Polska rezygnuje z rakiet na okrętach podwodnych. "To już nie ten sam Bałtyk"
Okręty podwodne programu Orka nie będą jednak posiadać na pokładzie wyrzutni pocisków manewrujących. Wojsko tłumaczy, że to nie kaprys, ani oszczędności, tylko znak, że Bałtyk stał się zupełnie innym morzem.

Orka, którą planowano kilkanaście lat temu, miała działać w innym świecie. Kiedy Polska zaczęła poważnie myśleć o nowych okrętach podwodnych, Bałtyk wyglądał zupełnie inaczej niż dziś. Rosja trzymała znaczne siły w Kaliningradzie, Szwecja i Finlandia zachowywały neutralność, a wschodnia flanka NATO była znacznie słabiej ufortyfikowana.
W tamtym kontekście możliwość uderzenia z głębin w cele na lądzie, właśnie przy użyciu pocisków manewrujących, miała strategiczny sens. Polska marynarka wojenna potrzebowała przede wszystkim długiego ramienia, które mogłoby sięgnąć daleko poza morskie rubieże.
Minęły lata, geopolityka wywróciła stolik i okazało się, że wymagania postawione pierwszej Orce po prostu się zdezaktualizowały. Sztab Generalny Wojska Polskiego zdecydował się je zredefiniować, i jak tłumaczy gen. dyw. Krzysztof Zielski, zastępca szefa SG WP, nie była to decyzja pochopna ani przypadkowa.
Bałtyk NATO nie jest spokojnym jeziorem
Przez długi czas w polskiej debacie o nowych okrętach podwodnych powtarzał się jeden argument - skoro wydajemy kilkanaście miliardów złotych, to jednostki powinny mieć zdolność uderzenia daleko poza linię brzegu. W praktyce oznaczało to, że Orka będzie mogła odpalać pociski manewrujące i stać się elementem strategicznego odstraszania. Czasy się jednak zmieniły i stało się to bardzo szybko.
Na program Orka patrzymy dzisiaj przez pryzmat Bałtyku, jako morza wewnętrznego NATO. Kiedy definiowano wymagania na „pierwszą” Orkę, sytuacja geopolityczna była zgoła odmienna. Dziś akwen ten pozostaje pod kontrolą państw członkowskich NATO, choć nadal generuje mnóstwo dylematów operacyjnych, z naciskiem na zagrożenia hybrydowe – powiedział serwisowi Defence 24 gen. dyw. Krzysztof Zielski, zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.
Przystąpienie Finlandii do Sojuszu Północnoatlantyckiego w marcu 2023 r., a Szwecji rok później, w marcu 2024 r., sprawiło, że niemal cały Bałtyk otoczony jest teraz przez kraje NATO. Rosja zachowuje dostęp do niego jedynie przez Kaliningrad i niewielki odcinek wybrzeża w rejonie Petersburga. To fundamentalna zmiana układu sił, która musi wpływać na plany operacyjne każdego państwa członkowskiego, w tym Polski.
Pociski manewrujące z okrętu podwodnego brzmią jak zdolność z najwyższej półki. I rzeczywiście nią są. Pozwalają razić cele lądowe z ukrycia, utrudniają przeciwnikowi ocenę kierunku ataku i zwiększają wachlarz środków odstraszania. Problem polega na tym, że taka zdolność kosztuje, komplikuje zakup i zawęża listę możliwych ofert.
Nie każdy okręt podwodny dostępny dla Polski w praktycznym terminie i przy akceptowalnym poziomie ryzyka przemysłowego może od razu spełnić taki warunek. Wymóg integracji z konkretnymi pociskami oznacza dodatkowe negocjacje, certyfikacje, zgody eksportowe, testy, szkolenie, logistykę i zapasy uzbrojenia. To wszystko może podnieść cenę oraz wydłużyć program, który i tak jest spóźniony o wiele lat.
Więcej na Spider's Web:
Torpedy zamiast Tomahawków
Czy Orka bez rakiet manewrujących nadal ma sens? Ma, ale pod jednym warunkiem. Trzeba przestać oceniać okręt podwodny wyłącznie przez pryzmat tego, czy może odpalić pocisk na kilkaset lub ponad tysiąc kilometrów. To ważna zdolność, ale nie jedyna. W przypadku Bałtyku równie istotne są skrytość, sensory, łączność, odporność na działania przeciwnika, zdolność do przenoszenia sił specjalnych, rozpoznanie i integracja z systemem dowodzenia NATO.
Rezygnacja z wymogu przenoszenia pocisków manewrujących nie oznacza, że nowe okręty będą bezbronne ani że Polska trwale zamknęła sobie drogę do tego rodzaju zdolności. Gen. Zielski podkreslił, że nowoczesne okręty podwodne projektowane są z myślą o podatności modernizacyjnej. Pociski manewrujące dalekiego zasięgu mogą być wystrzeliwane z wyrzutni torpedowych i właśnie ta furtka pozostaje otwarta.
Oznacza to tyle, że jeśli sytuacja geopolityczna znowu się odwróci, jeśli pojawią się nowe zagrożenia albo zestaw zadań dla polskiej marynarki znowu ulegnie zmianie, techniczne przeszkody będą minimalne. Okręty typu A26, bo o nich mowa w przypadku polskiego zamówienia, dają taką możliwość, a przemysł zbrojeniowy nieustannie pracuje nad nowymi rozwiązaniami przystosowanymi do wyrzutni torpedowych standardowego kalibru.
Przystąpienie Szwecji i Finlandii do NATO zmieniło katalog i charakter zadań przeznaczonych dla MW RP w ramach planów obronnych NATO. Uwzględniając te zmiany, Sztab Generalny WP redefiniował wymagania operacyjne dla Orki. Z oczywistych przyczyn nie mogę podzielić się z czytelnikami niejawnymi założeniami tych dokumentów – mówi gen. dyw. Krzysztof Zielski.
Szwecja wygrywa przetarg, A26 płynie do Polski
Pod koniec listopada 2025 r. ogłoszono, że w programie Orka jako pierwszą wskazano szwedzką ofertę rządową. Chodzi o trzy nowe okręty podwodne typu A26, projektowane przez Saab Kockums, jedną z najbardziej doświadczonych stoczni podwodnych na świecie. Protokół ustaleń podpisano w grudniu 2025 r., a podpisanie właściwej umowy wykonawczej zaplanowano wstępnie na pierwszą połowę 2026 r.
Szwedzi zaproponowali sprawdzony projekt. A26 to nowoczesna jednostka piątej generacji, przeznaczona do działania na stosunkowo płytkich akwenach, takich jak właśnie Bałtyk. Okręt może pozostawać pod wodą przez długi czas dzięki napędowi niezależnemu od powietrza atmosferycznego (AIP), jest cichy i trudny do wykrycia, co czyni go idealnym narzędziem do rozpoznania, zwalczania okrętów podwodnych i stawiania min.
A26 posiada unikalną zdolność siadania na dnie morza. Możliwość ukrycia się w ten sposób jest efektem wyjątkowo wytrzymałej konstrukcji kadłuba, zaprojektowanej z myślą o realizacji tego nietypowego zadania. Kadłub A26 wykonany jest ze specjalnej stali ferromagnetycznej zamiast innych, mniej odpornych na udary materiałów.
Przy projektowaniu okrętu, szczególną wagę przywiązano również do zagrożenia ze strony min morskich na Bałtyku, dzięki czemu A26 jest odporny na bliskie podwodne eksplozje. Saab wykorzystywał nie tylko symulacje komputerowe, lecz także rzeczywiste próby morskie - szwedzka firma jest jedynym producentem świecie, który przeprowadził liczne testy odporności na wybuchy na rzeczywistych jednostkach, z załogami na pokładzie.
Pomimo zastosowania mocniejszej, ferromagnetycznej stali, sygnatura magnetyczna jest zminimalizowana dzięki zaawansowanemu systemowi demagnetyzacji, sterowanemu przez odpowiednie sensory i dostosowującemu się w czasie rzeczywistym do zmian jego sygnatury.
Zgodnie z harmonogramem pierwszy z trzech zamówionych okrętów ma trafić do Polski w 2030 r. To napięty termin, prace projektowe i produkcyjne muszą ruszyć błyskawicznie, ale Szwedzi mają doświadczenie, a same A26 są już w zaawansowanym stadium realizacji dla szwedzkiej marynarki wojennej.



















