Tech  / Felieton

Jeśli ktoś ma przekonać miłośników tradycyjnych zegarków do smartwatchy, zrobi to właśnie G-Shock

196 interakcji
dołącz do dyskusji

Należąca do Casio marka G-Shock właśnie pokazała swój pierwszy smartwatch. Jeśli to nie przekona niezdecydowanych do inteligentnych zegarków, nic tego nie zrobi.

Naukowcy od lat zachodzą w głowę, co spowodowało Wielki Wybuch. W świecie zegarków istnieje jednak całkiem wiarygodna teoria, że był on wynikiem kolizji G-Shocka z Nokią 3310. A przynajmniej tak słyszałem.

G-Shock od lat utożsamiany jest z zegarkami nie do zdarcia. Przed nastaniem ery smartwatchy były to również zegarki, które potrafiły bezdyskusyjnie najwięcej w całym królestwie czasomierzy. Oprócz wskazywania czasu na co najmniej dwa sposoby (cyfrowy i analogowy), zależnie od modelu współczesne G-Shocki mogą posiadać takie funkcje, jak:

  • Timer
  • Chronograf
  • Barometr
  • Wysokościomierz
  • Kompas
  • Termometr
  • Kalendarz
  • Budzik
  • Wskaźnik pływów wodnych
  • Zegar światowy
  • Wavereceptor (synchronizacja radiowa z zegarem atomowym)
  • GPS

Pewnie i tak o czymś zapomniałem, tyle tego jest. W ostatnim czasie zaczęły się również pojawiać modele wyposażone w łączność Bluetooth i krokomierze, choć tutaj G-Shock podszedł do tematu bardzo ostrożnie – ale o tym za moment.

Wszystkie powyższe funkcje nawet w najtańszych modelach zamknięte są w obudowach absolutnie nie do zajechania. G-Shocka można gotować, zamrażać, przejechać ciężarówką, czy robić nieco bardziej przyziemne rzeczy, jak czołgać się przez las czy nurkować – niezależnie od scenarusza, G-Shock przetrwa niemal wszystko. Wiele modeli jest do tego wyposażonych w ładowanie solarne, więc – teoretycznie – mogą pracować bezobsługowo niemal bez końca.

Trudno się dziwić, że fani G-Shocków kompletnie nie widzą powodu, dla którego mieliby kupować smartwatcha. No bo po co, skoro mają tak wiele funkcji w tańszych, wytrzymalszych i niewymagających ładowania zegarkach?

Nic dziwnego, że G-Shocki od lat cieszą się opinią zegarków kultowych. I to nie tylko w środowiskach outdoorowych/EDC czy survivalowych zapaleńców, ale także w środowiskach sportowych, specjalistycznych, a nawet… modowych.

G-Shock jest też jedną z nielicznych marek w świecie zegarków, która pomimo rosnącej popularności smartwatchy i rosnącej „zbyteczności” zwykłych zegarków nie przestaje rosnąć.

I podczas gdy Apple Watch przegania całe imperium szwajcarskich zegarków, pozycja G-Shocka jest niezachwiana, bo entuzjaści tych zegarków raczej niechętnie patrzą w kierunku smartwatchy. A przynajmniej tak było dotychczas.

G-Shock G-Squad GBD-H1000 może przekonać nieprzekonanych.

G-Shock G-Squad GBD-H1000

Pierwszy smartwatch G-Shocka może być dokładnie tym, czego potrzebował świat zegarków. Pokazaniem, że inteligentny zegarek nie musi być produktem kompromisowym i filigranowym, lecz jest dla niego miejsce także w portfolio kultowej marki.

Nowy G-Shock G-Squad GBD-H1000 zawiera w sobie wszystko to, za co fani kochają markę – niezniszczalną obudowę, ładowanie solarne, kultowy wygląd i mnogość funkcji, jakiej inne zegarki mogą tylko pozazdrościć.

Muszę przyznać, że G-Shock podszedł do tematu wprowadzenia smartwatcha na rynek po mistrzowsku. Osoby „na górze” dobrze wiedziały, że ich grupa docelowa nie jest do końca przychylna smartwatchom, więc zamiast od razu skakać na głęboką wodę, podeszli do sprawy stopniowo.

Mogli przecież zrobić to, co zrobiło Casio z modelem ProTrek, albo co zrobiła grupa Fossila i wielu innych producentów tradycyjnych zegarków – wypuścić w świat smartwatch z systemem Wear OS i uznać, że robota skończona. Tak się na szczęście nie stało.

Zamiast tego, G-Shock najpierw pomału wprowadził do niektórych zegarków Bluetooth. I to nie w formie zegarka hybrydowego, pokazującego powiadomienia i pozwalającego na obsługę funkcji w telefonie, a znacznie delikatniej – G-Shocki wyposażone w Bluetooth potrafią mierzyć kroki, synchronizować czas z telefonem, a w niektórych modelach po wciśnięciu dedykowanego przycisku zapisują aktualne położenie (funkcja Mission Log).

Co nie mniej istotne, marka wprowadziła łączność bezprzewodową na każdej półce cenowej. Modele z Bluetooth znajdziemy zarówno w taniej S-Series, droższej G-Steel, okolicznościowej serii Specials, a nawet w Mudmasterach, Gulfmasterach i Gravitymasterach. Pojawił się także odświeżony Rangeman, wyposażony zarówno w GPS jak i łączność Bluetooth, ale nadal niebędący pełnoprawnym smartwatchem. Wszystko w swoim czasie.

Zakładam, że takie stopniowe wprowadzanie łączności bezprzewodowej miało służyć temu, by przekonać najbardziej zatwardziałych fanów tradycyjnych G-Shocków, że nowoczesność nie gryzie, a integracja pewnych smart funkcji wcale nie oznacza, że G-Shock przestanie być G-Shockiem.

Sądząc po głosach, które towarzyszą premierze nowego GBD-H1000 – udało się.

Jeśli pierwszy smartwatch G-Shocka rzeczywiście spełni składane swoim użytkownikom obietnice, może być wielkim hitem, zwłaszcza w prognozowanej cenie. Ta ma wynieść 50 tys. jenów, czyli około 1800 zł. Nawet jeśli dodamy do tego VAT, otrzymujemy cenę nieznacznie przekraczającą 2000 zł. A to plasuje smartwatch G-Shocka poniżej Garminów Fenix, a nawet poniżej pogardzanego przez społeczność G-Shockowców Apple Watcha.

Nie oznacza to jednak, że smartwatch G-Shocka będzie miał na rynku łatwe życie.

Patrzę na G-Squad GBD-H1000 i nie mam wątpliwości, że ten zegarek został zaprojektowany z myślą o fanach marki. I tylko o nich.

Spójrzmy chociażby na wymiary: 63 x 55 x 20,4 mm i 110 g masy. Toż to monstrum. Kołpak. Nawet największy Garmin Fenix 6X nie zbliża się gabarytami do tego olbrzyma.

Fanom G-Shocków może to jednak nie przeszkadzać. Ostatecznie… wyposażony w GPS, Bluetooth i ładowanie solarne Rangeman GPR-B1000-1B ma kopertę o szerokości 57,7 mm i grubości 20,2 mm. Miłośnicy tych zegarków są przyzwyczajeni do noszenia na nadgarstku urządzenia, które w sytuacji zagrożenia może posłużyć za broń obuchową.

Reszta świata może jednak spojrzeć na pierwszy smartwatch G-Shocka… cóż, nieco sceptycznie.

GBD-H1000 z pewnością nie będzie rywalizował z Apple Watchem czy podobnymi zegarkami Samsunga lub Huaweia. Na to jest zbyt, ekhm, G-Shockowy. Mówiąc po ludzku: za wielki i zbyt mało uniwersalny.

GBD-H1000 nie trafi też na rynek z ugruntowanym systemem operacyjnym, jak WearOS. Osobiście uważam to za ogromną zaletę i najlepszą decyzję, jaką Casio mogło podjąć. WearOS to szmelc, który tylko kładłby się cieniem na oczekiwanej niezawodności G-Shocka.

Dla postronnego konsumenta może to jednak być wada. Brak ugruntowanego systemu operacyjnego oznacza też brak wsparcia dla aplikacji czy nawet brak pomocy marketingowej ze strony gigantów technologicznych.

Pierwszy smartwatch G-Shocka będzie za to rywalizował bezpośrednio z zegarkami Garmina, Suunto i Polara. Zwłaszcza z tymi pierwszymi.

Posiada dokładnie ten sam zestaw podstawowych funkcji, co topowe Fenixy – od mierzenia VO2 Max po plany treningowe. W świecie zegarków sportowych Casio G-Shock zaczyna jednak od zera; nie ma rozbudowanego ekosystemu aplikacji i urządzeń jak Garmin, a też – ponownie – jego gabaryty z góry skreślą go w oczach wielu sportowców.

G-Shock GBD-H1000 nie będzie miał więc łatwego życia na rynku i zapewne pozostanie opcją, którą pod uwagę będą brać wyłącznie miłośnicy marki. Nie ma w tym jednak nic złego, bo przecież to może być kolejny mały kroczek w strategii Casio.

Pierwszy trafi do konsumentów zegarek wszystkomający i wszystkomogący. Wielki, potężny zegarek; esencja G-Shocka. I też - bądźmy szczerzy - nieprzeładowany funkcjami, skupiający się na tym, co fani marki już znają i na czym mogą skorzystać: na rozbudowanych funkcjach sportowych.

Z czasem będą mogły dołączać do niego kolejne modele, w nieco bardziej przystępnych formatach: chociażby w obudowie legendarnego DW-5600. I tym sposobem, tą metodą małych kroczków, G-Shock może przekonać swoich fanów do urządzeń inteligentnych. W Casio wiedzą, że to właśnie w nich leży przyszłość i że ta przyszłość prędzej czy później ich dopadnie. Jedyne, co mogą zrobić, to już teraz uświadamiać o tym swoich konsumentów i robić to w taki sposób, by nie stracić ich zaufania.

Osobiście – nie mogę się doczekać.

Co prawda GBD-H1000 jest stanowczo zbyt ogromny jak na mój nadgarstek, ale jeśli tylko trafi się okazja do testów, z wielką przyjemnością poddam go próbie.

A póki co wracam kontemplować zakup Mudmastera. GG-1000, czy może nowy GG-B100?

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst