Wchodzę do auta, a tam nie ma kierowcy. Tak ma wyglądać przyszłość?
Przetestowałem autonomiczne taksówki Waymo na amerykańskich ulicach. Chciałem sprawdzić, czy pasażerowie słusznie obawiają się o własne życie, powierzając je w ręce sztucznej inteligencji.

Białe, charakterystyczne samochody autonomiczne od Waymo stały się już stałym elementem krajobrazu w wielu amerykańskich metropoliach.
Choć technologia ta wciąż fascynuje przyjezdnych turystów, lokalni mieszkańcy nierzadko podchodzą do niej z irytacją, gdyż te specyficzne, najeżone czujnikami pojazdy potrafią czasem zakłócić płynność ruchu.
Waymo, co to jest? Jak to jeździ?
Jeśli zastanawiacie się: Waymo - co to jest tak właściwie z technologicznego punktu widzenia, odpowiedź warto zacząć od firmy matki.

To projekt rozwijany od lat przez Alphabet, czyli koncern stojący za Google, który na początku funkcjonował jako wewnątrzfimowy eksperyment. Obecnie to usługa przewozowa oparta na flotach naszpikowanych elektroniką samochodów, najczęściej elektrycznych Jaguarów I-Pace. Pojazdy te korzystają z systemu czujników, lidarów i kamer rozsianych po karoserii.
Maszyna bez przerwy skanuje otoczenie w promieniu kilkuset metrów, tworząc trójwymiarową mapę przestrzeni, a oprogramowanie analizuje te dane w ułamkach sekund, decydując o każdym manewrze bez fizycznej obecności kierowcy w kabinie.

Całość opiera się na autonomii czwartego poziomu. W praktyce oznacza to, że auto radzi sobie samo w określonych warunkach i na szczegółowo zmapowanym obszarze. Z tego powodu taksówek Waymo nie spotkamy na każdej amerykańskiej drodze, a jedynie w granicach wybranych aglomeracji, takich jak San Francisco, Los Angeles czy Phoenix.
Oprogramowanie bazuje na analityce i danych z milionów przejechanych kilometrów, ucząc się na bieżąco zachowań pieszych oraz innych uczestników ruchu. Komputer nie popełnia typowo ludzkich błędów wynikających ze zmęczenia, ale z drugiej strony działa według sztywnych wytycznych, co bywa zauważalne w nietypowych sytuacjach drogowych.
Pełna automatyzacja to plus
Zaletą całego systemu okazuje się świetna aplikacja mobilna, która pozwala precyzyjnie skonfigurować parametry podróży jeszcze przed wejściem do auta.







Użytkownik zyskuje możliwość dostosowania:
- optymalnej ilości miejsca na nogi (w miarę możliwości pojazdu),
- pożądanej temperatury we wnętrzu,
- prędkości nawiewu klimatyzacji,
- sposobu wizualnego oznaczenia pojazdu, by łatwiej odnaleźć go w tłumie.


Wygodne wnętrze zapewnia wysoki standard i komfort. Sama jazda przebiega zaskakująco płynnie, cicho i bez zbędnych, nerwowych szarpnięć, co pozwala pasażerowi na pełen relaks w całkowicie pustym aucie.
Brak tradycyjnego kierowcy z krwi i kości gwarantuje - teoretycznie - stuprocentową prywatność, dzięki czemu w trakcie podróży można swobodnie pracować, rozmawiać przez telefon lub po prostu odpoczywać. Znaczy, w aucie masz kamery, ale Waymo mówi że nie podgląda. Yup.
Trzeba przy tym pamiętać, że nad naszym bezpieczeństwem stale czuwa zdalny operator, choć osoba ta najpewniej znajduje się w biurze na zupełnie innym kontynencie. Więc to plus i minus. Plus bo mamy nadzorcę. Minus, że ten znajduje się pewnie na drugim krańcu świata.
Do pełni szczęścia brakuje tu chyba tylko wbudowanej funkcji masażu w fotelach.
Bezduszna maszyna i dopłata za bezpieczeństwo

Prawdziwe wyzwania zaczynają się jednak wtedy, gdy uświadomimy sobie, że pojazdem steruje maszyna pozbawiona ludzkiej intuicji. Cyfrowy twór trzyma się schematów optymalizacyjnych, co nierzadko skutkuje zakończeniem kursu w mało komfortowym lub wręcz ryzykownym miejscu.
Komputer potrafi wysadzić pasażera na środku ruchliwej drogi tylko dlatego, że taka opcja akurat pozwalała na obniżenie ostatecznego rachunku za przejazd.
Opuszczenie pojazdu w całkowicie przypadkowym punkcie bywa wyjątkowo problematyczne, zwłaszcza w realiach brutalnej infrastruktury drogowej Stanów Zjednoczonych.

O ile w miastach takich jak Amsterdam czy Barcelona piesi i rowerzyści cieszą się sensownym szacunkiem, o tyle amerykańscy kierowcy wykazują zazwyczaj znacznie mniej cierpliwości niż ci w Polsce. Taki nagły, algorytmiczny postój na ruchliwej, wielopasmowej arterii generuje więc całkowicie realny stres.

Algorytm firmy oferuje oczywiście alternatywę, lecz wymaga ona dodatkowych nakładów finansowych ze strony podróżnego. Jeśli zależy nam na maksymalnie bezpiecznym, z góry przewidzianym punkcie docelowym (np. pod samymi drzwiami hotelu), system wybiera dłuższą, bardziej poprawną trasę, co podnosi koszt przejazdu.
Dostajemy wybór między tańszym ryzykiem a droższym bezpieczeństwem budzi niepokojące, dystopijne skojarzenia rodem z gry Cyberpunk 2077. Czekam, aż w USA - na wzór NUSA - kupię broń w automatach vendingowych.
Plus weźmy proszę pod uwagę, że w porównaniu do popularnego Ubera - biorąc za przykład San Francisco, dokładniej Mountain View i San Jose - Waymo wychodzi 2 albo i 3 razy drożej (!) niż taksówka z kierowcą. Szok, co nie?
Przyszłość transportu: czy roboty wygryzą kierowców?
Obecny stan tej technologii w 2026 r. pokazuje wyraźnie, że w pełni autonomiczny transport stał się już namacalną rzeczywistością, choć usługa ta bywa wciąż relatywnie droga i momentami potrafi mocno zestresować pasażera. Mimo początkowego strachu, na koniec dnia istnieje jednak bardzo duża szansa, że traficie dokładnie tam, gdzie trzeba, w jednym kawałku.
Nowe rozwiązania dynamicznie przekraczają kolejne legislacyjne granice, a autonomiczne pojazdy testowe pojawiają się już u europejskich sąsiadów Polski.
Projekty te rozwijają się w błyskawicznym tempie między innymi dzięki szerokiej współpracy technologicznej z gigantami rynku przewozowego, takimi jak Uber.
Pojawia się więc kluczowe pytanie: czy komputery całkowicie zastąpią tradycyjnych taksówkarzy? Raczej nie. Ich praca może jednak zmienić swój charakter i zawęzić się do mniejszego, bardziej ekskluzywnego grona odbiorców ceniących ludzki kontakt. Istnieje też zupełnie alternatywny, brutalnie biznesowy scenariusz.
Być może autonomiczne, niezwykle drogie w utrzymaniu pojazdy okażą się rynkowym niewypałem z prostej przyczyny: korporacjom wciąż bardziej opłaca się utrzymywanie gig-platform przewozowych, w których to zwykli ludzie, wykorzystujący własne auta, stają się zdesperowanymi niewolnikami aplikacji.



















