Gry  / Felieton

Nie tylko CS:GO oraz LoL, czyli 5 gier, które chciałbym zobaczyć na IEM 2017

E-sport idzie w coraz lepszym kierunku. IEM 2016 pokazał nie tylko wielką czołówkę e-sportowych gier, ale również tych ze znacznie mniejszą oglądalnością od League of Legends czy Counter Strike’a. Widzieliśmy Hearthstone’a, Rainbow Six: Siege i Heroes of the Storm. Poniżej przedstawiam listę tytułów, które najchętniej widziałbym podczas finałów IEM 2017 w katowickim Spodku.

Rocket League

W 2007 roku miała swoją premierą gra o tajemniczym tytule Supersonic Acrobatic Rocket-Powered Battle-Cars. W praktyce dostaliśmy po prostu piłkę nożną z samochodami o napędzie rakietowym. Rocket League nie różni się wiele od swojego poprzednika. Naszym zadaniem jest strzelenie większej liczby bramek niż przeciwna drużyna. W oficjalnych rankingowych pojedynkach możemy zmierzyć się z rywalami w trybach 1v1, 2v2 oraz 3v3.

Rakietowa piłka nożna należy do szerokiego grona gier bardzo prostych do zrozumienia, ale wybitnie trudnych do bezbłędnego opanowania. Haczyk tkwi w dwóch prostych mechanikach. Przede wszystkim, możemy skakać. Naciśnięcie odpowiedniego przycisku na padzie powoduje, że nasz samochód wyskakuje do góry. Jeżeli w powietrzu ponownie wciśniemy przycisk, kierując analog odpowiedzialny za sterowanie w odpowiednią stronę, wykonujemy krótki lot w danym kierunku.

Druga mechanika jest związana z dopalaczami, które są możliwe do zebrania w kilkunastu określonych miejscach boiska. Używając nitro w powietrzu, zaczynamy latać. Unosimy się na tyle długo, na ile pozwala nam posiadany boost. Cała sztuka Rocket League’a polega na odpowiednim opanowaniu samochodu i na kontrolowaniu go w locie za pomocą dopalacza. Na początku wydaje się to bardzo losowe, jednak z czasem zaczyna nabierać sensu.

Jeden mecz Rocket League’a to pięć minut latających po całym ekranie samochodzików, podniesionych głosów komentatorów oraz licznych bramek i widowiskowych obron. Osoba całkowicie niezorientowana w temacie wzruszy ramionami na niektóre wyczyny zawodników, jednak wystarczy kilka minut wyjaśnienia, żeby zrozumieć na czym polega kwintesencja rozgrywki.

Quake Live

Kiedy tylko na Reddicie pojawia się dyskusja o mniejszych e-sportowych tytułach, nie ma osoby, która nie wymieniłaby Quake’a jako pierwszego kandydata do rozwoju. Quake Live to po prostu modyfikacja Quake’a III: Arena. Stary, dobry FPS, który przez długi czas wisiał na Steamie jako Free to Play, by jakiś czas temu podnieść cenę do 10 euro. Ta zmiana stanowiła chyba największy szum wokół gry przez ostatnie sześć lat.

Od 31 lipca 2008 do 24 stycznia 2016 Quake dostarczył w pulach nagród ponad 600 tysięcy dolarów. Lista turniejów ewidentnie sugeruje, że brakuje inwestycji. Brakuje pieniędzy i większych chęci rozwoju ze strony twórców. Coraz częściej trafiam ostatnio na opinie, jakoby e-sport nie było gotowy na FPS-a. Jakby nie było dla niego miejsca. Tymczasem jeżeli zastanowić się nad faktycznym stanem rzeczy, to Counter Strike po prostu oddał Activision kawałek amerykańskiego rynku, żeby oba tytuły żyły sobie w zgodzie.

Quake Live stanowi zupełnie inną odnogę gatunku, która idealnie wpasowałaby się w aktualną rutynę. Dynamika Call of Duty ubrana w stare, sprawdzone mechaniki sprawdziłaby się idealnie jako widowisko na dużych turniejach. Można przecież bardzo łatwo zagrać na uczuciach starszych graczy, którzy Quake’a pamiętają jeszcze z czasów kafejek internetowych.

Team Fortress 2

Kolejny FPS. Tym razem w zupełnie innych klimatach. Bardziej komiksowa grafika, więcej humoru i tryby gry oparte w większym stopniu na teamplayu niż indywidualnych pokazach umiejętności. Pojedynki 6v6 są wręcz idealne do oglądania. Jednak jeżeli spojrzymy na datę premiery TF2 oraz dotychczasową liczbę zorganizowanych turniejów, Valve mogło stracić swoją szansę na trzeci esportowy hit w swojej kolekcji.

W maju do akcji wkracza przecież Overwatch. Gry delikatnie różnią się swoimi mechanikami. Produkcja Blizzarda na dłuższą metę przypomina MOBĘ, ale nie da się ukryć, że będą na rynku potencjalnymi rywalami. Mówię o rywalizacji, ponieważ nie tak dawno czytałem o nowych systemach rankingowych w Team Fortress oraz planach Valve na rozwój ich tytułu w kierunku e-sportu.

Profesjonalni gracze Team Fortress cienko przędą. Jedni zmieniają swoje specjalizacje na podobne tytuły, a inni czekają na decyzje twórców o jakimś konkretnym ruchu. Reddit po raz kolejny pokazuje, że ludzie chętnie oglądaliby rywalizację animowanych bohaterów. Oprócz samego faktu, że do wygranej potrzeba współpracy, strategii i opanowania wszystkich mechanik do perfekcji, Team Fortress 2 dostępne jest na Steamie za darmo.

Free to Play to jedna z najważniejszych cech sukcesu w e-sporcie. Jeżeli mamy do czynienia z dobrym tytułem, łatwa dostępność może tylko pomóc w rozpropagowaniu gry wśród widzów. Istnieje bowiem duże prawdopodobieństwo, że oglądać będą zarówno gracze przybyli z kanałów o Counter Strike’u czy Docie 2, ale również ci, którzy przeglądali ostatnio zakładkę darmowych produkcji na Steamie.

Team Fortress zdaje się mieć wszystko, czego potrzeba do sukcesu. Oprócz solidnego, satysfakcjonującego systemu rankingowego. Potrzeba cyferek, różnych lig i sezonów. Pytanie tylko, czy Valve swoją biernością nie zmusiło graczy do wrzucenia TF2 w szufladkę gier dobrych dla zabawy i pośmiania się, a niekoniecznie tych zachęcających do zaciętej rywalizacji.

H1Z1

Pewnie gdzieś w tym momencie zaczynacie się orientować, że większość proponowanych przeze mnie gier to shootery. Przyznaję się bez bicia. Obserwując esportową scenę, nie opuszcza mnie wrażenie pustki w FPS-ach. Wszystkie wymieniane dzisiaj tytuły to gry, które wprowadziłyby sporo świeżości. Zamiast tego, organizowanych jest kilka większych turniejów o niewielkie pieniądze, śledzonych wyłącznie przez osoby silnie związane ze sceną. Informacje o rozgrywkach całkowicie omijają mniej oddane e-sportowi osoby.

H1Z1 można to wybaczyć, bo dopiero niedawno zyskał miano konkretnego tytułu, a nie tylko trybu Battleroyale dla gry o zombie. H1Z1 rozłączyło się na dwie części. Tę e-sportową wersję ochrzczono mianem „King of the Kill”. Z perspektywy gracza to FPS. Z punktu widzenia siedzących na twitchów obserwatorów, mamy do czynienia z Igrzyskami Śmierci.

Mniej więcej setka osób wchodzi na serwer, zostaje wrzucona na wielką mapę i walczy o przeżycie. Wygrywa ten, który zostanie ostatnią żywą osobą. Do mordowania innych ludzi gracze mogą używać wszystkiego, co znajdą, przeszukując lokacje – pistolety, shotguny, karabiny, łuki, a nawet samochody i quady. Pole gry stopniowo zawęża się. Jeżeli wyjdziemy poza wskazany obszar, zaczynamy tracić punkty życia przez trujący gaz.

Głównym problemem H1Z1 jest kwestia realizacji. Większość gry obserwujemy z lotu ptaka, przybliżając się jedynie czasami na konkretne postaci albo powierzchnię, na której dochodzi do jakiejś strzelaniny między graczami. Miałem jednak okazję oglądać ostatnio kilka meczów w zorganizowanym turnieju i uważam, że razem z porządną inwestycją przyszedłby sposób na odpowiednie transmitowanie rozgrywek, co uczyniłoby je jeszcze bardziej emocjonującymi.

Battlefield

Ostatni punkt na liście to moje myślenie życzeniowe. Jedynym problemem FPS-a od EA jest duża liczba graczy. Mimo, że polega zupełnie na czym innym niż H1Z1, dzieli ten sam mankament. Im więcej zawodników biorących udział w rozgrywce, tym trudniej nadążać za akcją. Realizacja ma w takim momencie kluczowe znaczenie. Potrzeba więcej ujęć z góry, a mniej z perspektywy pojedynczej osoby. Taki sposób pokazywania pojedynków może mocno zniechęcić część widzów, którzy przychodzą oglądać mecze, żeby nauczyć się czegoś od profesjonalistów. Rozumiem więc, dlaczego nie widzimy wielkich podbojów na dużym ekranie IEM-ów.

Esportowa scena Battlefielda istnieje od bardzo dawna, z zawodnikami rozgrywającymi podboje 8v8. Ogląda się to znakomicie, reanimacje podwajają możliwości, a tryb gry wymusza taktyczne podejście do sprawy i rozdzielenie swoich jednostek na kilka różnych punktów. Czego chcieć więcej?

Mimo tego, Battlefield stoi gdzieś na równi z Quake Live. Organizowanych jest kilka turniejów z pulami nagród rzędu 25 tysięcy dolarów, a całość odgrywa marginalne znaczenie wśród e-sportowych newsów.

Jest nadzieja, że nadchodząca część namiesza trochę pod względem internetowej rywalizacji. Mamy coraz więcej przecieków odnośnie kolejnego Battlefielda. Może on pozwoli twórcom ruszyć z miejsca aspekt e-sportowy, zainwestować na starcie w kilka dużych, zrobić głośnych turniejów i solidnym kopniakiem wejść na rynek między Counter Strike’a i Call of Duty?

Zobacz: Nasza relacja z IEM 2016

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst