Trump chce tarczy na Grenlandii. Przechwyci pociski w kosmosie
Donald Trump chce zbudować nad Arktyką Złotą Kopułę. Kosmiczna tarcza ma przechwytywać rakiety jeszcze zanim zbliżą się do USA i Europy.

Grenlandia w planach Donalda Trumpa ma być centralnym punktem Złotej Kopuły, czyli kosmicznej tarczy antyrakietowej, która miałaby przechwytywać pociski jeszcze w przestrzeni kosmicznej. Pomysł łączy ambicje techniczne rodem z gwiezdnych wojen z bardzo ziemską polityką: presją na sojuszników z NATO i sporem o to, kto będzie trzymał rękę na wyłączniku.
Grenlandia z peryferii na środek mapy
Wracając z Davos do Waszyngtonu, Trump jasno zasugerował, że Grenlandia ma stać się fundamentem nowej architektury obronnej Zachodu. Zapowiedział, że USA będą współpracować z NATO przy zabezpieczeniu wyspy, ale jednocześnie podkreśla, że Ameryka musi mieć jak największą swobodę działania i pełny dostęp wojskowy do terytorium.
W tle jest rosnące napięcie w Arktyce. Rosja od lat rozbudowuje tam bazy i systemy radarowe, a Chiny próbują wejść do gry przez inwestycje w arktyczne szlaki i infrastrukturę. W tym układzie Grenlandia, leżąca dokładnie na skrzyżowaniu potencjalnych tras rakiet lecących nad biegunem z Eurazji do Ameryki Północnej, staje się wymarzonym miejscem na olbrzymi wzmacniacz systemu wczesnego ostrzegania.
Trump przekonuje, że część zadań w sprawie bezpieczeństwa wyspy ma być realizowana wspólnie z NATO, co pozwala sprzedać projekt jako wzmocnienie całego sojuszu. Ale sposób, w jaki mówi o robieniu dokładnie tego, co chcemy na Grenlandii, brzmi dla części europejskich stolic bardziej jak ultimatum niż propozycja partnerskiej współpracy.
Jak miałaby działać Złota Kopuła?
Złota Kopuła nie ma być pojedyncza baza ani kilkoma radarami. W założeniu to wielowarstwowy system, który łączy instalacje na lądzie, morzu i w przestrzeni kosmicznej. Na Ziemi miałyby działać radary, centra dowodzenia i wyrzutnie, a nad nimi sieć satelitów z czujnikami i być może nawet pociskami przechwytującymi rozmieszczonymi na orbitach.
W uproszczeniu wyglądałoby to tak, że satelity będą obserwować Ziemię w podczerwieni, wyłapując charakterystyczny błysk startu rakiety balistycznej. Informacja trafi do centrów dowodzenia i naziemnych radarów, które przejmują śledzenie celu, precyzyjnie wyliczając jego tor lotu. Na tej podstawie system wybierze najlepsze miejsce i moment przechwycenia.
W tym miejscu do gry wejdą przechwytywacze. Część z nich mogłaby startować z wyrzutni w Arktyce lub na okrętach, ale najbardziej kontrowersyjny element to pociski umieszczone na satelitach. Taki strażnik orbitalny nie musiałby się przebijać przez gęste warstwy atmosfery, lecz mógłby uderzyć we wrogą rakietę w tzw. fazie środkowej, kiedy ta leci przez kosmos na dużej wysokości. To właśnie tu przewaga wysokości i prędkości orbitalnej ma być największa.
Prezydent Trump obiecuje niemal stuprocentową skuteczność i zdolność zestrzeliwania także pocisków hipersonicznych, czyli takich, które manewrują z prędkościami wielokrotnie większymi od dźwięku. W praktyce oznaczałoby to system zdolny atakować rakietę na każdym etapie: od chwili startu, przez lot nad Arktyką, aż po ostatnie sekundy przed uderzeniem w cel.
Techniczne deja vu. Od gwiezdnych wojen do Złotej Kopuły
Idea strącania rakiet z kosmosu wcale nie jest nowa. Już w latach 80. Ronald Reagan ogłosił projekt, który przeszedł do historii jako program gwiezdnych wojen – koncepcję satelitów uzbrojonych w lasery i pociski, mających niszczyć sowieckie rakiety, zanim te dotrą nad USA. Ówczesna technologia nie uniosła tak ambitnych planów i projekt wygaszono.
Złota Kopuła to powrót do tej samej koncepcji, tyle że z nowym zestawem klocków. Dzisiejsze systemy obrony – od amerykańskiej tarczy naziemnej po izraelską Żelazną Kopułę – opierają się na trzech filarach: precyzyjnych radarach, oprogramowaniu, które w ułamku sekundy decyduje, które cele są realnym zagrożeniem, oraz interceptorach, które działają na zasadzie uderzenia kinetycznego, czyli zderzenia się z rakietą z taką prędkością, że obie ulegają zniszczeniu.
Przeczytaj także:
W założeniu Trumpa te same zasady mają zostać przeniesione na orbitę. Z technicznego punktu widzenia oznacza to konieczność wyniesienia w kosmos setek satelitów – częściowo z czujnikami, częściowo z uzbrojonymi platformami – oraz stworzenia gigantycznej sieci łączności, odpornej na zakłócenia, cyberataki i próby fizycznego zniszczenia.
*Źródło grafiki wprowadzającej: The White House, Flick; AI; Canva






































