Foto  / Felieton

Piotr Lipiński: FUJI X20, czyli nowoczesne retro

Jak coś wygląda staro, to nie znaczy, że jest przestarzałe. Często jednak to, co dziś nowoczesne, jutro trafi do lamusa.

Zamierzaliśmy z kolegą pojeździć na rowerach.

Ale ponieważ mieliśmy nowy aparat fotograficzny, to straciliśmy niezbyt wiele kalorii. Elektronika wygrywa ze zdrowym trybem życia, dzięki czemu świat się rozwija, a ludzie opychają pączkami.

Aparat to „kompakt” Fuji X20 a kolega to Sławomir Kamiński. Oba te „urządzenia” należą do grupy retro. Aparat ze względu na swój wygląd, a kolega z powodu zajęcia. Sławek Kamiński należy do gatunku, który wymiera niczym dinozaury - jest fotografem prasowym. On był zawsze „fotografującym”, a ja „piszącym”. Wspólne delegacje z fotografami miały niezaprzeczalną zaletę - redakcja rozliczała im podróże samochodem, bo mieli ciężkie torby. A zwykły „piszący”, kiedy jechał samotnie z długopisem, musiał tłuc się pociągiem. Choć i tak działo się to w czasach, kiedy prasa była potęgą i oddawała za pierwszą klasę.

FUJI X20 c

W pewnym sensie aparat, który trzymaliśmy w dłoniach, był podobny do Sławka - też nieco retro. To Fuji X20, który mój kolega dostał do krótkich testów. Stylistyka w tym przypadku nie jest tylko ozdobnikiem. Fuji nawiązało do tradycyjnych „dalmierzowców”, co dobrze wpłynęło na wygodę obsługi. Bo w fotoaparatach, jak w samochodach, nieźle sprawdzają się rozwiązania wymyślone dziesiątki lat temu - takie jak kierownica i wizjer.

Skoro jesteśmy przy stylu retro to warto zauważyć, że aparat ma wspomniany wizjer optyczny - coś powoli znikającego z aparatów kompaktowych, a takim przecież jest X20. Dziś nowoczesność polega na przyzwyczajeniu ludzi do fotografowania poprzez wpatrywanie się w mikrotelewizorek z tyłu ekranu. To trochę tak, jakbyśmy prowadząc samochód zakleili przednią szybę i korzystali z obrazu wyświetlanego przez zewnętrzną kamerę - rozwiązanie w sam raz dla pilotów dronów. Fuji poszło jednak pod prąd, za co należy mu się spora pochwała. W X20 mało, że mamy wizjer optyczny, to na dokładkę udanie unowocześniony. Fuji X20 to jedyny „kompakt”, w którego optycznym wizjerze zobaczymy też dodatkowo elektronicznie wyświetlane informacje o parametrach naświetlania (np. przysłonie). Łyżka dziegciu - wizjer pokazuje niestety tylko 85 procent kadru. Nobody’s perfect, czyli czas przeszły jest bezcielesny.

fuji x20 1

Aparat posiada matrycę o wielkości 2/3 cala. To mniej więcej w połowie drogi między najbardziej popularnymi, małymi a rzadziej spotykanymi dużymi matrycami w „kompaktach”. Połączenie tej całkiem sporej - jak na „kompakt” oczywiście - matrycy z bardzo jasnym szkłem (f2.0-2.8) pozwala uzyskać sympatyczną, niewielką głębię ostrości. „Kompakty” z reguły są pod tym względem dużo gorsze. Tu spokojnie damy radę skupić uwagę widza na urodzie naszej modelki, a nie na przejeżdżającym z tyłu TIR-ze z napisem „Biedronka”.

Poprzednie Fuji X10 miało dwie irytujące wady - jak się fotografowało lampy, to zamiast nich na zdjęciu pojawiała się wielka biała plamę. To były tak zwane „white orbs”. Fuji zdecydowało się na bezpłatną wymianę matryc, a ktoś w japońskiej centrali popełnił seppuku.

Druga wada w gruncie rzeczy była gorsza i nie do usunięcia. W optycznym wizjerze nie było widać, na co dokładnie ustawia się ostrość. Brakowało krzyżyka albo punkciku, który pomagał celować. W efekcie zamiast ustawić ostrość na pierścionek zaręczynowy na palcu najpiękniejszej kobiety świata uzyskiwaliśmy wyraźną postać moherowej babci przechodzącej w oddali przez ulicę.

Obu tych wad nie ma X20, a jakie uzyskało w zamian, przekonamy się pewnie za parę miesięcy.

Fuji nigdy nie było potęgą na miarę Canona i Nikona.

Ale i tak jej produkty znał od dawna każdy zawodowiec i mnóstwo amatorów. Filmy Fuji - a dokładniej slajdy zwane też przezroczami - znane były z fantastycznych kolorów. Velvia rządziła fotografią krajobrazową. Co tylko potwierdza, że świat pięknie wygląda nie w rzeczywistości, ale dopiero na zdjęciach. Dotyczy to również supermodelek.

Powoli jednak światłoczułe filmy zaczęły znikać ze sklepowych półek, a zastępowały je karty pamięci. Ale w tym nowym świecie Velvia stała się czymś na kształt świętego Graala. Od kiedy pamiętam w fotografii cyfrowej próbowano uzyskać zbliżoną kolorystkę. Pojawiały się specjalne „akcje” do Photoshopa. Ja byłem kiedyś bardzo zadowolony z profili do programu Capture One - choć było to już tak dawno, że nawet nie pamiętam, kto je sprzedawał. Potem w programy do obróbki zdjęć wbudowywano funkcję „Vivid”, która w przeciwieństwie do „Saturation” selektywnie a nie linearnie podbijała kolory - i w tym była właśnie podobna do Velvii.

FUJI X20

W Fuji X20 od razu możemy skorzystać z cyfrowych odpowiedników słynnych materiałów światłoczułych Fuji, czyli właśnie Velvii oraz Astii i Provii. Wybierając jeden z nich po prostu dostajemy obraz o specyficznym oddaniu kolorystyki, raz bardziej pasującym do krajobrazu, a innym razem do portretu. Bo na przykład intensywna czerwień dobrze wygląda na kwitnącej róży, a gorzej na twarzy naszej koleżanki Róży.

Jak na „kompakt” przystało - X20 dobrze sobie radzi z makrofotografią. Zawsze lubiłem mieć w plecaku fotograficznym takie pstrykadełko, które pozwoliłoby mi sfotografować kwiatek czy inne małe paskudztwo. Nie ma nic bardziej frustrującego, niż tłumaczenie komuś, dlaczego naszą „lustrzanką”, bez dodatkowego osprzętu, nie możemy zmakrofotografować kwiatka, a najdurniejszy „kompakt” to potrafi. Wyglądamy jak ktoś, kto kupił Ferrari, a nie może spakować do bagażnika zakupów z Tesco.

fuji x20 4

Zewnętrzna uroda X20 nie wpływa na jakość zdjęć - ale trudno ją pominąć. Wielu fotografującym przypomina czasy „dalmierzy” - czyli okres, kiedy nie tyle aparaty, co oni byli piękni i młodzi. Złośliwie mówiąc, Fuji to taka trochę Leica dla ubogich.

Aparat jest tak retro-konserwatywny, że nawet go nie podłączymy do Internetu.

Co już trudno uznać za zaletę. Za to ze smartfonami łączy go inna cecha - krótki czas działania na baterii.

Nowe Fuji dostaniemy w komplecie z etui. Będziemy wyglądać jak wyposażony w Leicę leutnant z Wehrmachtu podczas blitzkriegu. X20 kupimy niestety za spore jak na „kompakt” pieniądze: 2,2 tys. zł. Zwłaszcza kiedy dostrzeżemy, że matryca ma tylko 12 mega. Jeśli więc komuś zależy na najlepszym stosunku złotówka za piksel, to powinien poszukać gdzie indziej. Albo dać się zahibernować w oczekiwaniu na spadki cen.

FUJI X20 b

Fuji X20 należy do najlepszych „kompaktów” na rynku. Co od razu skłania do pytania: a po diabła komuś „kompakt”? Kiedy przecież może wyciągnąć z kieszeni „komórkę”.

W moim przypadku - i kolegi Sławka - Fuji X20 może zapewnić lepszą, niż smartfon jakość zdjęć i większą, niż „lustrzanka” mobilność. Wyciągnięcie go z kieszeni - dość sporej, bo do małej na pewno nie wejdzie - trwa znacznie krócej, niż wydobycie z torby i zmontowanie zestawu „lustrzanki” z właściwym do sytuacji „szkłem”. To też świetny aparat do zastosowania wszędzie tam, gdzie nie będzie nam się chciało ciągnąć „lustrzanki” albo nawet „bezlusterkowca”. Jednak wielu uzna te argumenty za naciągane - na przykład moja żona.

Ale jeśli szarpniemy się na ten wydatek, to nawet nie fotografując, będziemy mogli cieszyć oko urodą aparatu. Mówiąc „retro” czasami wypada pomyśleć „klasyka”. W tym sensie Fuji X20 jest tak nieprzemijający stylistycznie, jak mechaniczne zegarki, które pozostaną w cenie mimo pojawienia się różnych smartwatchy. I tak jak polski retro-samochód Leopard, który prędzej zobaczymy na ulicach za granicą, niż w Polsce. Bo cenę też ma zdecydowanie „zagraniczną”.

I tu wychodzi kolejna zaleta Fuji X20 - wciąż jest tańszy od Leoparda, mechanicznego zegarka oraz aparatu Leica. A jeśli ktoś dziś nie lubi klasyki, to i tak ją pokocha za kilkadziesiąt lat.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na www.piotrlipinski.pl. Żartuje ze świata na www.twitter.com/PiotrLipinski. Nowy ebook „Humer i inni” w księgarniach Virtualo – goo.gl/ZaNek Empik – goo.gl/UHC6q oraz Apple iBooks – goo.gl/5lCGN

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst