nie tak dobrze jak rozbudowane modele oferowane przez gigantów tech, ale może to lepiej, że nie korzystamy z ich pomocy.
A do tego "przeliczania", to jak mocny komputer jest potrzebny?
To jest jeden z haczyków, który może trochę zniechęcić nas do Immicha na starcie. O ile do funkcjonowania całej bazy absolutnie nie trzeba mocnego komputera (patrz: mój MP20 z N150 i 16 GB RAM), tak pierwsze przetwarzanie całej bazy i ewentualne "duże wrzutki" w późniejszym czasie potrafią go - w kwestii uczenia maszynowego - dość mocno zmęczyć.

Mój przypadek był jeszcze trudniejszy, bo zanim przerzuciłem Immicha na BlackView MP20, funkcjonował on na starszym NAS ze starszym Celeronem. Efekt był taki, że pierwsze skanowanie bazy 350 GB zdjęć i wideo trwało wieku i męczyło starego NAS-a niemożliwie. Na szczęście Immich ma sprytną funkcję, która pozwala wynieść kontener uczenia maszynowego na inny komputer, w związku czym większość uczenia maszynowego zrobił... mój Mac.
Jeśli ktoś jednak uzbroi się w cierpliwość, to spokojnie będzie mój to zrobić nawet na "kartoflaku". Po prostu z płynną obsługą bazy i wyszukiwaniem lepiej trochę poczekać.
Dobra, a gdzie właściwie są te zdjęcia?
W moim przypadku - bezpośrednio na MP20. Oczywiście wbudowane 256 GB w tańszej wersji to trochę za mało, więc zastąpił je dysk M.2 SATA o pojemności 1 TB, dając mi zapas na spokojnie kilka lat do przodu.
A jeśli kot zrzuci serwer do wiadra od mopa?
I to jest chyba największy problem całego tego rozwiązania. Nie własny serwer, nie konieczność postawienia tego w Dockerze, a właśnie troska o dane. Jeśli trzymamy coś w serwerowni takiego Google'a, to szansa, że utracimy bezpowrotnie dane, jest ograniczona. W warunkach domowych jest zdecydowanie wyższa.
Czyli - jeśli Immich ma być faktycznie ucieczką całkowitą, musimy zadbać o to, żeby te dane trafiły jeszcze gdzieś. U mnie baza danych i biblioteka wędrują regularnie na osobnego NAS-a, ale jest to rozwiązanie cząstkowe. NAS stoi bowiem na ten samej szafce, co MP20, po prostu kawałek niżej, więc o ile taki system uchroni mnie przed uszkodzeniem mini-komputera, tak jeśli całe pomieszczenie strawi ogień albo zaleje woda - koniec gry. Dlatego i baza danych, i same zdjęcia trafiają też w jeszcze inne miejsce, już poza moim domem.
I choć teoretycznie jestem z takiego systemu zadowolony i śpię spokojnie, to nie da się ukryć - to jest kombinacja. Ten cały łańcuch kopii zapasowych trzeba przemyśleć, przygotować, rozplanować i co jakiś czas monitorować, czy na pewno działa. W przypadku bigtechowych rozwiązań jesteśmy teoretycznie z tego obowiązku zwolnieni, płacąc za to - w wymiarze finansowym - kilkanaście albo kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Niewielka kwota jak za to, że nie dokładamy sobie do listy obowiązków "admin IT".
Ale i tak nie żałuję - i zabawa przednia, i czegoś się nauczyłem.
Czy Immich się sprawdził, czy nie?
Mogło to wprawdzie brzmieć wszystko trochę przerażająco, ale tak naprawdę - nie było tu za wielu łez, krwi czy potu. Nie jest to wprawdzie rozwiązanie, które poleciłbym np. mojej mamie, ale nawet średnio-techniczni ludzie powinni sobie z tym bez większych problemów poradzić. O ile mają oczywiście zapas czasu, bo to będzie wymagane.

Pomijając jednak to - jestem z Immicha, póki co, niesamowicie zadowolony. W 100 proc. zaspokaja moje potrzeby posiadania bazy zdjęć, do której zajrzę czasem coś powspominać albo sprawnie znaleźć zdjęcie, którego akurat potrzebuję. Na dobrą sprawę trudno mi nawet uczciwie przyznać, że czuję jakąś przytłaczającą różnicę między Zdjęciami Google czy Apple, a Immichem. Tak, wyszukiwarka potrafi dawać gorsze rezultaty. Tak, postawienie tego i kompletna konfiguracja - były zdecydowanie trudniejsze.
Ale na koniec dnia odpalam Immicha dokładnie tak samo, jak odpalałem Zdjęcia Apple'a, robię dokładnie to, co robiłem w tych Zdjęciach i tyle. A wszystko to z przyjemną świadomością, że to wszystko w jakimś stopniu działa dzięki mojemu wysiłkowi - i że wiem doskonale, gdzie są moje zdjęcia.
A czy czegoś specjalnie brakuje?
Oczywiście, że są takie rzeczy. Przykładowo Immich ma aplikację na Androida i iOS, a na macOS - już nie. Mogę wprawdzie korzystać np. z aplikacji dla iOS w wersji stacjonarnej, ale ta nawet średnio się skaluje jeśli chodzi o elementy interfejsu i zdecydowanie nie daje takich doświadczeń, jak odpowiednio przygotowana wersja desktopowa.
Zdecydowanie też Immich cierpi na swojej - powiedzmy - niszowości. Przykładowo jeszcze niedawno współdzieliłem z moją partnerką Zdjęcia Google. Porzucając Zdjęcia Google niespecjalnie mogę to już robić, a przekonywanie kogoś, żeby przechodził na usługę, która jest hostowana na mini-komputerku w mojej pralni, niekoniecznie jest czymś, co może zadziałać. Nawet jeśli teoretycznie wszystko działa jak trzeba.
I... w sumie to byłoby chyba na tyle. Specjalnie nie robiłem ucieczki od Apple'a czy Google'a - w tym wydaniu - na hurra. Zamiast tego postawiłem Immicha i przez ponad miesiąc korzystałem z niego na co dzień, żeby sprawdzić, czy da się z nim żyć zamiast "wielkich" opcji alternatywnych.
Wychodzi na to, że się da. O ile się oczywiście chce, bo ofertę bezwysiłkowości od Apple'a i Google'a naprawdę trudno odrzucić.







































