Social media  / Felieton

1 stycznia: wypisujemy się z Facebooka?

186 interakcji
dołącz do dyskusji

Autorem tekstu jest Szymon Rutkowski.

Zdarzyła mi się ostatnio taka historia, mająca swój początek na Facebooku. Któregoś wtorku w skrzynce odbiorczej w folderze „Inne”, gdzie mało kto zagląda, pojawiła się wiadomość zaczynająca się od słów „Szanowny Panie, w dniu dzisiejszym...” Kiedy ktoś zaczyna w ten sposób, można się spodziewać wszystkiego, od jakiejś ciekawej oferty (współ)pracy po zapomniany dług pieniężny i to raczej taki, że to ja mam natychmiast płacić).

Jednak nie chodziło o żadną z tych rzeczy. Pewien uprzejmy pan napisał, że znalazł moją kartę pamięci SD i że mogę odebrać swoją własność u niego w pracy. Pobiegłem tam zaraz następnego dnia. Miałem tam ponad tysiąc zdjęć robionych kompulsywnie podczas wyjazdu do Rzymu. Odebrałem kartę, rozstaliśmy się grzecznie, znalazca nie żądał żadnych rekompensat.

Dlaczego o tym mówię?

Bo rozmowa dała mi do myślenia. Facet powiedział, że mógł mnie znaleźć dzięki temu, że mam „niezabezpieczonego Facebooka”  i... poradził, żebym go zabezpieczył. Z początku nawet nie zrozumiałem, o co dokładnie chodzi. Większość mojego profilu jest dostępna dla wszystkich: zdjęcia, statusy itd.

Tylko, że ja wybrałem tak świadomie. Uważam, że lepiej zakładać brak prywatności niż łudzić się jej mirażem. Zawsze pytam siebie, czy treść, jaką publikuję, nie może mi przynieść poważnych problemów teraz albo za pięć lat. Staram się unikać fotek z balowania i wyrażania zbyt ostro swoich poglądów. Jestem pogodzony z faktem, że spełniły się proroctwa Andy Warhola: szary człowiek Szymon Rutkowski jest osobą publiczną, tylko tyle, że w mniejszej skali niż J.K. Rowling, Andrzej Chyra czy Trybson. I dzisiaj raczej nikt tego nie uniknie, o ile nie schowa się pod kamieniem.

Tymczasem w swoje bezpieczeństwo wierzy niewzruszenie wiele osób. Rok temu Przemysław Holocher musiał odejść z Rady Decyzyjnej Ruchu Narodowego po tym, jak WikiLeaks opublikowała zawartość jego Facebooka, łącznie z osobistymi opiniami na temat działaczy. W tym roku za oceanem Evan Spiegel jakoś zachował stanowisko głównego kierownika Snapchata (może dlatego, że współzakładał ten startup) po wycieku e-maili z czasów studenckich. Zawierały one obrazowe opisy brutalnych i perwersyjnych kontaktów z koleżankami, przez co Spiegel spotkał się z zarzutem mizoginii. Potem był The Fappening  - Internet obiegły nagie samofotki Jennifer Lawrence, Vanessy Hudgens, Scarlett Johansson i wielu innych, wykradzione z serwisu iCloud.

shutterstock_214154548

W tym czasie Facebook prowadzi stale mniej czy bardziej niewinne eksperymenty na swoich użytkownikach.

Korporacyjni naukowcy przyglądają się na przykład częstotliwości i rodzajowi kontaktów między znajomymi. Próbowano również badać, jak zmieni się zachowanie w serwisie ludzi, którym będzie się pokazywać, bez ich wiedzy, tylko nieprzyjemne treści w aktualnościach. Przez dłuższy czas zapisywała się także treść statusów, jakie zaczęliśmy pisać, ale ich nie opublikowaliśmy. Chodziło o sprawdzenie, czego ludzie się wstydzą.

Trzeba zapytać siebie, czy to wszystko oznacza, że nie powinniśmy korzystać z Internetu jako miejsca rozmów z innymi, publikowania zdjęć, wspierania inicjatyw, autoekspresji oraz zawierania znajomości o różnym charakterze. Musimy jeszcze wypracować jako społeczeństwo odpowiednie podejście do wyciekłych i publicznych danych. Takie, aby pamiętać, że nie zawsze człowiek może się zachowywać tak, jakby wszyscy patrzyli.

Zresztą niedawno przez polski Facebook przeszła nowa fala niepokoju związanego z obawami o prywatność, a konkretnie o niekontrolowane wykorzystanie przez serwis zdjęć z codziennego życia. Pojawił się łańcuszek z poważnie wyglądającym „oświadczeniem o prawach autorskich” mającym rzekomo chronić przed postanowieniami nowego regulaminu serwisu. Portale internetowe w większości podały tekst z komentarzem, że nie ma on żadnej mocy. Ale samo zaistnienie takiego zjawiska świadczy o tym, że ludzie są skłonni do obrony swoich praw... jeżeli oczywiście będzie to obrona bezproblemowa, łatwa i najlepiej jednorazowa.

Jedyną metodą na odrzucenie warunków firmy Zuckerberga pozostaje usunięcie konta.

Zastanowiłbym się najpierw, na ile te warunki są rzeczywiście nieakceptowalne. Sprawa nieco się dla mnie upraszcza dzięki nieużywaniu komórkowego Facebook Messengera, któremu świadomie (dobre i to) oddajemy kontrolę nad większością funkcji telefonu z Androidem, łącznie z wykonywaniem połączeń, wysyłaniem SMS-ów oraz przeglądaniem listy numerów. Oczywiście owe uprawnienia mają nie służyć niczemu złemu, ale ani ich oddawanie nie jest zbyt przyjemne, ani nie mogę być pewien, czy producent mówi mi prawdę i rozumie uczciwość wobec użytkownika w sposób podobny do mojego.

shutterstock_215628631

Łańcuszek dotyczył konkretnie prawa do treści. Tu akurat oficjalne, regulaminowe zapewnienie, że:

W przypadku treści objętych prawem własności intelektualnej (IP, ang. intellectual property), takich jak zdjęcia i filmy, użytkownik przyznaje nam poniższe uprawnienia zgodnie z wprowadzonymi przez siebie ustawieniami prywatności i ustawieniami aplikacji:

raczej blokuje Facebookowi drogę do niekontrolowanego handlowania licencjami. Niegdysiejsza próba komercyjnego wykorzystania zdjęć użytkowników Instagramu (kupionego w 2012 r. przez Facebook), a raczej wściekła reakcja internautów, chyba nauczyła Zucka paru rzeczy.

Najgorszym jego grzechem jest śledzenie stron jakie przeglądam, żeby zoptymalizować wyświetlane reklamy. Z założenia nie mam w tej kwestii nic do gadania. Mogę się starać być wylogowanym, kiedy się tylko da, mogę czasami wyszukiwać jakiś artykuł poza serwisem zamiast klikać w link w Aktualnościach, ale to są rzeczy, jakie nie przyjdą do głowy użytkownikowi bez pewnej wiedzy technicznej o ciasteczkach i JavaScript.

A przecież da się osiągać te same cele bez szpiegowania i odbierania użytkownikowi możliwości własnej decyzji, choćby posługując się podawanymi dobrowolnie wiadomościami o zainteresowaniach. Wielu internautów pamięta, jak przy zakładaniu skrzynki pocztowej na polskich portalach musiało podać dziedziny, których miały dotyczyć otrzymywane reklamy.

I tak naprawdę coraz częściej myślę, że Facebook uchodzi za głównego złego trochę niesłusznie i na wyrost. Nie dlatego, żeby nie stwarzał żadnego zagrożenia dla naszej swobody i kontroli nad tym, co się wokół nas dzieje jako jednostek. Google zbiera o nas wszelkie możliwe dane jeszcze sprawniej. Pomniejsi internetowi „biznesmeni” (absolutnie nie mam tu na myśli ludzi, przy których nie użyłbym cudzysłowu) potrafią wmanewrowywać użytkownika w niekorzystne układy znacznie bezczelniej. Z różnych względów to Zuckerberg jako kozioł ofiarny zbiera najwięcej nienawiści ze wszystkich stron.

Co by było jednak gdybym zechciał tak po prostu pożegnać się z niebieskim portalem?

Ważną funkcją dzisiejszych mediów społecznościowych jest tworzenie własnego wirtualnego ja, przeznaczonego do podziwiania przez siebie oraz innych. Wklejanie zdjęć z podróży i imprez, lub przynajmniej oznajmianie tego wszystkiego pisemnymi statusami, prezentowanie światu swoich zainteresowań, emocji i poglądów. Cóż, uroniwszy parę łez jestem gotów z tego zrezygnować, skoro cel jest szczytny.

Problem bardziej praktyczny z perspektywy studenta: co będzie, jeśli opuszczę zajęcia na uczelni i nie będę wiedział, co przygotować na następne — co zrobię bez forum facebookowej grupy skupiającej cały kierunek?  Ostatecznie mogę zapytać kolegów, wysyłając im wiadomość przez USOS (uniwersytecki system informatyczny, klasy może trochę lepszej niż sławetne oprogramowanie PKW). Szansa, że odpowiedzą, jest taka sobie, ale pozostaje jeszcze mail do wykładowcy...

Decyzja byłaby prostsza, gdyby chodziło tylko o takie kwestie, których wcale nie uważam za niepoważne, ale da się je jakoś rozwiązać bez większych szkód moralnych. Znacznie gorzej jest z zastąpieniem Facebooka jako rzeczywistego narzędzia do spotykania i porozumiewania się ze znajomymi, zwłaszcza tymi, z którymi nie widujemy się na co dzień. Tą drogą najprościej się złapać, zamówić kilka słów, zmówić na spotkanie. Także o wszelkich wydarzeniach często trudno się dowiedzieć inaczej niż z wydarzenia na Facebooku.

shutterstock_194217968

A gdyby się przenieść do innego serwisu?

Sęk w tym, że rejestrując się na jakiejkolwiek stronie mającej ułatwiać kontakty ze znajomymi musimy liczyć na obecność tam tychże znajomych. Trudno dziś o inną alternatywę dla Facebooka niż hipsterskie zbieranie od ludzi telefonów i adresów mailowych w papierowym kalendarzu.

Dzieło Zucka tak w wrosło w nasze życie, że niedawno tygodnik POLITYKA w dodatku o psychologii Sieci postanowił posługiwać się rzeczownikiem pospolitym fejsbuk. Rzeczywiście mówimy fejsbuk, fejs, fejsbuczek, ale jeśli zaczniemy używać tych określeń oficjalnie, to zrobimy z Facebooka coś w rodzaju parku czy innego neutralnego miejsca spotkań. Trzeba pamiętać, że nie chodzi o żadne miejsce publiczne (w znaczeniu „wspólne”): „fejsik” pozostaje przecież tak naprawdę prywatną aplikacją prywatnej firmy. I ta firma niechętnie uwzględnia zdanie kogokolwiek.

Chociaż nikomu się to nie podoba, współczesna technologia zmusza nas do namysłu, czy w świecie użytecznych narzędzia wciąż jesteśmy wolni i samych siebie szanujemy.

Jestem zwolennikiem jak najbardziej dynamicznego postępu, nad którym zwykły użytkownik zachowuje konieczną kontrolę. I nie wiem, czy dojrzeję do usunięcia konta na czołowej społecznościówce. Wolałbym społecznościówkę zarabiającą na siebie czystymi metodami i nie narzucającą się użytkownikom na zasadzie monopolu. Ale z braku laku naprawdę kusi mnie papierowy kalendarz.

* wszystkie zdjęcia: Shutterstock.

RutkowskiSz

Szymon Rutkowski - Humanista z urodzenia (za chwilę pewnie także z wykształcenia), nerd z zamiłowania. Tutaj praktycznie interesują go technologie webowe, a marzy o sztucznej inteligencji. Ostatnio spłodził Chłonnik (http://chlonnik.pl), narzędzie redakcyjne do powtórzeń w tekście. Z bardziej ludzkiej strony lubi absurd, dobrą muzykę i dobre słodycze.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst