Gry  / Felieton

Przetestowałem Origin Access Premier i mam jedno przemyślenie: potrzebujemy abonamentów na gry wideo

Do premiery Battlefielda V został jeszcze tydzień, a ja od czterech dni mam grę na dysku swojego komputera. To nie egzemplarz recenzencki. To abonament Origin Access Premier.

Uwielbiam ideę abonamentów i tzw. ekonomię dostępu. Zamiast setek płyt zbierających kurz na półkach (czy też ten wirtualny na dysku) – stała opłata za ciągły dostęp do niemal wszystkiej muzyki tego świata. Zamiast jednorazowych opłat za wypożyczenie filmu – miesięczna subskrypcja na nielimitowany dostęp do większej liczby produkcji niż kiedykolwiek zdołam obejrzeć.

Uwielbiam fakt, że mam dostęp do tych dzieł popkultury, ale jednocześnie nie muszę ich posiadać. Nie zajmują miejsca na półkach, nie czuję się źle, jeśli przerwę kiepski film w połowie (gdybym wydał na niego pełną kwotę, czułbym się zobligowany dotrwać do końca, tracąc czas).

Abonamenty na gry wideo nie są jeszcze tak spopularyzowane jak te na muzykę, wideo czy książki, ale Origin Access Premier pokazuje, że to tylko kwestia czasu.

Jeśli chodzi o subskrypcję na gry wideo, pecetowcy nie są zbyt rozpieszczani. Posiadacze PlayStation i Xboxa od lat dostają swoje paczuchy gier w ramach PS Plus czy Games With Gold, nie mówiąc już o genialnym jak dla mnie Xbox Game Pass, za którym tęsknię odkąd testowałem Xboxa One X (na szczęście wieść niesie, że Game Pass zmierza na PC, a niektóre tytuły już są dostępne, więc hurra!).

Po stronie „skrzynek” światełko w tunelu pojawiło się wraz z Origin Access. Abonament na gry EA oferuje dostęp do blisko 130 produkcji w śmiesznej cenie 15 zł miesięcznie. Pewnie, to tylko niewielki wycinek globalnego katalogu gier wideo, ale nadal – 15 zł za możliwość zagrania w 130 tytułów? Rewelacja!

W ramach Origin Access gracze dostają też możliwość bezpłatnego zapoznania się z produkcją przedpremierowo, jest jednak haczyk – przed premierą można grać tylko przez 10 godzin.

Origin Access Premier w lipcu tego roku usunął ten haczyk.

Nowy abonament EA, który właśnie testuję, jest co prawda czterokrotnie droższy od podstawowego Origin Access, ale w zamian oferuje nielimitowany dostęp do wybranych produkcji przed ich premierą.

I tak w nowego Battlefielda V, który oficjalną premierę będzie miał dopiero 20 listopada, mogę swobodnie grać już od 9 listopada. Z multiplayerem jest mi co prawda mocno nie po drodze, ale za to w czasie długiego weekendu zdążyłem spokojnie przejść dwie z trzech dostępnych już kampanii dla jednego gracza. Spoiler alert: Piotrek Grabiec miał rację, są świetne.

Battlefield V w Origin Access Premier.

Reszta weekendu upłynęła mi zresztą na buszowaniu po katalogu. Dla niektórych 130 gier to niewiele. Ja dodałem do biblioteki tyle pozycji, że ogranie ich zajmie mi pewnie kilka miesięcy, a gdybym chciał kupić każdą z osobna, zapłaciłbym za nie grubo ponad 1000 zł. Tymczasem za abonament Origin Access Premier zapłacę tylko 420 zł rocznie. Do tego zagram w gry, po które inaczej bym nie sięgnął. Bo nie oszukujmy się - Battlefielda V dla samej kampanii kupować nie warto. Battlefielda kupuje się przede wszystkim dla multiplayera. Ja w multi nie grywam, ale chciałem zapoznać się z Opowieściami Wojennymi. Dzięki abonamentowi mogłem to zrobić nie wydając 200 zł na grę.

Potrzebujemy więcej takich usług.

Gry wideo są drogie. Ogromne koszty produkcji przekładają się na bardzo wysokie ceny, które nierzadko przekraczają możliwości portfela przeciętnego gracza. Jeszcze niedawno pecetowa rasa panów mogła się cieszyć, że nowości na PC kosztują niemal dwukrotnie mniej od tytułów AAA na konsole. A dziś? Dziś ceny praktycznie się zrównały i tak jak niegdyś normą za pudełko z grą było 99, względnie 129 zł, tak dziś niechlubną normą staje się 189 lub nawet 219 i więcej złotych.

Przypisywanie gier na stałe do konta wydawcy czy też Steama czy GoG-a sprawiły również, że grą na PC w zasadzie nie sposób się podzielić ze znajomym czy nawet zwyczajnie odsprzedać po przejściu. To dodatkowo podnosi realną cenę zakupu gry na komputery osobiste.

Abonamenty w tych warunkach jawią się jako wyjątkowo korzystne rozwiązanie. Zwłaszcza dla osób, które wielbią gry single player. Jeśli, dajmy na to, chcemy przejść nową grę dostępną w katalogu wydawcy, którego inne produkcje nas nie interesują, nie musimy wydawać horrendalnych pieniędzy na jedną grę – wystarczy opłacić abonament na miesiąc, przejść grę i zaprzestać płatności.

Po drodze nic nie stanie na przeszkodzie, by zapoznać się z innymi grami katalogu wydawcy i jednak dać się im przekonać. A jeśli do tego abonament kusi dodatkową zawartością - jak Origin Acccess Premier - tym lepiej dla nas.

Nieco obawiam się tylko, jak popularyzacja abonamentów na gry wpłynie na kondycję finansową branży. Jakby nie patrzeć, produkcja gier wideo jest znacznie bardziej obciążająca finansowo od produkcji muzyki, a nierzadko nawet hollywoodzkich blockbusterów.

Na razie jednak nie słychać głosów, żeby abonament na gry miał zrobić z gamedevem to, co streaming zrobił z zarobkami artystów. A skoro tak, to my, gracze, możemy tylko mocno trzymać kciuki, żeby za EA i Microsoftem do abonamentowej gry weszli też inni wydawcy.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst